środa, 25 marca 2015

Koncert i IV PRZYWITANIE WIOSNY NA WONNYM WZGÓRZU



Cały tydzień pogoda nam dopisywała. Było po prostu pięknie – ciepło, świeciło słońce, a krokusy w ogrodzie zaczęły się otwierać – po prostu idealnie. Zaczęły jednak dochodzić do mnie słuchy, że w sobotę może być brzydka pogoda. Po co się jednak martwić na zapas, nie brałam myśli o złej pogodzie do siebie, przecież i tak będzie fajnie. Środa czwartek zorza polarna na Warmii, w piątek zaćmienie słońca – rzadkie atmosferyczne zjawiska – dobre znaki na niebie. Ostatni dzień przed weekendem także był przepiękny. Po pracy ruszyliśmy więc pod Lidzbark Warmiński do Pilnika, gdzie odbył się wernisaż artystów tworzących "rzeźby monumentalne i sakralne" – jak przeczytałam w informacjach o wydarzeniu. Wernisażowi towarzyszył koncert Apolinarego Polka, znanego pewnie niektórym jako Neowieśniak Codzienny, czy Nocny Grajek ( naszego sąsiada z Czarnego Kierza), a także Czerwonego Tulipana i Marka Majewskiego, całość prowadził Andrzej Brzozowski z Kaczek z Nowej Paczki. Oczywiście jak to my, postanowiliśmy pojechać polnymi drogami i okazało się to po raz kolejny świetną decyzją! Jechaliśmy przez wyjątkowy las, cały porośnięty przebiśniegami i przylaszczkami, mimo że nie było już tak jasno jak w ciągu dnia, to widać było, że runo leśne bieli się i niebieszczy, a nad nim stare, powyginane drzewa. Teren także dziwnie był ukształtowany – charakterystyczne doły, jakby wykopane przez człowieka i niewielkie powierzchniowo, ale dość wysokie górki. Dopiero po powrocie do domu przeczytałam, że w tych lasach znajdują się ruiny wsi, której mieszkańcy umarli na Dżumę, jest tam też pomnik przyrody (nie było napisane co to za pomnik), a w pobliżu przepływa Łyna, której jednym z dopływów jest też Kirsna, rzeczka ze źródłami w naszej Studziance. Może doły, które widziałam w lesie to ślady po tej zapomnianej wsi? Dojechaliśmy jednak na koncert – bo to koncert był naszym celem, a nie wernisaż. Rzeźby owszem obejrzeliśmy, ale mimo iż jestem wielką miłośniczką sztuki ludowej, to raczej nie poruszyły one mojego serca, muzyka za to jak najbardziej tak! Najpierw zagrał Paweł – Apolinary Polek, który zagrać postanowił piosenki, których nigdy nie gra. Okazało się jednak, że czasem je gra, bo kilka z nich grał, kiedy byli wraz z jego żonką – Karoliną i synkiem Wojtusiem na Sylwestra na Wonnym Wzgórzu. Piosenka "Tamtej nocy miałem sen" do tej chwili chodzi mi po głowie. Następnie wystąpił Czerwony Tulipan. Mam do nich wielki sentyment, bo wychowałam się na ich muzyce. Kiedyś Tulipan miewał próby w moim rodzinnym domu, dawali występy podczas naszych domowych imprez, a rodzice zabierali mnie na koncerty, kiedy byłam nawet bardzo mała i zazwyczaj zasypiałam na ich rękach, czy kolanach, przy dźwiękach muzyki. Kiedy byłam już duża Tulipan zrobił mi ogromny prezent - niespodziankę i zagrali na naszym ślubie. Znam na pamięć chyba wszystkie teksty, buzia więc sama rwała mi się do śpiewania.
Po Tulipanie chwila przerwy i rozmowa z rzeźbiarzami, szczerze mówiąc trochę za długa, prowadzący rzucał jak z rękawa żartami, ale i tak byliśmy na tyle zmęczeni, że poczuliśmy gwałtowną senność. Czekaliśmy jednak na koncert Marka Majewskiego, który jak zwykle na nowo rozruszał publiczność i znów mogliśmy troszkę pośpiewać nowe i starsze kawałki i przypomnieć sobie jak cudnie Marek grał i śpiewał nam w altance czy przy stole w domu moich rodziców w Siemianach. Po koncertach artystów, których poziom był niewspółmiernie wyższy niż poziom artystyczny wystawy na scenę wszedł pan z Kaczek z Nowej paczki z muzyką z podkładu. Nie przepadam za tym zespołem, a poza tym oczy nam klapały. Pojechaliśmy więc do domu, a ponieważ było już ciemno, to tym razem asfaltem. Kiedy tylko podjechaliśmy pod dom zadzwonił przemiły telefon:
"Natalko, wszystkie ciocie i wujkowie są oburzeni, że nie przyszliście się z Sebastianem przywitać!". No cóż, musiałam się tłumaczyć, że nie wiedzieliśmy gdzie jest jakieś tajne wejście do nich i padaliśmy ze zmęczenia, bo po pracy nawet nie zajechaliśmy do domu. Ciocia z Tulipana powiedziała, że w takim razie rozumieją i że miło było nas zobaczyć chociaż ze sceny. Nam też było bardzo miło – przecież wiadomo!
Kiedy wracaliśmy do domu, za oknem było bardzo ciemno. Nie było widać księżyca, ani gwiazd.

Obudziłam się rano w sobotę. Bardzo rano i nie mogłam zasnąć. Za oknem było szaro i ponuro – była brzydka pogoda. Po jakimś czasie okazało się jednak, że to jeszcze poranna szaruga i za jakiś czas promienie słoneczka, choć nie tak mocnego jak choćby dzień wcześniej, oświetlają pokój. Potem jednak było gorzej. Zaczęliśmy przygotowywać ognisko, ustawiać stoły i ławki, a horyzont się chmurzył i burzył coraz bardziej, w radiu też nam grozili śniegami i deszczami. Podjęliśmy decyzję o ugotowaniu kociołka znacznie wcześniej, tak żeby po przyjściu gości tylko podgrzać go w ognisku, lub w razie bardzo złej pogody w domu. Udało mi się jednak rozchmurzyć choć trochę bardzo złego na pogodę Pana Właściciela Domu i na nowo zaczął się uśmiechać mimo deszczu, który właśnie zaczynał siąpić. Deszcz nie zmoczył nam jednak ogniska, które ładnie już płonęło. Zaczęli zjeżdżać się goście, którzy NAPRAWDĘ mimo pogody dopisali. Nie jestem w stanie wszystkich wymienić, nie chcę nikogo pominąć, ale wszystkim jestem bardzo wdzięczna za obecność. Goście poustawiali na stole pyszne, przygotowane przez siebie potrawy – pieczone w domu chleby, z mąki, która rano była jeszcze ziarnem, pasty warzywne, sałatki i różniste przekąski, my dodaliśmy sery i kilka swoich wyrobów - wszystko swojskie i domowe. Niestety nie wszyscy pamiętali o zbiórce karmy dla zwierząt, którą przekażemy potrzebującym pieskom i kotkom, ale mam nadzieję, że zapominalscy sami poczują się zobowiązani i we własnym zakresie przekażą dowolnemu potrzebującemu zwierzakowi, choćby w swojej wsi, czy w mieście paczuszkę zwierzęcego jedzonka.
Wszystkie przywiezione przez gości pyszności zaczęły mocno moknąć w deszczu, mocny wiatr zaczął zrywać folie i ściereczki, którymi poprzykrywaliśmy potrawy. Hasło "PRZENOSIMY SIĘ DO DOMU!" zostało rzucone, wrzuciliśmy jeszcze Marzannę do ognia, a właściwie zrobił to Wojtuś – synek Apolinarego Polka i szybko do domu, bo właśnie wkurzona, że próbujemy ją spalić Zima sypnęła z nieba śniegiem. Wtedy dopiero się zaczęło. Każdy coś chwycił, a nasz niewielki domek musiał się mocno rozciągać żeby zmieścić taką ilość gości. Domowy stół ugiął się od potraw, krzesła, fotele zostały zajęte, z podwórka mąż przyniósł ławki. Zrobiło się gwarnie jak w jakimś obleganym pubie, ale bardzo ciepło, klimatycznie, rodzinnie. Większość ludzi to mieszkańcy siedlisk, ludzie zainteresowani sztuką, ekologią, mam więc nadzieję, że wszyscy się ze sobą dogadywali. Oprócz oczywiście przemiłych wrażeń, kilku zdjęć, nowych znajomości po imprezie zostało nam wiele misek, naczyń, a także damski szaliczek w paski, metalowy kieliszeczek i kilka innych gadżetów, po które można się zgłaszać, a także nakręcony dwustuletni zegar na ścianie (wcześniej wisiał jako ozdoba), który teraz pięknie bije nam co godzinę (chociaż trochę się późni). Było inaczej niż zawsze, nie pośpiewaliśmy za bardzo, nie słychać było gitar, gwar na to nie pozwolił, ale nie ma się co dziwić kiedy na tak małej przestrzeni pojawia się nagle koło czterdziestu osób! Zabawa skończyła się w nocy – nie wiem o której, ale mimo zmęczenia byliśmy bardzo zadowoleni. Na razie nie myślimy o kolejnym przywitaniu wiosny, przed nami przecież jeszcze cztery całe pory roku!

Pozdrawiam wszystkich ciepło i do zobaczenia!

12 komentarzy:

  1. Świetna taka ogniskowa imprezka na powitanie wiosny, zwlaszcza z ciekawymi ludzmi przy parującym kociołku.
    I jak to dobrze wiedzieć,że przed nami najpiękniejsze miesiące, po długiej i szarej zimie!
    Pieknej wiosny życzę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiosna w rozkwicie, wyssani po zimie ładujemy akumulatorki!
    Fajnie tak plenerowo z przyjaciółmi :)
    pozdrowienia i wiele dobrego!

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałaś Natalko w domu prawie małe wesele. Widać na zdjęciach , że humory dopisywały. Pozdrawiam !!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wspaniała impreza powitalna! Bardzo musiało być sympatycznie. Swietny pomysł z tym przywożeniem karmy na imprezę, trzeba rozpowszechnić. A z parującego kociołka aż się zapach unosi...:))
    Pozdrawiam serdecznie!
    Podsunęłaś mi pomysł wiosennego spotkania... Dzięki:))

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sorry, blogger mnie sklonował 4 razy:))

      Usuń
  8. Rewelacyjny z Ciebie kronikarz. :) Po świętach musimy w końcu się spotkać na dłużej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mów mi Gal Anonim :) Musimy koniecznie się spotkać, nasz pech już chyba (odpukać) minął, więc może wreszcie się uda :)

      Usuń
  9. Bywałam na koncertach Apolinarego, jeszcze w ramach projektu W górach jest wszystko. co kocham ... pięknie śpiewał o Nieznajowej, ze swoim charakterystycznym rrrrr; ależ masz fajnych sąsiadów; pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Heh, Natalia i 40 rozbójników :):) Pal licho pogoda, najważniejsze, że goście dopisali! :)

    OdpowiedzUsuń