środa, 25 lutego 2015

Idzie wiosna, wybory na sołtysa i trochę o wielkiej sztuce

Ostatnio sporo było o pechowych wydarzeniach z naszego życia. Nasz pech zaczął się jeszcze w starym roku i tak nas męczył i męczył i... Na razie o nim wystarczy, bo to wszystko złe u nas i wokół może doprowadzić do stanów depresyjnych, a ja niestety jestem nadwrażliwa. Skupialiśmy się na problemach, a tym czasem słońce rozpuściło już prawie wszystkie resztki śniegu, tylko w zacienionych miejscach przy ruinach stodoły, czy w leśnych czeluściach można znaleźć go jeszcze sporo. Podwórko tradycyjnie zaczyna zasysać buty swoją błotnistą konsystencją, a dni stają się coraz dłuższe, udaje się więc wracać z pracy kiedy jest jasno i co ważniejsze wychodzić z Aniołem na poranny spacer przy wschodzącym słoneczku, które powoli ogrzewa zmrożone po nocy trawy i drzewa. Skrzat już prawie przestał kuleć, a samochód od trzech dni działa bez zarzutu, chociaż po ostatniej naprawie, o której pisałam tydzień temu nie obyło się bez następnej. Tym razem jednak mechanik obiecał, że da nam od siebie odpocząć. Nadchodzi czas, który bardzo lubię – czas siania warzyw, czas prac porządkowych i czas przygotowań do wiosny. Już niedługo zanim wykiełkują pierwsze warzywa można będzie zasilić swoją potrzebę zielenia... stop! (JEDZENIA ZIELONEGO miało być, chociaż połączenie jedzenia i zielonego też brzmi ciekawie – widać że naprawdę mi witamin brakuje.) Już niedługo zanim wykiełkują pierwsze warzywa można będzie zasilić swoją potrzebę jedzenia zielonego chwastami, które pierwsze wychylą swoje główki z ziemi, na razie jak zwykle w tym okresie posiłkuję się kiełkami, ale to nie to samo, co roślinki z prawdziwej ogrodowej, czy polnej ziemi. Wreszcie mamy też zamiar poprzycinać resztę starych drzew z sadu, a także pobielić i te stare i te posadzone 1,5 roku temu. Chcę też zadbać o krzewy owocowe, które rosną u nas już chyba ze trzy lata, a wciąż są malutkie. Podejrzewam, że trawiaste darnie wokół nich nie pozwalają im normalnie rosnąć. W najbliższych tygodniach mam zamiar poprzykrywać je agrowłókniną, a następnie dobrze nawieźć, może wreszcie zacznę zbierać maliny i porzeczki nie w ilości jednego garnuszka, który i tak bardzo mnie cieszy.

W naszej wsi odbyły się też wreszcie wybory na sołtysa. Cztery lata temu, kiedy jeszcze nie mieszkaliśmy w Studziance i dopiero planowaliśmy przeprowadzkę do wyborów stanęła tylko jedna osoba, Pani Sołtys – bardzo starsza Pani, która sołtysem była od zarania dziejów. Oczywiście wybory jednogłośnie wygrała. Jakiś czas temu poszła jednak plotka, że Pani D. abdykowała, bo już nie ma siły i chęci sołtysować. Ten brak sił i chęci było też widać (albo raczej widać nie było) w tym jak wieś wyglądała i co się w niej działo. Mimo to, kiedy przyszło co do czego, to pierwsza zgłosiła swoją kandydaturę. Wybory na sołtysa to taka śmieszna procedura. Nasze były na godzinę 19.00 w wiejskiej świetlicy, która jest w stanie raczej opłakanym – nie ma w niej toalety, wody, ogrzewa ją piec kaflowy, który jest tak wypalony, że niemal nie grzeje, a ostatni remont pamięta zamierzchłe czasy. Na sam początek ledwie zdążyliśmy. Bylismy tego dnia na finisażu wystawy Ani Drońskiej (zresztą naszej sąsiadki, bo mieszka tylko 5 km od nas) – polecam bardzo, a zaraz potem popsuł nam się odebrany od mechanika kilka godzin wcześniej samochód. Burmistrz nie zaszczycił nas swoją obecnością, ale pojawił się za to pan zastępca. Do komisji skrutacyjnej (liczącej głosy) poszedł mój mąż i Tomek z Pasieki z mamą. Ktoś chciał mnie wyciągnąć, ale usłyszałam głosy z boku: „nie, pani Natalka nie, ona będzie kandydować”. Nie miałam zamiaru kandydować i szybko zaprzeczyłam, ale po prostu nie jestem dobra w liczeniu. Ludzi było bardzo dużo, nie było gdzie usiąść. Jedna starsza pani natychmiast przyniosła mi krzesło. Poczułam się zażenowana, ale chyba nie wypadało odmówić, tym bardziej, że Pani szybko zniknęła na drugim końcu sali. Kiedy tylko usiadłam przemiła również starsza Pani obok mnie – Pani Aniela powiedziała: „Pani Natalko, proszę poduszkę pod pupę, bo krzesełko zimne i nieprzyjemnie tak siedzieć” - moje „nie dziękuję” nie pomogło. Usiadłam na poduszce. Podobno uprawnionych do głosowania mieszkańców w naszej wsi jest około setki. W rzeczywistości jednak duża część z nich mieszka za granicą i może już nigdy nie wróci. Na wybory przyszło 48 osób, a zastępca burmistrza był bardzo zaskoczony taką frekwencją (w niektórych wsiach podobno wybory musiały zostać odwołane, bo nie było dwudziestu procent). Nikt nie zgłosił żadnych kandydatów, a tak się to powinno odbywać, w związku z tym kandydaci zgłaszali się sami. Zgłosiła się aktualna Pani Sołtys, jeden Pan, którego nie znałam nawet z widzenia i nasz super sąsiad – Piotrek z Leśnej Dolinki. Każdy kto przyszedł na głosowanie miał się wpisać na listę. Nikt nie sprawdzał czy wpisują się rzeczywiście mieszkańcy wsi. Nikt nie sprawdzał dowodów osobistych, tak naprawdę mogłam przyprowadzić znajomych i oni też mogliby zagłosować, pewnie nikt by się nie dowiedział. Przed samymi wyborami podeszła do mnie Pani Sołtys, jak się później okazało podeszła również do mojego męża, który siedział już za stołem komisyjnym. Niewysoka Pani stanęła naprzeciwko mnie, siedzącej na krześle, na poduszce. Miała twarz dokładnie na wysokości mojej twarzy. Zaczęła coś mówić, ale zrozumiałam tylko ogólny sens, że tyle lat jest sołtysem i nie zna wszystkich mieszkańców i żeby na nią głosować, podobną agitację przeżyła komisja skrutacyjna. Kartki do głosowania zostały wydrukowane na drukarce podłączonej do gminnego laptopa przywiezionego przez przedstawicieli gminy. Rozdawane były w wielkim haosie i podawane z rąk do rąk. Komisja liczyła i przybywało gwałtownie głosów w dwóch kupkach. W końcu ogłoszenie wyników:
Pan (którego nie znam) – 10 głósów
Pani Sołtys – 18
Piotrek – 19
Jeden głos nieważny. Od razu zorientowaliśmy się, kto nie zdążył zagłosować, bo na finał odczytania wyników jeden pan spadł z krzesła, a przez resztę spotkania kilka osób asekurowało go, żeby nie upadł ponownie. Już BYŁA Pani Sołtys wraz ze swoją córką od razu po odczytaniu wyników wstały i z wyraźnym fochem i głośnym komentarzem: „WYCHODZIMY!!!” opuściły salę. Jak się potem okazało Pani D. dokumenty nowemu sołtysowi postanowiła przekazać za pośrednictwem gminy. Woli pojechać do Jezioran niż osobiście gratulując nowemu sołtysowi, po prostu mu je dać.
Teraz rada sołecka. Znów nikt nikogo nie zgłosił, trzeba więc było zgłosić się samemu. Zgłosiłam się, w papierkową robotę sołtysa mnie nie wrobią, ale całym swoim zaangażowaniem i energią chętnie pomogę sołtysowi. Zgłosiła się też dumna narzeczona sołtysa – Kasia, a także Krzysztof C., Pan, który w wyborach dostał 10 głosów i Pani Edyta F. Ponieważ zgłosiło się pięć osób, a tyle może być w radzie, to głosowanie było zbędne. Uznane zostało, że wszyscy kandydaci zostają członkami rady sołeckiej maksymalną ilością głosów. Potem zaczęły się pytania: Kiedy we wsi będzie woda? Kiedy zaczną wywozić regularnie śmieci? Czy mamy szanse na fundusz sołecki? Czy wyremontują nam świetlicę? Oj ciężko będzie Panu sołtysowi zadowolić mieszkańców. Ja również zadawałam sporo pytań, niestety na większość pan z gminy nie potrafił odpowiedzieć, lub odpowiadał wymijająco. „Pani Natalko, walczy pani o nas” - słyszałam co jakiś czas zza pleców. Muszę przyznać, że było to miłe. Zaskakujące jest też to, że wieś wybrała sołtysa, który mieszka w Studziance dopiero cztery lata, a w radzie sołeckiej jest tylko jedna osoba, która nie wprowadziła się jakiś czas temu. Najważniejsze jednak jest to, że w radzie większość jest nasza, być może uda się więc coś dla naszej wsi zrobić.
Następnego dnia zaszliśmy do Kasi i Piotrka w ramach spaceru z Aniołem, który natychmiast pobiegł pobawić się z Sabą. Można powiedzieć, że zrobiliśmy takie mini spotkanie rady sołeckiej, rozmawialiśmy o tym co można by we wsi zdziałać i zrobić i trochę pomysłów jest, zobaczymy tylko czy mieszkańcy będą chcieli się w to włączyć. Mam nadzieję, że będzie to miła praca, ale i twórcza zabawa.

Ostatnio był światowy dzień walki z depresją, więc na koniec jeszcze kilka słów o wystawie, o której wspomniałam już wyżej. Wystawa ma tytuł „Melancholia”, jest zapisem uczuć autorki, które towarzyszyły jej, kiedy chorowała na depresję. Obrazy są niesamowite, przerażające. Chociaż mam wrażenie, że każdy wrażliwy człowiek czuje się czasem tak właśnie jak autorka i jednocześnie postać z obrazów, każdy czasem czuje ból każdego kawałka ciała, każdej myśli. Każdy czasem czuje się tak jakby przygniatały go ściany, jakby słyszał niewyobrażalny, przerażający hałas, jakby ktoś zaszył mu oczy, które nie mogą już zobaczyć jasnych barw, tylko ciemność. Gorzej jeśli te wszystkie uczucia są długotrwałe i skumulowane, jeśli smutek jest nieustający. Wtedy mówimy już o depresji. Kiedy ogląda się obrazy Ani Drońskiej i jest się w otoczeniu tych złych emocji, to przez moment ma się wrażenie, jakby wchodziło się w myśli autorki, jakby też miało się depresję. Na szczęście u większości z nas takie stany są tylko chwilowe. Mimo to, że emanują smutkiem i bezradnością, to naprawdę polecam obrazy artystki, ja jestem pod ogromnym wrażeniem „Melancholii” od dłuższego czasu.


(reprodukcje prac ze stron: www.olsztyn24.com, www.formwell.pl, www.ro.com.pl,

Proponuję jednak aż tak bardzo z obrazami się nie utożsamiać i potraktować je tak jak traktuje się dobry, ale bardzo smutny film. Coś po takim filmie w nas zostaje, ale staramy się nie myśleć o tym codziennie, nie przeżywać. Lepiej cieszyć się tym co jest wokół, małymi rzeczami. Na przykład tym, że w niedzielę przyleciały żurawie!

Już naprawdę na sam koniec jeszcze jedna sprawa:
Nasz drogi sąsiad z bloga Neowieśniak Codzienny, którego zresztą przez bloga poznaliśmy i którego (jak i jego żonkę równie mocno) bardzo polubiliśmy powrócił do swojego poprzedniego bloga na którego serdecznie zapraszam: http://blog.schronisko.art.pl/
Chociaż Neowieśniaka będzie mi brakować :)

czwartek, 19 lutego 2015

Czarna seria

Poniedziałek – skręciłam nogę. Po pracy pojechałam do lekarza i dał mi zwolnienie. Mimo to postanowiłam we wtorek pojechać do pracy chociaż na chwilę. We czwartek planowany był wernisaż, a ja zajmuję się oprawą plastyczną, chciałam dokończyć chociaż malowanie tablic tytułowych.
Wtorek – samochód się popsuł – nie pojechaliśmy. Mąż wziął wolne, ja zadzwoniłam z informacją o zwolnieniu. Kiedy w pracy dowiedzieli się o zwolnieniu nie pozwolili mi dokończyć mojej pracy we środę. Musiałam znaleźć zastępstwo. Na szczęście zgodziła się pomóc studentka trzeciego roku mojego wydziału, która była u mnie na praktykach i dobrze radziła sobie z malowaniem. Mechanik przyjechał do nas we wtorek wieczorem z lawetą. Wsiadł do samochodu i odpalił bez problemu, jakby nigdy nic. Zostawił samochód. Rano auto nie odpaliło. Tym razem mechanik przyjechał i zabrał samochód. Oddał nam go we czwartek i jeździliśmy tradycyjnie do wtorku. We czwartek przyszedł Skrzat z ranną łapą. Mocno kulał. W piątek rano jednak go nie było i nie mieliśmy jak pojechać do weta. Potem auto wciąż było w naprawie i nadal nie mieliśmy jak pojechać, a Skrzat pojawiał się w najmniej odpowiednich porach. We wtorek rano samochód znów nie odpalił. Znów nasze chore auto pojechało lawetą. Tego samego dnia było zrobione, ale mąż i tak nie miał już jak dostać się do miasta, więc odebrał we środę. Jeździł samochodem do piątku (piętek trzynastego) i autko znów się rozwaliło, tym razem na szczęście w mieście. Wrócił z sąsiadami, urywając się z pracy wcześniej. W poniedziałek pojechaliśmy już razem (dwutygodniowe zwolnienie już mi się skończyło i chociaż z nogą nie jest jeszcze najlepiej, to nie chciałam przedłużać). Do pracy zawieźli nas sąsiedzi. Odebraliśmy samochód we wtorek, wróciliśmy do domu.
- Sebastian nie zgasiłeś świateł – powiedziałam do Pana Właściciela Domu.
- Przecież gasiłem – odpowiedział i wrócił do auta – a teraz się palą?
- Palą tylko inne.
- A teraz?
- Teraz awaryjne. - Nagle coś zaczęło strasznie śmierdzieć, a z bagażnika poszedł dym, światła paliły się nadal. Mąż odłączył akumulator i zadzwonił do mechanika. Znów na drugi dzień musieliśmy pojechać o nieludzkiej godzinie z sąsiadami, a mechanik zabrał lawetą auto. Przyjechali moi rodzice, więc pojeździliśmy ich samochodem przez jeden dzień. Mogliśmy wstać o normalnej porze i poczuliśmy jakim luksusem jest praca na po ósmej. Samochód miał być wczoraj. Mąż zadzwonił do mechanika, okazało się, że tym razem spaliła się jakaś nowo wymieniona część przy kierownicy (tydzień wcześniej spaliła się nowo wymieniona pompa paliwa).
- A co z przewodami z tyłu samochodu? Mówiłem panu, że stamtąd leciał dym – zapytał mąż
- Tam nie sprawdzałem. - odpowiedział nasz super mechanik. Nie odebraliśmy więc samochodu, bo nie chcieliśmy spłonąć po drodze. Sąsiedzi pojechali już do siebie, moi rodzice wrócili do domu, a my nie mieliśmy jak dostać się do chaty (tym co nie wiedzą przypominam, że do naszej wsi nie jeżdżą żadne autobusy). W końcu przyjechał po nas przyjaciel męża i zawiózł do domu. Dziś znów mieliśmy poranny marsz na spotkanie z sąsiadami i jazdę o nieludzkiej porze do Olsztyna. Mam nadzieję, że samochód zrobią nam dzisiaj i że będziemy mieć jak wrócić do domu i że już przestanie się psuć, chociaż naprawdę jesteśmy bardzo, bardzo wdzięczni naszym kochanym sąsiadom, że nas zabierają i że jeszcze nie mają nas dosyć!
Skrzat wciąż kuleje, chociaż zgina łapę, rusza nią, więc chyba nie jest złamana. Jak będzie sprawny samochód to pojedziemy z nim do weterynarza, na razie nie ma jak...

Błagam odczarujcie nas, niech ktoś zabierze od nas tego cholernego pecha!


PS. Dzisiaj rano jechałam z taksówkarzem, który pochwalił mi się, że jest myśliwym i że strzela do psów, zabił już pięć!
Powiedziałam mu co o nim myślę, ale może, jak będę w nastroju napiszę coś o tym następnym razem.

czwartek, 29 stycznia 2015

Skrzat - ciąg dalszy.

Wczoraj popołudniu Skrzat poczuł się odrobinę lepiej. Nawet sam wskoczył mi na kolana i otarł się pyszczkiem o moją twarz, serce zmiękło mi tak bardzo, że jeszcze chwilę, a spłynęłoby gdzieś do otrzewnej. Mimo wszystko był bardzo słaby i po chwili pieszczot położył się w kąciku i leżał tak jak nie leżą zdrowe koty.
Po 16.00 przyjechał Pan Właściciel Domu i znów zaczęła się nieprzyjemna zabawa w zamykanie kota w kocim domku. Bardzo nie chciał, wyrywał się biedak i bardzo się bał. Mimo to po ucieczce, kiedy go wołałam znów do mnie podchodził pełen zaufania, a ja znów próbowałam go włożyć do domku pełna wyrzutów sumienia. Trudno – zdecydowałam w końcu, mimo protestów męża, który obawiał się, czy mój pomysł jest bezpieczny. Będzie jechał na moich kolanach, a ja jakoś spróbuję go przytrzymać. Wzięłam kota na ręce. Był spokojny. Musiałam jednak przenieść go przez całą galerię, w tym przez wielka salę wystawową. Pan Właściciel Domu popędził pierwszy, żeby pootwierać mi drzwi, a ja z kotem na rękach, który z silnego i niezależnego, wielkiego kocura stał się nagle małym przestraszonym kotkiem ruszyłam za nim. Po drodze szeptem poprosiłam kolegę z pracy, żeby zamknął za mną drzwi od zaplecza budynku. Kolega nie spodziewając się reakcji od razu zerwał się swoją dwumetrową posturą do pomocy, z jednoczesnym basowym stwierdzeniem: „Już idę!”. Biedny Skrzat ze strachu chciał wyskoczyć z moich ramion, udało mi się go przytrzymać i szybkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia. Kocisko uspokoiło się w samochodzie, wtulone w moje ramiona z zaciekawieniem obserwowało uciekające domy, ulice i drzewa. Kolejna chwila krytyczna: Pan Właściciel Domu idzie do sklepu po miękkie jedzenie dla Skrzata, bo domowe zapasy mogły nie wystarczyć. Otwieranie drzwi, szelest kurtki – to naprawdę straszne dźwięki. Skrzat wbił mi pazurki w ramię, ale został w moich objęciach. W końcu zbliżamy się do domu. Kot jest spokojny, przysypia i nagle wjeżdżamy na drogę polną. Samochód podskakiwał co chwilę, a kot bardzo się bał, być może odczuwał też ból. W końcu na zakręcie przed wjazdem na nasze podwórko nie wytrzymał i wyrywał się z moich rąk. Usiadł na podłodze pod nogami. Kiedy samochód zatrzymał się Skrzat zaczął latać jak szalony, raz siedział w bagażniku, to znów pod siedzeniami. Pan właściciel Domu poszedł do domu zamknąć Miejskiego Psa i Wiedźmę, a ja próbowałam złapać Skrzata. Na nic to się zdało. Nie chcieliśmy go dłużej stresować, postanowiliśmy więc po prostu otworzyć drzwi od samochodu i go wypuścić. Pobiegł w stronę sadu, ale zawołany wrócił – znów nam zaufał. Wreszcie znalazł się na ganku – w miejscu, które sam sobie wybrał, w miejscu, w którym czuł się bezpiecznie, a my znów kota na ręce i w obce miejsce – do domu, do łazienki. Przerażony Skrzat chwilę po łazience pochodził, wysunęłam się delikatnie za drzwi, żeby przynieść mu jedzenie i posłanie. Kot wyleciał i zaczął latać po domu jak szalony. Miejski Pies zamknięty w jednym pokoju zaczął ujadać, Wiedźma w drugim miauczeć i warczeć, tak przeraźliwie i skrzecząco jak to tylko ona potrafi. Decyzja została podjęta bardzo szybko – Skrzat wraca na podwórko, bo chyba mimo naszych dobrych chęci i zaleceń Pani wet. tam będzie mu lepiej. Otworzyliśmy drzwi od domu, a umęczony i zestresowany kot od razu wybiegł na zewnątrz i położył się na ganku. Po chwili odpoczynku poszedł spokojnie do swojej budy w stodole spać. Niestety okazało się, że rany na łapach podkrwawiają, bo na podłodze w łazience zostało sporo krwawych śladów. Kiedy Pan Właściciel Domu wyszedł na spacer z psem, Skrzat znów był na ganku. Dał się pogłaskać i był we w miarę dobrej formie. Rano niestety go nie było. Nici więc z wyjazdu z kotem do weterynarza na zastrzyk. Pojechaliśmy więc sami i dostaliśmy tabletki. Podobno są słabsze i gorzej działają, ale lepsze chyba to niż nic? Trafiliśmy tym razem na sympatycznego lekarza, który powiedział nam także czym przemywać rany, żeby jednocześnie nie szczypało, a dobrze odkażało. Mamy tylko nadzieję, że kiedy wrócimy z pracy, to Skrzat będzie jak zawsze na ganku i chętnie połknie lekarstwa. Bardzo się o niego martwię.

środa, 28 stycznia 2015

Bardzo zły dzień

Tak sobie myślałam, że nasz pech, który przyszedł do nas z końcem starego roku, a na początku nowego stwierdził, że mu u nas dobrze, już niedługo nas opuści, bo w końcu ile można? Wiem, że wszystkie nasze ostatnie niepowodzenia to drobnostki, ale uwierzcie mi, że kiedy tych drobnostek zbiera się tak dużo i kiedy pojawiają się ciągle, to człowiek zaczyna mieć dosyć.
Pech zaczął się kiedy jechaliśmy na Wigilię do rodziców. Pomyślałam, że skończy się kiedy znów pojedziemy do rodziców i wszystko było na dobrej drodze żeby tak się stało. (W końcu kolejna rzecz w samochodzie popsuła się przed wyjazdem i teraz jeździmy z kablami na wierzchu, bo czekamy na cześć) Niestety.
Dzisiaj od samego rana wiedziałam, że to będzie bardzo zły dzień, mam też przeczucie, że takich dni będzie więcej.

Rano wychodząc na spacer z psem jak zwykle poszłam po miski Skrzata, które na noc chowamy do jego budy. Z budy wyczołgał się Skrzat. Już przy bladym świetle latarki widziałam, że nie jest w porządku. Kot poczłapał na ganek, tam gdzie spędza zazwyczaj większość dnia, jednak nie podbiegał żwawo jak zwykle. Mocno kulał. Wieczorem przy naszym domu znów kręcił się Kotuś sąsiadów. Kiedy obejrzałam Skrzata wiedziałam, że to sprawka Kotusia. Skrzat całą sierść miał zmierzwioną, jakby mokrą i sztywną. Na białych częściach futerka było widać, że to mokre to krew - tym razem jego krew. Nasz kocurek ma zerwaną skórę z ucha i wiele ran na łapach, szyi, głowie. Natychmiast zapakowaliśmy go do kociego koszyka i do Olsztyna do weterynarza, a tam Skrzat trafił na chirurgię. Młoda Pani weterynarz nie należała do tych szczególnie sympatycznych. Uśpiła Skrzata i obejrzała łapy - na szczęście całe, ale mocno poranione. Potem obejrzała szczękę (Skrzat miał problem z jedzeniem), też cała, ale ułamany kieł (wcześniej zęby miał wszystkie). Przy mocnych lekach przeciwbólowych i na pół śpiąco Pani weterynarz wraz ze studentami zaczęła dłubać w pyszczku naszego kotka. Ząb ułamał się przy samym dziąśle, a Pani doktor stwierdziła, że jak będzie boleć, to wtedy będzie trzeba działać dalej, a na razie tak musi zostać. Jakoś od początku nie byliśmy pewni, czy w ogóle tego zęba powinno się akurat dzisiaj próbować usuwać. Wiedźma też ma ułamany kieł i jakoś jej on nie boli i normalnie żyje. Boje się, że kieł ułamany w połowie nie był bardzo groźny, a kieł ułamany już na wysokości dziąsła będzie Skrzata bolał.
W końcu po oględzinach i stwierdzonych szkodach zostały tylko antybiotyki i leki przeciwbólowe. Skrzata miała przytrzymać studentka, która nie wiedząc, że Skrzata ciężko jest wyjąć z kontenerka po prostu go tam wpuściła. Teraz się zaczęło. Do zrobienia zastrzyków studentki zaczęły obolałego kota wyciągać z pudełka, kot trzymał się pazurami. Ponieważ Pan Właściciel Domu miał zastrzyki robić, to Panie przytrzymały Skrzata, a mąż zabrał się za zastrzyki. W pewnym momencie kot capnął Sebastiana i wyrwał się na ziemię. Ugryzł mocno, bo przegryzł paznokieć. Krew buchnęła, a kot zaczął biegać po całym, dość dużym gabinecie chirurgicznym. Studentki zaczęły biegać jak oparzone za przerażonym zwierzęciem, inne opatrywać palec. Dopiero po moim apelu żeby nie biegały za kotem i że jak jest tak dużo ludzi w pomieszczeniu, to on wariuje ze strachu Pani weterynarz wyprosiła większość osób. Skrzat przebiegł po jednej ze studentek, która siedziała nieruchomo przy komputerze, a ta przytrzymała go i dzięki temu mogłam go włożyć do pudełka, gdzie czuł się względnie bezpiecznie. Do pracy spóźniłam się dwie godziny, zabrałam za to ze sobą przelewającego się przez ręce kota, miski, kuwetę i inne gadżety. Mąż dowiózł mi piasek.
Tymczasem trwają ferie zimowe, przychodzą więc dzieci na warsztaty plastyczne, które również prowadzę. Koleżanka ma zajęcia na 10.00, ja na 12.00, jednak pewna grupa zorganizowana, ubolewająca bardzo nad faktem, że nie jesteśmy w stanie poprowadzić na raz zajęć z czterdzieściorgiem dzieci, poprosiła czy zajęcia mogą być na 10.00 i 11.00. Zgodziłyśmy się na 11.15 (żeby móc przygotować kolejne zajęcia) myśląc, że czekająca grupa pójdzie np. na seans do planetarium (jesteśmy w tym samym budynku). Okazało się jednak, że znudzone dzieci czekały na korytarzu robiąc okropny hałas, a ich wychowawcy nie bardzo się tym interesowali, a punkt 11.00 na sali miałam obie grupy. Wymyśliłam ciekawe zajęcia o abstrakcji. Dzieci miały za zadanie w grupach namalować abstrakcyjną pracę odpowiadając na wylosowane hasła - np. miłość, złość, radość. Następnie każda grupa miała podejść do pracy kolejnej grupy i nie znając pierwotnego hasła odpowiedzieć na pytanie: Gdyby to było jedzenie, to jakie?, Gdyby to było uczucie to jakie?, Gdyby to była pora roku to jaka? - dzieci miały zapisywać odpowiedzi na kartkach, zawijać je tak żeby kolejne grupy nie widziały i znów podchodzić do następnych prac i kartek, aż wrócą do swojej. Wydawało mi się, że to będzie ciekawe jeśli na koniec każda z grup odczyta pierwotny temat swojej pracy, a także to co napisali na temat powstałego obrazu koledzy w swoich odpowiedziach na pytania. Niestety potrzebowałam do tego pomocy wychowawców. Na samym początku prosiłam o pomoc w podzieleniu dzieci na grupy, tak żeby w każdej grupie były dzieci, które potrafią już pisać i czytać. Niestety Pani nauczycielka szybko się ulotniła, zapominając że ja prowadzę zajęcia, ale ona jest od uciszania, zwracania uwagi i powinna mi (znając dzieci) trochę pomóc. Dzieci zaczęły malować, połowa nie słuchała, na grupy podzieliłam ich po kolei - tak jak siedzieli. W pewnym momencie zaczęli rzucać farbami i pędzlami, ściany, podłoga, stoły i ubrania były w farbach (nauczycielki jak nie ma, tak nie ma). W końcu czas na zabawę. Okazało się, że większość dzieci nie umie pisać i czytać (kiedy grupa się umawiała było powiedziane, że zajęcia są dla starszych i piszących dzieci). W końcu zajęć nie mogłam dokończyć. Pani wychowawczyni, która pojawiała się co jakiś czas, ale tylko jako bierny obserwator podeszła do mnie na koniec i powiedziała:
"Dziękuję pani za cierpliwość, wiem, że było bardzo ciężko." - to na miłość boską, kobieto nie mogłaś trochę pomóc?!
Po zajęciach i ogromnym hałasie dzieci z zajęć i tych czekających na korytarzu bardzo rozbolała mnie głowa, a w pokoju przerażony Skrzat, który wcisnął się najpierw pod wieszak, a potem pod moje biurko i kable od komputera. Teraz nadal leży pod biurkiem, ale co jakiś czas pozwala się wyciągnąć i siedzi trochę na kolanach. Niestety jestem w pracy, muszę więc np. malować na stojąco, więc za długo na tych kolanach nie poleży. Jest bardzo osowiały, łapy uginają się pod nim. Zjadł jednak trochę i nawet raz podniósł głowę, żebym mogła podrapać go pod bródką. Teraz codziennie będzie jeździł ze mną do pracy, bo codziennie musi być na kontroli u lekarza. Będzie musiał też przynajmniej na jakiś czas zamieszkać w domu, co może być niezłym problemem, bo przecież mamy jeszcze Wiedźmę, która nie lubi Skrzata i Miejskiego Psa, którego atakuje Skrzat. Trzeba będzie w związku z tym Skrzata gdzieś odizolować, jedynym takim miejscem (domek mamy niewielki) jest chyba łazienka. Kotuś, z którym pobił się Skrzat nie wrócił jeszcze do domu. Mam nadzieję, że nic mu nie jest. To był bardzo zły dzień, a jeszcze trochę go zostało. Chciałabym go przespać.

Przepraszam za chaotyczny wpis, pisałam to co mi leży na sercu - jak leci (chociaż jeszcze pewnie parę leżących na sercu rzeczy by się znalazło).
Pozdrawiam Was!

wtorek, 20 stycznia 2015

Przygód ciąg dalszy

Myślicie, że po burzliwej końcówce roku zrobiło się spokojniej? Mylicie się i szacowny 2015 rok dał nam już trochę w kość. Nie będę tu opisywać takich drobnostek jak połamana lampa w pokoju (znaleziona niegdyś na śmietniku w Berlinie), która wieczorem dawała nam miłe ciepłe światło i nagle po latach się przewróciła (jakoś udało mi się ją skleić), jak popsuty sprzęt w domu (np. dekoder, wieża, która przestała odtwarzać płyty), a także niedziałające radio w samochodzie. Mocno we znaki dał nam się także wiatr.

WIEJE WICHER

Tak naprawdę to ja lubię wiatr, mimo że wprowadza pewien niepokój, ale i ten niepokój nawet lubię. Uwielbiam obserwować przechylające się trawy i kłaniające się korony drzew. Lubię stać na przeciwległym wzgórzu i patrzeć na nasz dom, nad którym wiszą ciemne, ciężkie chmury przesuwające się w bardzo szybkim tempie i na łyse gałęzie otaczających nasze wzgórze drzew owocowych i wiązów. Potem wracam ze spaceru i zaszywam się przy ciepłym piecu, z kubkiem gorącej herbaty z maminym sokiem, słucham gwizdów w kominie i patrzę na szarość za oknem z perspektywy bezpiecznych, ciepłych wnętrz oświetlonych żółtym światłem.
Tym razem po spacerze z Aniołem usiedliśmy do obiadu. Z kuchni mamy rozległy widok na łąkę, która porasta Wonne Wzgórze, a dalej już w dół na las. Bardzo długo widać też u nas słońce, które chowa się dopiero za drzewami na horyzoncie, w dolinie. Niebo pod wpływem silnego wiatru zmieniało się jak w kalejdoskopie, stawało się różowe, purpurowe, a zaraz granatowe, prawie czarne. Raz robiło się jasno, to znów ciemniało, niekiedy zza kłębiących się chmur wychodziły specyficzne smugi słońca oświetlając dolinę. Kiedy byłam mała widząc takie zjawisko myślałam, że to anioły schodzą na ziemię, Anioł jednak smacznie spał. W pewnym momencie usłyszeliśmy skrzypnięcie i zobaczyliśmy, że jeden z konarów starej śliwy przed domem kołysze się inaczej niż reszta drzewa. Śliwa rośnie bardzo blisko domu, gdyby więc się przewróciła spadła by na dom (w stronę domu była lekko przechylona), lub na biegnącą obok linię energetyczną. Długo się nie zastanawialiśmy. Ubraliśmy się ciepło i wyszliśmy na łaskę i niełaskę wiatru. Śliwa była mocno uszkodzona i chociaż dawała jeszcze trochę małych, ale mocno robaczywych owoców, decyzja o ścięciu konarów została podjęta bardzo szybko. Pan Właściciel Domu przyniósł drabinę, a także piłę, wyrzucając sobie jednocześnie fakt, że po ostatnich sporych cięciach nie naostrzył jeszcze łańcucha. Ja natomiast zaopatrzyłam się w linę, żeby ciągnąć gałęzie drzewa i w ten sposób kontrolować ich upadek, tak aby nie poleciały ani na dom, ani na kable. Mąż ledwo stał na drabinie, którą z wielką złośliwością próbował przewrócić wicher. Obwiązał pierwszą gałąź od grubaśnego, pękniętego konara, a ja resztą liny przewiązałam się w pasie. Zaczęliśmy od tych cieńszych gałęzi i powoli, ale sukcesywnie wielkie części śliwy zaczęły spadać na ziemię w wybrane przez nas miejsca. Do czasu. W pewnym momencie, a zbiegło się to akurat z gradem, który zaczął sypać, z drzewa poszły iskry, a piła zawisła wbita w gałąź. Chwilę trwało, zanim Pan Właściciel Domu wydostał sprzęt z sęka. Piła jednak postanowiła dalej już gałęzi nie przeciąć. Zaczęłam mocno ciągnąć nadcięty konar. Kołysał się, ale trzymał się twardo. Pan Właściciel Domu jak zwykle podszedł i wątpiąc w moje siły postanowił ciągnąć sam. Nie szło. Zawsze jestem za współpracą, zaproponowałam więc, że powalimy resztkę drzewa tak jak wszystkie przeszkody w życiu (patetycznie brzmi, hehe) RAZEM! Rozkołysaliśmy kikut drzewa a potem z całych sił powiesiliśmy się na sznurze, którym byłam obwiązana. Poczułam jak wrzyna mi się w plecy i nagle trzask i łup. Udało się! Na tę okoliczność nawet na chwilę zza lasu pokazała nam się ruda poświata po słońcu. Było już niemal ciemno, pochowaliśmy więc sprzęt i zostawiając krajobraz jak po wojnie ruszyliśmy do domu z myślą, że w następny weekend będziemy mieć trochę roboty przy sprzątaniu resztek drzewa. Następnego dnia (poniedziałek) po pracy chodzę na basen. Na moich plecach pojawiły się czerwono-sine pręgi. Nikt by nie uwierzył, że to od sznura (no może, że od sznura by uwierzył, ale chyba raczej, że od jakiegoś bicia sznurem, a nie od ciągnięcia gałęzi), mimo to poszłam na basen i miałam wrażenie, że wszyscy patrzą na moje plecy, postanowiłam więc ćwiczyć styl grzbietowy.

SAMOCHODOWE PERYPETIE

We wtorek umówiliśmy się do mechanika z samochodem. Przyjechał więc mój tata, który użyczył nam na kilka dni swojego auta, a sam pokrzątał się troszkę po naszym obejściu i porobił trochę rzeczy na które my ciągle nie mamy czasu (między innymi zrobił porządek ze ściętą śliwą). Samochód mojego taty jest jednak bardzo niski nie mogliśmy więc dojeżdżać pod dom, ze względu na koleiny i błoto, zatrzymywaliśmy więc machinę pod wzgórzem, a dalej piechotą z latarkami w rękach. Pamiętacie historię szalonego Mechanika Wojtka, który chciał zrobić z naszego autka potwora, który będzie przejeżdżał koryta suchych rzek, albo brodził w błocie po klamki? Tym razem pojechaliśmy do mechanika, który zajmował się naszym autem wcześniej. Zależało nam żeby samochód zrobiony był szybko i dobrze. Mieliśmy problem z hamulcami i z zapłonem, pewnie z czymś jeszcze, ale się nie znam. Okazało się, że owszem hamulce są i działają, ale podłączony jest tylko jeden z czterech na jedno z przednich kół. Te z tyłu Wojtek odpiął, a potem już ich nie zapiął. Wojtek konserwował również ramę i budę samochodu, którą w tym celu zdjął. Nie miał już jednak czasu żeby ją dobrze przykręcić. Okazało się, że trzymała się na jednej śrubie, cud więc że nic nam się nie stało. Świeca założona była nie taka, podobnie alternator, czy coś w tym stylu. Wojtek tłumaczył nam także, że koło zapasowe musimy wozić na tylnym siedzeniu, bo klapa od bagażnika, na której normalnie się montuje koła w terenówkach jest zardzewiała i może odpaść pod ciężarem koła. Mechanik powiedział, że absolutnie nie jest zardzewiała, poprawił tylko zawiasy i znów mamy samochód pięcioosobowy. Do Wojtka już nigdy nie pojedziemy. W czwartek po pracy odebraliśmy nasz samochód. Idealnie odpalił, zostawiliśmy więc niską maszynę taty i ruszyliśmy naszą terenóweczką z radością, że wreszcie podjedziemy pod sam dom. Rano jednak niespodzianka. Nasza Vitarka nie odpaliła. Tata miał już wyjeżdżać i mieliśmy zawieźć go tylko po jego samochód, a tu klops. Pan Właściciel Domu i samochodu bardzo się zdenerwował, ja też, ale starałam się nie panikować. Na szczęście mechanik powiedział, że przyjedzie do nas i uruchomi samochód, chociaż gdy dowiedział się jak to daleko nie był zachwycony. W każdym razie musieliśmy wziąć urlop, a ja akurat miałam tego dnia zajęcia artystyczne z Akademią Trzeciego Wieku, które bardzo lubię prowadzić. Udało się znaleźć zastępstwo, w pracy bez problemu wzięliśmy wolne, a mechanik odpalił samochód. Tata niestety musiał wracać. Pojechaliśmy do Olsztyna, a stamtąd tata zawiózł nas na zakupy i z zakupami do domu, a właściwie pod górkę, bo pod dom oczywiście nie dało się dojechać. Podczas zakupów mój tata ekspert od sklepów spożywczych i wszystkiego innego też bardzo chciał nam pomóc:
- Ta kiełbaska jest pyszna Sebastian, będzie ci smakować.
- Dzięki Krzysztof, ale nie mam na nią ochoty.
- Pyszna jest. Jest taka gruba i cienka, ale ta gruba jest pyszna, weź, nie pożałujesz.
- Jadłem ją, dzięki.- Tak jeszcze kilka razy:
- Poproszę żywieckiej – mówi mój mąż.
- drobiowej, czy wieprzowej? - pyta ekspedientka.
- drobiowej nie – odpowiada mój tata. Dostał więc zaszczytne miano eksperta i na dodatek jest z tego przezwiska dumny i w pełni się z nim zgadza :) A mówi się, że to teściowe lubią się wtrącać.
Humory mieliśmy już lepsze. Przed spacerem z zakupami zmieniłam buty na kalosze, a Pan Właściciel Domu pobiegł do domu po taczkę, wszak zakupy na cały weekend mieliśmy duże i ciężkie. Pożegnaliśmy się z tatą, a ja stwierdziłam, że muszę drogę z taczką do domu uwiecznić. Poleciałam po aparat, a kiedy wyszłam zrobić zdjęcie Pan Właściciel Domu wjechał już na podwórko, głośno krzycząc:
- Kochanie, upolowałem obiad! To jednak jeszcze nie koniec naszych przygód.



GRYZOŃ

Nie raz już wspominałam, że w domu mamy myszy. Nie zabijamy ich, bo nam żal. Łapiemy je w żywołapki i wynosimy w bezpieczne miejsce, a one wracają i tak ciągle. Czasem się złościmy kiedy nie dają nam spać, ale odkąd Skrzat pojawił się w naszym obejściu i ciągle okupuje wejście do domu, myszy jest znacznie mniej. Któregoś dnia smacznie już spaliśmy, a tu nagle usłyszeliśmy chrupanie, potem jakby przedzieranie się, wykluwanie, nie wiem jak to określić. W rogu, przy piecu w naszej sypialni stoi fotel, obok kosz wiklinowy, tam trochę nieposkładanego prania. Dźwięk był taki jakby jakiś potwór próbował przecisnąć się przez te wszystkie sprzęty i tkaniny. Już wyobraziłam sobie, scenę niczym z kreskówki z muzyką jak np. z „Gwiezdnych Wojen”, tam tam ra tam tam tam tam ra tam tam... Muzyka buduje napięcie, słychać hałas, wszyscy oglądający czekają na rozwój sytuacji, a tu z wielkiej sterty wyłania się... malutka mysz. W końcu jednak hałas był nie do zniesienia. Wstałam, zapaliłam światło, i odsunęłam kosz, a tam... wcale nie malutka mysz, a szczur! Biedak uciekł przerażony i zaczął hałasować w innym miejscu pokoju, raz przebiegł nawet po rancie naszego łóżka tuż przy głowie Pana Właściciela Domu, który zerwał się jak oparzony, wołając, że nie będzie już tam spał. Dopiero po mojej propozycji zamienienia się miejscami oprzytomniał i wrócił do łóżka. W weekend zajęliśmy się więc szukaniem szczura, który jak podejrzewaliśmy dostał się do naszej sypialni i nie może z niej wyjść, odsunęliśmy mu jedno z wyjść i usunęliśmy z pokoju wszystko co się da, chcieliśmy też kupić żywołapkę na szczura, ale jak się okazało kupienie takiego sprzętu w Olsztynie jest niemożliwe, zostaje więc internet. Na szczęście jednak ostatnie dwie noce śpimy spokojnie, być może szczur się wyprowadził.

KOCIA WALKA

Jednej z ostatnich nocy obudził nas okropny hałas na podwórku – walka kotów. Wyszliśmy przed dom i zobaczyliśmy Skrzata i Kotusia sąsiadów jak stykają się głowami i wydają z siebie groźne dźwięki. Nagle doszło do spięcia, a kocury walczyły niemal na śmierć i życie. Wybiegłam w piżamie i na boso w nasze przydomowe błotko. Kotuś uciekł a nastroszony Skrzat powoli zaczął iść w jego stronę, aż za stodołę, tam również podbiegłam i pogoniłam Kotusia, który z pewnością głodny nie jest, bo u Kasi i Piotrka zawsze ma pełne miski i porcję pieszczot, postanowił sobie jednak robić po drodze do wsi na panienki przystanki u nas i korzystać z misek Skrzata. Kotuś pobiegł w dół drogi w stronę wsi, niestety Skrzata nie udało się zatrzymać, poszedł za nim. Następnego dnia, jak zwykle martwiliśmy się o naszego kocura. Pojawił się jednak wieczorem. Przy świetle latarki nie wyglądał źle, dopiero rano zobaczyliśmy jak wygląda kot po walce. Ucho Skrzat ma przerwane, nad samym okiem strupa, na szyi też sporo strupów, a na boku szyi na białym futerku (więc tym bardziej wygląda makabrycznie) roztartą krew. Po stratach oceniliśmy, że weterynarz nie będzie potrzebny, kot jest żywy i radosny i jak zwykle żąda pieszczot. Pozwolił także wymacać się po wszystkich ranach, żeby sprawdzić czy nie są poważne. Gorzej z Kotusiem, ale też się wyliże. Za uchem ma rozległą ranę, jest czarny więc nie widać krwi, ale jest wielka mokra plama, kuleje też na łapę. Krew na szyi Skrzata okazała się krwią Kotusia, bo w tym miejscu Skrzat nie ma żadnej ranki. Po całej interwencji musiałam o trzeciej w nocy iść pod gorący prysznic, bo po pierwsze miałam stopy w błocie po kostki, a po drugie trochę zmarzłam. Na szczęście tym razem woda była i mogłam się odmyć.
Mam nadzieję, że na razie limit przygód wyczerpaliśmy i nastanie dla nas spokojny i może nawet trochę nudny czas.
Na koniec trochę warmińskich kapliczek z naszych okolic, oczywiście prace mojego autorstwa.


Pozdrawiam ciepło! Mam nadzieję, że przez nasze przygody przebrnęliście!

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Święta w krzywym zwierciadle

Tradycyjnie było pięknie i rodzinnie, nie obyło się jednak bez kilku przygód, zacznę może jednak od początku.

Część I - Powódź

Zaczęło się w Wigilię. Wciąż czekałam aż pocztą polską dojdą kalendarze, które miały być również częścią prezentów dla bliskich. Kocie kalendarze, z których zakupu cały dochód przekazywany jest dla hospicjum dla kotów nie doszły, a co ciekawe jak się okazało nie zostały nawet wysłane. Trudno, przeprosiny od fundacji zostały przyjęte i nadal czekam na przesyłkę. Musieliśmy więc zajechać jeszcze przed samą wigilią do sklepu (a po sklepach „uwielbiamy” chodzić), żeby coś kupić osobom dla których miały być kalendarze. Pech jednak zaczął się chwilę przed wyjazdem. Pan Właściciel Domu jak zwykle przed wyjazdem zszedł do piwnicy żeby zakręcić wodę. Zawór od hydroforu został mu w ręce, a woda chlusnęła na spodnie. Nie ma się co denerwować, przecież jest Wigilia, a my zaraz wyjeżdżamy na święta. Byliśmy już spakowani, nie udało mi się męża namówić, żeby się przebrał. Już zamykaliśmy drzwi, a tu BACH! Hałas dochodził z piwnicy. Diagnoza (przy latarce, bo żeby woda nie leciała z hydroforu musieliśmy wyłączyć korki w piwnicy): Bojler odpadł od ściany. Pan Właściciel Domu wydostał się w piwnicy i szybko poszedł umyć czarne ręce – no tak przecież nie mamy wody! Z już mniej zadowolonymi minami wsiedliśmy do samochodu. Do rodziców jeździmy przez Dobre Miasto, a do Dobrego Miasta na skróty przez Orzechowo, do którego dojeżdża się polnymi drogami. Przed Orzechowem też czekała nas niespodzianka. Droga została zaorana i po prostu zniknęła z powierzchni ziemi. Mimo to jakoś udało nam się przejechać naszą dzielną terenóweczką. Chwilę przed Dobrym Miastem Pan Właściciel Domu poprosił o wodę. Zawsze jako pasażer odkręcam butelkę kierowcy, tym razem postanowił być samodzielny. Woda wybuchła i mokre miał już nie tylko nogawki od spodni. „Dobrze, że się nie przebierał” - pomyślałam. Szczęśliwie, w strugach deszczu dojechaliśmy do jedynego znanego nam sklepu w Dobrym Mieście, a tam puste półki. Nie znaleźliśmy nawet żadnego męskiego zestawu kosmetyków, żeby podarować przyjacielowi rodziny, miłośnikowi kotów, dla którego miał być jeden z kalendarzy. Coś jednak udało nam się kupić i znów w miarę zadowoleni ruszyliśmy na święta. Potem przez jakiś czas było spokojnie.

Część II - Pożar

Trawiła mnie choroba, a gorączka rozgrzewała do czerwoności. Ból gardła leczyłam nalewką na syropie z mniszka lekarskiego – pomagało, a gorączkę tabletkami ze sklepu – nie pomogło. Te dwie mikstury, wraz z różnymi innymi sprawiły że rozdania prezentów nie pamiętam. Może to i dobrze, bo z podarków ucieszyłam się dwa razy. Następnego dnia wydawało mi się, że ozdrowiałam. Znów podleczałam się skutecznie miksturami z dnia poprzedniego (człowiek nie uczy się na błędach), a gorączka wieczorem i tak przyszła. Rezultat: nie zauważyłam świeczki. Włosy buchnęły niczym sztuczne ognie. Widziałam to zjawisko tylko kątem oka, ale było bardzo ładne. Mniej ładny był zapach. Na szczęście obyło się bez straży pożarnej, ani nawet bez kubła wody na głowie. Włosy zgasły same a po ognisku na mojej głowie nie ma już śladu. Wróciliśmy wieczorem do naszego pokoju, gdzie czekał na nas stęskniony Anioł, który postanowił zrobić nam niespodziankę. Przez chorobę nie pomyślałam nawet o sfotografowaniu tego zjawiska, bardziej zajęło mnie sprzątanie. Otóż Anioł z nudów (mimo, że dostał świńską nogę do zabawy, którą jak wtedy myśleliśmy zjadł) postanowił pożreć element naszego łóżka, a dokładnie okrągły wałek, cały wypchany drobinkami gąbki. Po rozerwaniu wałka przez Aniołka gąbka znajdowała się wszędzie, wyścielona była nią podłoga, nasze łóżko, a nawet stół. Zrzuciliśmy z łóżka tyle ile daliśmy radę i zmęczeni położyliśmy się spać, z myślą o czekającym nas porannym sprzątaniu. Rano poszłam na spacer z niedobrym psem, a Pan Właściciel Domu jeszcze drzemał. Po powrocie Anioł wpadł do łózka i zaczął radośnie lizać pana po twarzy, a następnie lizać coś co leżało tuż przy twarzy męża mojego i znów twarz i znów to coś. Ktoś już zgadł z czym pod poduszką spał mój mąż? Anioł w naszym łóżku, a dokładniej pod poduszką męża zakopał świńską nogę!

Cześć III - Mróz

Po Wigilii i pierwszym dniu świąt w bardzo deszczowej aurze drugiego dnia świąt obudziliśmy się w innej rzeczywistości. Świat zmienił się nie do poznania. Wszystko pokryło się lodem i szronem tworząc fantastyczne, bajkowe krajobrazy. W taką dobrze nastrajającą pogodę mieliśmy zamiar wrócić do naszej, równie pięknej bajki. Pan Właściciel Domu pakował do samochodu bagaże, prezenty, wałówkę od mamy, odpalił już samochód żeby wszystko powoli odmarzało. Trzasnął drzwiami i poszedł po torbę z klopsikami i innymi pysznościami. Klopsik był, a dokładniej klops, kiedy chciał włożyć do auta ostatnią z toreb. Drzwi zamarzły i postanowiły się nie otwierać, kluczyki w środku, samochód na chodzie. Teraz zaczęła się walka z farelką i walka z czasem, bo musieliśmy w miarę wcześnie dojechać do domu, żeby jeszcze spotkać się z fachowcem od bojlera i hydroforu. Udało się! Po godzinie odmrażania ruszyliśmy dziarsko. Jeszcze tylko po drodze stacja benzynowa i już kierunek dom. Na stacji nie było też tak łatwo, bo i wlot paliwa zamarzł. Na szczęście za pomocą ostrych narzędzi pożyczonych ze stacji (lakieru w naszym aucie i tak nam nie żal) udało się jakoś oskrobać lód i otworzyć wlot.
Po godzinie, z małym hakiem, drogi między Siemianami, a Studzianką ukazała nam się wreszcie biała chatka na wzgórzu wśród drzew. W chatce stęskniona Wiedźma, przed chatką stęskniony Skrzat. No właśnie Skrzata nie było, a my od razu cali w nerwach, że zostawiliśmy kota na pastwę losu. Wróćmy jednak do cudnej białej chatki, która pięknie bieliła się na wzgórzu w otoczeniu białego świata, jakby od zawsze, a nie tylko od stu lat była jego częścią. W naszym cudnym domeczku było 8 stopni. Napaliłam szybko w kominku, temperatura w porywach skakała do 15 stopni. W końcu jednak przyjechali panowie fachowcy, naprawili co trzeba i wszystko dobrze się skończyło. Prawie wszystko. Po kilku dniach okazało się, że źle złączyli rury i woda całą noc lała się do piwnicy, a Skrzata wciąż nie było. Z rurą pomógł nam bardzo nasz sąsiad Adam z Liliowego Domku. Pół dnia jeździł z Panem Właścicielem Domu od siebie do nas i z powrotem, a potem do Jezioran po niezbędne materiały. W końcu i rurę naprawili. Zamiast Skrzata pojawił się czarny kocur i zaczął z chęcią pałaszować ze skrzaciej miski. Kocur to nikt inny tylko Kotuś naszych sąsiadów zza górki.


Część IV - zwłoki

Codziennie chodziłam na spacery i wołałam Skrzata, ale niestety nic z tego. Jednej nocy spadł śnieg. Rano na świeżym śniegu zobaczyłam odciski kocich łapek prowadzące do stodoły, gdzie Skrzacik ma swoją budę. Pobiegłam tam natychmiast, ale kota nie było. Ślady prowadziły dalej – do lasu. Szłam śladami wykrzykując imię kota. Nic. Po drodze znów spotkała mnie przygoda, a dokładniej Anioła. Anioł, jak to często Anioł ma w zwyczaju uciekł i szczekał na coś w lesie. Za chwilę wrócił do mnie i znów pobiegł w to samo miejsce i tak kilkukrotnie. Ewidentnie chciał mi coś pokazać. Zapięłam go na smycz i natychmiast ruszyliśmy na przełaj przez młodnik leśny. Prawie biegłam mocno pochylając się pod niskimi gałęziami młodych dębów. Pies doprowadził mnie zadowolony do martwego dzika. Natychmiast go zabrałam, a po powrocie do domu zaczęłam wydzwaniać do gminy i leśniczego. Dzik był zastrzelony.

Niedługo potem przyjechał leśniczy i zapytał gdzie ten dzik. Myślałam, że problem rozwiązany, ale po południu przyjechali myśliwi. Wracałam właśnie z kolejnego anielskiego spaceru. Nie przepadam za myśliwymi, ale ponieważ trochę się ich obawiam wolę żyć z nimi dobrze. Żeby mieć pewność, że dzikiem się zajmą i zabiorą martwe zwierzę z okolic mojego domu, zaproponowałam, że im go pokażę. Poszliśmy na skróty przez naszą działkę. Myśliwi powiedzieli, że lubią psy i broń Boże do nich nie strzelają, pogłaskali też Anioła, a ten chociaż nie lubi być głaskany przez obcych nawet im na to pozwolił (może też woli z nimi dobrze żyć z obawy?). Ponieważ to blisko domu nie zapinałam Anioła na smycz. Stanęłam na górce przy leśnej przecince i wskazałam miejsce, gdzie leżeć miał dzik. Myśliwi zeszli na dół. Ślad po dziku był, ale zwierzęcia nie było. Anioł normalnie pewnie by pobiegł za (jak to ich nazywa mój mąż) chłopcami z flintami (czasem słowo chłopiec zastępuje nazwą pewnego warzywa), ale widząc, że ja jestem na górce, usiadł obok. Już myślałam, że pomyliłam miejsca, postanowiłam więc zejść i sprawdzić. Miejsce na pewno to. Ślad po dziku i jeszcze coś czego nie było. Ślad po kołach samochodu. Zaczęliśmy rozglądać się wokół i nagle usłyszałam charakterystyczne szczekanie. „Panowie, Anioł na pewno znalazł dzika” - panowie trochę się zdziwili i nie bardzo chcieli wierzyć, ale jak już się okazało, że to prawda, to wiele było ochów i achów. Dzik został przeciągnięty samochodem w inne miejsce. Prawdopodobnie, kiedy zadzwoniłam do gminy i powiedziałam gdzie (niedaleko jakiego nr domu leży dzik), to ktoś postanowił przyjechać i go zabrać, a kiedy po ruszeniu zwierza okazało się, że trochę już tam leżał i zapach nie był najlepszy, to złodziej zrezygnował. Myśliwi zaczęli zabierać się do cięcia biednego dzika, twierdząc, że Polacy nie kupią mięsa o takim zapachu, ale Niemcy owszem. Zabrałam Anioła i tylko ich widziałam. Niestety jak się okazało panowie wycięli to co ich z dzika interesowało, a flaki i podroby, czyli części najgorzej pachnące zostawili w lesie. Tymczasem po południu jakby nigdy nic usłyszałam pod drzwiami rozpaczliwe miau. Kiedy tylko wyszłam na ganek, natychmiast zobaczyłam biały jak śnieg brzuszek Skrzata, który od razu na mój widok kładzie się na plecach i domaga się głaskania po brzusiu. Wyściskałam kocurka i nakarmiłam najlepszymi frykasami. Zadzwoniłam też szybko do Pana Właściciela Domu, który też bardzo martwił się o Skrzata. „Kochanie, Skrzat Wrócił!” - zawołałam. „Ojej, jak dobrze, bardzo schudł?” - zapytał troskliwie Pan Właściciel Domu. „Tak, dwa deko”. Skrzat wrócił wciąż w formie w ogóle nie zmienionej – czyli okrągłej. „Mamy dwa różne koty” -podsumował Sebastian. -”Jeden długi, drugi okrągły”. Od przygód mieliśmy trochę odpoczynku, wróciliśmy też po urlopie do pracy. Następna przygoda wydarzyła się dokładnie wczoraj, ale to już materiał na następny wpis.
Niech Wam się darzy w nowym roku!

wtorek, 16 grudnia 2014

O Lekitach słów kilka

Witam Was ciepło! Dzisiejszy post zacznę od tekstu, który napisałam o wsi Lekity - tej, w której odbywa się już głośny na całą Polskę protest przeciw wiatrakom. Zostaliśmy wciągnięci w wydarzenia, dlatego też o tej właśnie miejscowości postanowiłam napisać kolejny tekst do naszej jeziorańskiej gazety Głos Jezioran. W aktualnym numerze ukazał się mój tekst o tym jak to było na Warmii przed laty w okresie, w który właśnie wchodzimy - w okresie Świąt Bożego Narodzenia, tego tekstu nie umieszczam, bo o Godnich Świętach na Warmii pisałam już ze dwa lata temu na łamach bloga, nie będę się więc powtarzać. Zapraszam więc do zapoznania się z małą warmińską wioską, która wcale nie z własnej woli stała się sławna.

Lekity, wieś w środku świata




Lekity, to w przeciwieństwie do mojej Studzianki, o której już pisałam na łamach Głosu Jezioran, wieś nie na końcu świata, a w samym jego środku. W środku małego świata jakim dla niektórych, a od pewnego czasu i dla mnie, jest Gmina Jeziorany. Lekity (niem. Lekitten) są środkiem nie tylko ze względu na ostatnie burzliwe wydarzenia, które sprawiły, że ta mała, skromna wieś, stała się wsią znaną, ale także ze względu na jej położenie. Lekity leżą na uboczu, dojeżdża się do nich szutrowymi drogami, ale te szutrowe drogi mogą doprowadzić nas niemal wszędzie – do Derca, do Studnicy, czy wreszcie do Jezioran (3 km) i co najprzyjemniejsze – z Lekit naprawdę wszędzie jest blisko. Jak więc nie mówić, że Lekity są w centrum świata? Przez Lekity prowadzą dwa bardzo malownicze szlaki rowerowe – zielony o długości 26,9 km (Jeziorany – Lekity – Derc – Frączki – Studzianka – Radostowo – Studnica – Jeziorany) oraz żółty o długości 31,8 km (Jeziorany – Wójtówko – Ustnik – Kalis– Lekity – Krokowo – Kostrzewy – Wipsowo – Jeziorany). Przy okazji jazdy rowerem, ale i wycieczki pieszej, czy samochodowej, warto zwrócić uwagę na kapliczki w okolicach wsi, których znaleźć możemy aż pięć – są to zarówno kapliczki przydomowe – stawiane jako wota dziękczynne, czy po prostu aby pochwalić się sąsiadom bogactwem domostwa, oraz te przydrożne – stawiane na krzyżówkach dróg i przy polach uprawnych – w miejscach gdzie, jak wierzono, pojawiały się demony i duchy, lub tam gdzie wydarzyło się coś złego. Z Lekit do Jezioran prowadzi także urocza trasa obstawiona regularnie takimi samymi kapliczkami neogotyckimi. Wśród kapliczek warta uwagi jest szczególnie przydrożna kapliczka dzwonniczkowa, bo to ona na pewno wyznaczała niegdyś rytm życia wsi, swoim dzwonieniem o różnych porach dnia. Kapliczka zbudowana jest w stylu neogotyckim, na kamiennej podmurówce z podłużną typową dla stylu niszą, a także z ośmioma sterczynami. Po dzwonku niestety została tylko pusta nisza. Drugą bardzo ciekawą kapliczką jest dwukondygnacyjna kapliczka przydomowa z 1800 r. (najstarsza w okolicy), niedawno poddana renowacji. Kapliczka jest niewysoka i przysadzista, zdradzająca cechy stylu barokowego, choć znacznie opóźnionego, o roku jej budowy świadczy umieszczona na szczycie daszku metalowa chorągiewka z datą.





Lekity położone są w dolinie, otoczonej wzgórzami. Miejsce, w którym leżą, zwane jest często warmińskimi Bieszczadami. Po samym tym określeniu można sobie wyobrazić, jak pięknie ulokowana jest ta malutka i bardzo stara wioska, najlepiej jednak zobaczyć ją osobiście. Zjeżdżając z góry od strony drogi z Derca do Jezioran ukazuje nam się przepiękny widok na warmińskie zabudowania – mury tradycyjnych domów, z których niektóre są naprawdę okazałe, co świadczy o dawnym bogactwie wsi i rude dachy tychże domów. Wieś jest dzisiaj podupadła, biedna, zaplątana w bieg wydarzeń, zupełnie nie pasujących do sennego życia, które w Lekitach płynie, a raczej płynęło bardzo wolno, sielsko, spokojnie. Lekity nigdy nie były wielką wsią, przed II Wojną Światową, w okresie największego jej zaludnienia (udokumentowane zaludnienie od XIX wieku), Lekity liczyły nieco ponad 200 osób. W XXI wieku, w 2010 roku pobiły jednak swój własny rekord wyludnienia. Liczyły zaledwie stu mieszkańców. Dziś jest ich za pewne jeszcze mniej. Akt lokacyjny miejscowości został wydany w 1358 roku, prawdopodobnie jednak okolice Lekit zaludnione były znacznie wcześniej, także ze względu na swoje naturalne, warowne ukształtowanie – góry i jeziora. Nad jednym z jezior (Jezioro Krokowskie) leżały także Lekity. Piszę "leżały", bo niestety jezioro zostało osuszone w XIX wieku. Nad brzegiem nieistniejącego już jeziora stoi wciąż dumnie Święta Góra (179 m n. p. m.), zwana także Piękną Górą, lub Pogańską Górą. Góra ta (dziś teren prywatny) prawdopodobnie była świętym miejscem Prusów, tak naprawdę nie wiadomo jednak czy była tam pogańska świątynia, czy może pruskie grodzisko. W "Słowniku geograficznym Królestwa polskiego i innych krajów słowiańskich" napisane jest na temat tego miejsca: Można dość dobrze rozpoznać, że tu kiedyś stał zamek obronny, i po szczątkach wałów zachowanych i po fosach wydrążonych i cegłach, kamieniach przy oraniu wydobywanych. Istnieje więc także podejrzenie, że na górze stał zamek, a jak wiadomo często na miejscach starych grodzisk stawiano właśnie zamki. W tym samym słowniku przeczytać można także: Teraz jeszcze opowiadają sobie o zamkach tutejszych zaczarowanych i o górze, którą święta zowią, albo zamczyskiem. Legenda o zaczarowanych zamkach czy klasztorach to popularna opowieść nie tylko na Warmii. Swoją legendę o zamku mają także Lekity. Wg podań ludowych na Świętej Górze stał piękny, okazały zamek. Zamek ten jednak piękny był tylko z zewnątrz, a w środku, tak jak w złym człowieku czaiła się rozpusta i herezja. Za karę zamek wraz z mieszkańcami swoimi i całym swoim ogromnym bogactwem zapadł się pod ziemię i teraz tkwi we wnętrzu góry. Źli mieszkańcy zamku zostali zamienieni w ryby, które dziś miały by pływać w pobliskim jeziorze (jez. Krokowskie), a ja od siebie dodam, że kara była tym okrutniejsza, że i jeziora już nie ma. Skarbów na dnie góry podobno pilnuje siwowłosy staruszek i piękna panna – najsprawiedliwsi z niesprawiedliwych mieszkańców zamku. Z wnętrza Góry wg kolejnej legendy prowadzi też podziemny tunel aż do podziemi Urzędu Gminy w Jezioranach, czyli zamku jeziorańskiego. Za to ze szczytu góry rozciąga się niesamowity widok na całą okolicę – Lekity, Jeziorany i na następne wsie, na pola uprawne, na stawy, pagórki i sąsiednie wzgórza.
Niestety od kilku lat mieszkańcy wsi dzielnie walczą, aby na górze, na której spokojnie mógłby być turystyczny punkt widokowy i na której powinny być prowadzone wykopaliska archeologiczne (stanowiska archeologiczne zostały oznaczone na Świętej Górze jeszcze za czasów Prusów Wschodnich) nie stanęły wiatraki. Ta spokojna wieś i Piękna Góra stały się dla większości mieszkańców bombą zegarową, która wciąż tyka. Dla Lekitan po jej wybuchu życie diametralnie się zmieni na gorsze. Przestanie być cicho, przestanie być sielsko, a na starą warmińską wieś cień rzucą hałasujące turbiny. Do kieszeni innych popłynie żyła złota, złego złota, może więc jak w każdej legendzie i w tej z Lekit jest ziarnko prawdy, a współcześni właściciele Góry dogadali się z panną i starcem? Może więc wielkie wiatraki – kość niezgody zapadną się do wnętrza góry, tak jak legendarny zamek? Na razie trzymajmy kciuki żeby w ogóle nie stanęły!



Dodam jeszcze, że jak na razie szala zwycięstwa przechyla się ku jedynej, słusznej stronie.





Teraz reklama:
Wyszedł kolejny numer magazynu Piękno&Pasje. Ponieważ od dawna chciałam zrobić jakieś swojskie ozdoby na mini choinkę w naszym domku (dużej choinki nie stawiamy, bo jak zawsze święta spędzamy u moich rodziców), to najnowszy numer bardzo mi się przydał. Aniołki proponowane przez gazetę zrobione są z papieru i z koralików. Miałam stare korale, które rozwaliłam, wzięłam czerwoną kartkę papieru, sznurek i już? Niestety nie było to takie proste jak się wydawało. Zawsze powtarzam, że zdolności manualne, a zdolności plastyczne to dwie różne rzeczy. Mi tych manualnych z pewnością brakuje. Mimo to w końcu aniołki wyszły, chociaż trochę innym sposobem niż proponowany, w każdym razie pomysł zerżnęłam, a więcej różnych pomysłów np. na stroiki jest w tym i w poprzednich wydaniach P&P. Takie urocze ozdoby można zawiesić na świerkowych gałązkach, ale także np. w oknie, a kiedy zrobi się je w mniej świątecznych kolorach, to świetnie będą ozdabiać oszronione okna cały zimowy sezon. Może dorobię jeszcze w jakiś bardziej stonowanych kolorach do kompletu? Resztę zawieszek na choinkę mam zamiar zrobić z masy solnej i będą to zwykłe serduszka i gwiazdki.




Pozdrawiam serdecznie i gdybym już nic przed Świętami nie napisała, to na wszelki wypadek życzę Wam słoneczka w sercach i za oknem!