czwartek, 29 stycznia 2015

Skrzat - ciąg dalszy.

Wczoraj popołudniu Skrzat poczuł się odrobinę lepiej. Nawet sam wskoczył mi na kolana i otarł się pyszczkiem o moją twarz, serce zmiękło mi tak bardzo, że jeszcze chwilę, a spłynęłoby gdzieś do otrzewnej. Mimo wszystko był bardzo słaby i po chwili pieszczot położył się w kąciku i leżał tak jak nie leżą zdrowe koty.
Po 16.00 przyjechał Pan Właściciel Domu i znów zaczęła się nieprzyjemna zabawa w zamykanie kota w kocim domku. Bardzo nie chciał, wyrywał się biedak i bardzo się bał. Mimo to po ucieczce, kiedy go wołałam znów do mnie podchodził pełen zaufania, a ja znów próbowałam go włożyć do domku pełna wyrzutów sumienia. Trudno – zdecydowałam w końcu, mimo protestów męża, który obawiał się, czy mój pomysł jest bezpieczny. Będzie jechał na moich kolanach, a ja jakoś spróbuję go przytrzymać. Wzięłam kota na ręce. Był spokojny. Musiałam jednak przenieść go przez całą galerię, w tym przez wielka salę wystawową. Pan Właściciel Domu popędził pierwszy, żeby pootwierać mi drzwi, a ja z kotem na rękach, który z silnego i niezależnego, wielkiego kocura stał się nagle małym przestraszonym kotkiem ruszyłam za nim. Po drodze szeptem poprosiłam kolegę z pracy, żeby zamknął za mną drzwi od zaplecza budynku. Kolega nie spodziewając się reakcji od razu zerwał się swoją dwumetrową posturą do pomocy, z jednoczesnym basowym stwierdzeniem: „Już idę!”. Biedny Skrzat ze strachu chciał wyskoczyć z moich ramion, udało mi się go przytrzymać i szybkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia. Kocisko uspokoiło się w samochodzie, wtulone w moje ramiona z zaciekawieniem obserwowało uciekające domy, ulice i drzewa. Kolejna chwila krytyczna: Pan Właściciel Domu idzie do sklepu po miękkie jedzenie dla Skrzata, bo domowe zapasy mogły nie wystarczyć. Otwieranie drzwi, szelest kurtki – to naprawdę straszne dźwięki. Skrzat wbił mi pazurki w ramię, ale został w moich objęciach. W końcu zbliżamy się do domu. Kot jest spokojny, przysypia i nagle wjeżdżamy na drogę polną. Samochód podskakiwał co chwilę, a kot bardzo się bał, być może odczuwał też ból. W końcu na zakręcie przed wjazdem na nasze podwórko nie wytrzymał i wyrywał się z moich rąk. Usiadł na podłodze pod nogami. Kiedy samochód zatrzymał się Skrzat zaczął latać jak szalony, raz siedział w bagażniku, to znów pod siedzeniami. Pan właściciel Domu poszedł do domu zamknąć Miejskiego Psa i Wiedźmę, a ja próbowałam złapać Skrzata. Na nic to się zdało. Nie chcieliśmy go dłużej stresować, postanowiliśmy więc po prostu otworzyć drzwi od samochodu i go wypuścić. Pobiegł w stronę sadu, ale zawołany wrócił – znów nam zaufał. Wreszcie znalazł się na ganku – w miejscu, które sam sobie wybrał, w miejscu, w którym czuł się bezpiecznie, a my znów kota na ręce i w obce miejsce – do domu, do łazienki. Przerażony Skrzat chwilę po łazience pochodził, wysunęłam się delikatnie za drzwi, żeby przynieść mu jedzenie i posłanie. Kot wyleciał i zaczął latać po domu jak szalony. Miejski Pies zamknięty w jednym pokoju zaczął ujadać, Wiedźma w drugim miauczeć i warczeć, tak przeraźliwie i skrzecząco jak to tylko ona potrafi. Decyzja została podjęta bardzo szybko – Skrzat wraca na podwórko, bo chyba mimo naszych dobrych chęci i zaleceń Pani wet. tam będzie mu lepiej. Otworzyliśmy drzwi od domu, a umęczony i zestresowany kot od razu wybiegł na zewnątrz i położył się na ganku. Po chwili odpoczynku poszedł spokojnie do swojej budy w stodole spać. Niestety okazało się, że rany na łapach podkrwawiają, bo na podłodze w łazience zostało sporo krwawych śladów. Kiedy Pan Właściciel Domu wyszedł na spacer z psem, Skrzat znów był na ganku. Dał się pogłaskać i był we w miarę dobrej formie. Rano niestety go nie było. Nici więc z wyjazdu z kotem do weterynarza na zastrzyk. Pojechaliśmy więc sami i dostaliśmy tabletki. Podobno są słabsze i gorzej działają, ale lepsze chyba to niż nic? Trafiliśmy tym razem na sympatycznego lekarza, który powiedział nam także czym przemywać rany, żeby jednocześnie nie szczypało, a dobrze odkażało. Mamy tylko nadzieję, że kiedy wrócimy z pracy, to Skrzat będzie jak zawsze na ganku i chętnie połknie lekarstwa. Bardzo się o niego martwię.

środa, 28 stycznia 2015

Bardzo zły dzień

Tak sobie myślałam, że nasz pech, który przyszedł do nas z końcem starego roku, a na początku nowego stwierdził, że mu u nas dobrze, już niedługo nas opuści, bo w końcu ile można? Wiem, że wszystkie nasze ostatnie niepowodzenia to drobnostki, ale uwierzcie mi, że kiedy tych drobnostek zbiera się tak dużo i kiedy pojawiają się ciągle, to człowiek zaczyna mieć dosyć.
Pech zaczął się kiedy jechaliśmy na Wigilię do rodziców. Pomyślałam, że skończy się kiedy znów pojedziemy do rodziców i wszystko było na dobrej drodze żeby tak się stało. (W końcu kolejna rzecz w samochodzie popsuła się przed wyjazdem i teraz jeździmy z kablami na wierzchu, bo czekamy na cześć) Niestety.
Dzisiaj od samego rana wiedziałam, że to będzie bardzo zły dzień, mam też przeczucie, że takich dni będzie więcej.

Rano wychodząc na spacer z psem jak zwykle poszłam po miski Skrzata, które na noc chowamy do jego budy. Z budy wyczołgał się Skrzat. Już przy bladym świetle latarki widziałam, że nie jest w porządku. Kot poczłapał na ganek, tam gdzie spędza zazwyczaj większość dnia, jednak nie podbiegał żwawo jak zwykle. Mocno kulał. Wieczorem przy naszym domu znów kręcił się Kotuś sąsiadów. Kiedy obejrzałam Skrzata wiedziałam, że to sprawka Kotusia. Skrzat całą sierść miał zmierzwioną, jakby mokrą i sztywną. Na białych częściach futerka było widać, że to mokre to krew - tym razem jego krew. Nasz kocurek ma zerwaną skórę z ucha i wiele ran na łapach, szyi, głowie. Natychmiast zapakowaliśmy go do kociego koszyka i do Olsztyna do weterynarza, a tam Skrzat trafił na chirurgię. Młoda Pani weterynarz nie należała do tych szczególnie sympatycznych. Uśpiła Skrzata i obejrzała łapy - na szczęście całe, ale mocno poranione. Potem obejrzała szczękę (Skrzat miał problem z jedzeniem), też cała, ale ułamany kieł (wcześniej zęby miał wszystkie). Przy mocnych lekach przeciwbólowych i na pół śpiąco Pani weterynarz wraz ze studentami zaczęła dłubać w pyszczku naszego kotka. Ząb ułamał się przy samym dziąśle, a Pani doktor stwierdziła, że jak będzie boleć, to wtedy będzie trzeba działać dalej, a na razie tak musi zostać. Jakoś od początku nie byliśmy pewni, czy w ogóle tego zęba powinno się akurat dzisiaj próbować usuwać. Wiedźma też ma ułamany kieł i jakoś jej on nie boli i normalnie żyje. Boje się, że kieł ułamany w połowie nie był bardzo groźny, a kieł ułamany już na wysokości dziąsła będzie Skrzata bolał.
W końcu po oględzinach i stwierdzonych szkodach zostały tylko antybiotyki i leki przeciwbólowe. Skrzata miała przytrzymać studentka, która nie wiedząc, że Skrzata ciężko jest wyjąć z kontenerka po prostu go tam wpuściła. Teraz się zaczęło. Do zrobienia zastrzyków studentki zaczęły obolałego kota wyciągać z pudełka, kot trzymał się pazurami. Ponieważ Pan Właściciel Domu miał zastrzyki robić, to Panie przytrzymały Skrzata, a mąż zabrał się za zastrzyki. W pewnym momencie kot capnął Sebastiana i wyrwał się na ziemię. Ugryzł mocno, bo przegryzł paznokieć. Krew buchnęła, a kot zaczął biegać po całym, dość dużym gabinecie chirurgicznym. Studentki zaczęły biegać jak oparzone za przerażonym zwierzęciem, inne opatrywać palec. Dopiero po moim apelu żeby nie biegały za kotem i że jak jest tak dużo ludzi w pomieszczeniu, to on wariuje ze strachu Pani weterynarz wyprosiła większość osób. Skrzat przebiegł po jednej ze studentek, która siedziała nieruchomo przy komputerze, a ta przytrzymała go i dzięki temu mogłam go włożyć do pudełka, gdzie czuł się względnie bezpiecznie. Do pracy spóźniłam się dwie godziny, zabrałam za to ze sobą przelewającego się przez ręce kota, miski, kuwetę i inne gadżety. Mąż dowiózł mi piasek.
Tymczasem trwają ferie zimowe, przychodzą więc dzieci na warsztaty plastyczne, które również prowadzę. Koleżanka ma zajęcia na 10.00, ja na 12.00, jednak pewna grupa zorganizowana, ubolewająca bardzo nad faktem, że nie jesteśmy w stanie poprowadzić na raz zajęć z czterdzieściorgiem dzieci, poprosiła czy zajęcia mogą być na 10.00 i 11.00. Zgodziłyśmy się na 11.15 (żeby móc przygotować kolejne zajęcia) myśląc, że czekająca grupa pójdzie np. na seans do planetarium (jesteśmy w tym samym budynku). Okazało się jednak, że znudzone dzieci czekały na korytarzu robiąc okropny hałas, a ich wychowawcy nie bardzo się tym interesowali, a punkt 11.00 na sali miałam obie grupy. Wymyśliłam ciekawe zajęcia o abstrakcji. Dzieci miały za zadanie w grupach namalować abstrakcyjną pracę odpowiadając na wylosowane hasła - np. miłość, złość, radość. Następnie każda grupa miała podejść do pracy kolejnej grupy i nie znając pierwotnego hasła odpowiedzieć na pytanie: Gdyby to było jedzenie, to jakie?, Gdyby to było uczucie to jakie?, Gdyby to była pora roku to jaka? - dzieci miały zapisywać odpowiedzi na kartkach, zawijać je tak żeby kolejne grupy nie widziały i znów podchodzić do następnych prac i kartek, aż wrócą do swojej. Wydawało mi się, że to będzie ciekawe jeśli na koniec każda z grup odczyta pierwotny temat swojej pracy, a także to co napisali na temat powstałego obrazu koledzy w swoich odpowiedziach na pytania. Niestety potrzebowałam do tego pomocy wychowawców. Na samym początku prosiłam o pomoc w podzieleniu dzieci na grupy, tak żeby w każdej grupie były dzieci, które potrafią już pisać i czytać. Niestety Pani nauczycielka szybko się ulotniła, zapominając że ja prowadzę zajęcia, ale ona jest od uciszania, zwracania uwagi i powinna mi (znając dzieci) trochę pomóc. Dzieci zaczęły malować, połowa nie słuchała, na grupy podzieliłam ich po kolei - tak jak siedzieli. W pewnym momencie zaczęli rzucać farbami i pędzlami, ściany, podłoga, stoły i ubrania były w farbach (nauczycielki jak nie ma, tak nie ma). W końcu czas na zabawę. Okazało się, że większość dzieci nie umie pisać i czytać (kiedy grupa się umawiała było powiedziane, że zajęcia są dla starszych i piszących dzieci). W końcu zajęć nie mogłam dokończyć. Pani wychowawczyni, która pojawiała się co jakiś czas, ale tylko jako bierny obserwator podeszła do mnie na koniec i powiedziała:
"Dziękuję pani za cierpliwość, wiem, że było bardzo ciężko." - to na miłość boską, kobieto nie mogłaś trochę pomóc?!
Po zajęciach i ogromnym hałasie dzieci z zajęć i tych czekających na korytarzu bardzo rozbolała mnie głowa, a w pokoju przerażony Skrzat, który wcisnął się najpierw pod wieszak, a potem pod moje biurko i kable od komputera. Teraz nadal leży pod biurkiem, ale co jakiś czas pozwala się wyciągnąć i siedzi trochę na kolanach. Niestety jestem w pracy, muszę więc np. malować na stojąco, więc za długo na tych kolanach nie poleży. Jest bardzo osowiały, łapy uginają się pod nim. Zjadł jednak trochę i nawet raz podniósł głowę, żebym mogła podrapać go pod bródką. Teraz codziennie będzie jeździł ze mną do pracy, bo codziennie musi być na kontroli u lekarza. Będzie musiał też przynajmniej na jakiś czas zamieszkać w domu, co może być niezłym problemem, bo przecież mamy jeszcze Wiedźmę, która nie lubi Skrzata i Miejskiego Psa, którego atakuje Skrzat. Trzeba będzie w związku z tym Skrzata gdzieś odizolować, jedynym takim miejscem (domek mamy niewielki) jest chyba łazienka. Kotuś, z którym pobił się Skrzat nie wrócił jeszcze do domu. Mam nadzieję, że nic mu nie jest. To był bardzo zły dzień, a jeszcze trochę go zostało. Chciałabym go przespać.

Przepraszam za chaotyczny wpis, pisałam to co mi leży na sercu - jak leci (chociaż jeszcze pewnie parę leżących na sercu rzeczy by się znalazło).
Pozdrawiam Was!

wtorek, 20 stycznia 2015

Przygód ciąg dalszy

Myślicie, że po burzliwej końcówce roku zrobiło się spokojniej? Mylicie się i szacowny 2015 rok dał nam już trochę w kość. Nie będę tu opisywać takich drobnostek jak połamana lampa w pokoju (znaleziona niegdyś na śmietniku w Berlinie), która wieczorem dawała nam miłe ciepłe światło i nagle po latach się przewróciła (jakoś udało mi się ją skleić), jak popsuty sprzęt w domu (np. dekoder, wieża, która przestała odtwarzać płyty), a także niedziałające radio w samochodzie. Mocno we znaki dał nam się także wiatr.

WIEJE WICHER

Tak naprawdę to ja lubię wiatr, mimo że wprowadza pewien niepokój, ale i ten niepokój nawet lubię. Uwielbiam obserwować przechylające się trawy i kłaniające się korony drzew. Lubię stać na przeciwległym wzgórzu i patrzeć na nasz dom, nad którym wiszą ciemne, ciężkie chmury przesuwające się w bardzo szybkim tempie i na łyse gałęzie otaczających nasze wzgórze drzew owocowych i wiązów. Potem wracam ze spaceru i zaszywam się przy ciepłym piecu, z kubkiem gorącej herbaty z maminym sokiem, słucham gwizdów w kominie i patrzę na szarość za oknem z perspektywy bezpiecznych, ciepłych wnętrz oświetlonych żółtym światłem.
Tym razem po spacerze z Aniołem usiedliśmy do obiadu. Z kuchni mamy rozległy widok na łąkę, która porasta Wonne Wzgórze, a dalej już w dół na las. Bardzo długo widać też u nas słońce, które chowa się dopiero za drzewami na horyzoncie, w dolinie. Niebo pod wpływem silnego wiatru zmieniało się jak w kalejdoskopie, stawało się różowe, purpurowe, a zaraz granatowe, prawie czarne. Raz robiło się jasno, to znów ciemniało, niekiedy zza kłębiących się chmur wychodziły specyficzne smugi słońca oświetlając dolinę. Kiedy byłam mała widząc takie zjawisko myślałam, że to anioły schodzą na ziemię, Anioł jednak smacznie spał. W pewnym momencie usłyszeliśmy skrzypnięcie i zobaczyliśmy, że jeden z konarów starej śliwy przed domem kołysze się inaczej niż reszta drzewa. Śliwa rośnie bardzo blisko domu, gdyby więc się przewróciła spadła by na dom (w stronę domu była lekko przechylona), lub na biegnącą obok linię energetyczną. Długo się nie zastanawialiśmy. Ubraliśmy się ciepło i wyszliśmy na łaskę i niełaskę wiatru. Śliwa była mocno uszkodzona i chociaż dawała jeszcze trochę małych, ale mocno robaczywych owoców, decyzja o ścięciu konarów została podjęta bardzo szybko. Pan Właściciel Domu przyniósł drabinę, a także piłę, wyrzucając sobie jednocześnie fakt, że po ostatnich sporych cięciach nie naostrzył jeszcze łańcucha. Ja natomiast zaopatrzyłam się w linę, żeby ciągnąć gałęzie drzewa i w ten sposób kontrolować ich upadek, tak aby nie poleciały ani na dom, ani na kable. Mąż ledwo stał na drabinie, którą z wielką złośliwością próbował przewrócić wicher. Obwiązał pierwszą gałąź od grubaśnego, pękniętego konara, a ja resztą liny przewiązałam się w pasie. Zaczęliśmy od tych cieńszych gałęzi i powoli, ale sukcesywnie wielkie części śliwy zaczęły spadać na ziemię w wybrane przez nas miejsca. Do czasu. W pewnym momencie, a zbiegło się to akurat z gradem, który zaczął sypać, z drzewa poszły iskry, a piła zawisła wbita w gałąź. Chwilę trwało, zanim Pan Właściciel Domu wydostał sprzęt z sęka. Piła jednak postanowiła dalej już gałęzi nie przeciąć. Zaczęłam mocno ciągnąć nadcięty konar. Kołysał się, ale trzymał się twardo. Pan Właściciel Domu jak zwykle podszedł i wątpiąc w moje siły postanowił ciągnąć sam. Nie szło. Zawsze jestem za współpracą, zaproponowałam więc, że powalimy resztkę drzewa tak jak wszystkie przeszkody w życiu (patetycznie brzmi, hehe) RAZEM! Rozkołysaliśmy kikut drzewa a potem z całych sił powiesiliśmy się na sznurze, którym byłam obwiązana. Poczułam jak wrzyna mi się w plecy i nagle trzask i łup. Udało się! Na tę okoliczność nawet na chwilę zza lasu pokazała nam się ruda poświata po słońcu. Było już niemal ciemno, pochowaliśmy więc sprzęt i zostawiając krajobraz jak po wojnie ruszyliśmy do domu z myślą, że w następny weekend będziemy mieć trochę roboty przy sprzątaniu resztek drzewa. Następnego dnia (poniedziałek) po pracy chodzę na basen. Na moich plecach pojawiły się czerwono-sine pręgi. Nikt by nie uwierzył, że to od sznura (no może, że od sznura by uwierzył, ale chyba raczej, że od jakiegoś bicia sznurem, a nie od ciągnięcia gałęzi), mimo to poszłam na basen i miałam wrażenie, że wszyscy patrzą na moje plecy, postanowiłam więc ćwiczyć styl grzbietowy.

SAMOCHODOWE PERYPETIE

We wtorek umówiliśmy się do mechanika z samochodem. Przyjechał więc mój tata, który użyczył nam na kilka dni swojego auta, a sam pokrzątał się troszkę po naszym obejściu i porobił trochę rzeczy na które my ciągle nie mamy czasu (między innymi zrobił porządek ze ściętą śliwą). Samochód mojego taty jest jednak bardzo niski nie mogliśmy więc dojeżdżać pod dom, ze względu na koleiny i błoto, zatrzymywaliśmy więc machinę pod wzgórzem, a dalej piechotą z latarkami w rękach. Pamiętacie historię szalonego Mechanika Wojtka, który chciał zrobić z naszego autka potwora, który będzie przejeżdżał koryta suchych rzek, albo brodził w błocie po klamki? Tym razem pojechaliśmy do mechanika, który zajmował się naszym autem wcześniej. Zależało nam żeby samochód zrobiony był szybko i dobrze. Mieliśmy problem z hamulcami i z zapłonem, pewnie z czymś jeszcze, ale się nie znam. Okazało się, że owszem hamulce są i działają, ale podłączony jest tylko jeden z czterech na jedno z przednich kół. Te z tyłu Wojtek odpiął, a potem już ich nie zapiął. Wojtek konserwował również ramę i budę samochodu, którą w tym celu zdjął. Nie miał już jednak czasu żeby ją dobrze przykręcić. Okazało się, że trzymała się na jednej śrubie, cud więc że nic nam się nie stało. Świeca założona była nie taka, podobnie alternator, czy coś w tym stylu. Wojtek tłumaczył nam także, że koło zapasowe musimy wozić na tylnym siedzeniu, bo klapa od bagażnika, na której normalnie się montuje koła w terenówkach jest zardzewiała i może odpaść pod ciężarem koła. Mechanik powiedział, że absolutnie nie jest zardzewiała, poprawił tylko zawiasy i znów mamy samochód pięcioosobowy. Do Wojtka już nigdy nie pojedziemy. W czwartek po pracy odebraliśmy nasz samochód. Idealnie odpalił, zostawiliśmy więc niską maszynę taty i ruszyliśmy naszą terenóweczką z radością, że wreszcie podjedziemy pod sam dom. Rano jednak niespodzianka. Nasza Vitarka nie odpaliła. Tata miał już wyjeżdżać i mieliśmy zawieźć go tylko po jego samochód, a tu klops. Pan Właściciel Domu i samochodu bardzo się zdenerwował, ja też, ale starałam się nie panikować. Na szczęście mechanik powiedział, że przyjedzie do nas i uruchomi samochód, chociaż gdy dowiedział się jak to daleko nie był zachwycony. W każdym razie musieliśmy wziąć urlop, a ja akurat miałam tego dnia zajęcia artystyczne z Akademią Trzeciego Wieku, które bardzo lubię prowadzić. Udało się znaleźć zastępstwo, w pracy bez problemu wzięliśmy wolne, a mechanik odpalił samochód. Tata niestety musiał wracać. Pojechaliśmy do Olsztyna, a stamtąd tata zawiózł nas na zakupy i z zakupami do domu, a właściwie pod górkę, bo pod dom oczywiście nie dało się dojechać. Podczas zakupów mój tata ekspert od sklepów spożywczych i wszystkiego innego też bardzo chciał nam pomóc:
- Ta kiełbaska jest pyszna Sebastian, będzie ci smakować.
- Dzięki Krzysztof, ale nie mam na nią ochoty.
- Pyszna jest. Jest taka gruba i cienka, ale ta gruba jest pyszna, weź, nie pożałujesz.
- Jadłem ją, dzięki.- Tak jeszcze kilka razy:
- Poproszę żywieckiej – mówi mój mąż.
- drobiowej, czy wieprzowej? - pyta ekspedientka.
- drobiowej nie – odpowiada mój tata. Dostał więc zaszczytne miano eksperta i na dodatek jest z tego przezwiska dumny i w pełni się z nim zgadza :) A mówi się, że to teściowe lubią się wtrącać.
Humory mieliśmy już lepsze. Przed spacerem z zakupami zmieniłam buty na kalosze, a Pan Właściciel Domu pobiegł do domu po taczkę, wszak zakupy na cały weekend mieliśmy duże i ciężkie. Pożegnaliśmy się z tatą, a ja stwierdziłam, że muszę drogę z taczką do domu uwiecznić. Poleciałam po aparat, a kiedy wyszłam zrobić zdjęcie Pan Właściciel Domu wjechał już na podwórko, głośno krzycząc:
- Kochanie, upolowałem obiad! To jednak jeszcze nie koniec naszych przygód.



GRYZOŃ

Nie raz już wspominałam, że w domu mamy myszy. Nie zabijamy ich, bo nam żal. Łapiemy je w żywołapki i wynosimy w bezpieczne miejsce, a one wracają i tak ciągle. Czasem się złościmy kiedy nie dają nam spać, ale odkąd Skrzat pojawił się w naszym obejściu i ciągle okupuje wejście do domu, myszy jest znacznie mniej. Któregoś dnia smacznie już spaliśmy, a tu nagle usłyszeliśmy chrupanie, potem jakby przedzieranie się, wykluwanie, nie wiem jak to określić. W rogu, przy piecu w naszej sypialni stoi fotel, obok kosz wiklinowy, tam trochę nieposkładanego prania. Dźwięk był taki jakby jakiś potwór próbował przecisnąć się przez te wszystkie sprzęty i tkaniny. Już wyobraziłam sobie, scenę niczym z kreskówki z muzyką jak np. z „Gwiezdnych Wojen”, tam tam ra tam tam tam tam ra tam tam... Muzyka buduje napięcie, słychać hałas, wszyscy oglądający czekają na rozwój sytuacji, a tu z wielkiej sterty wyłania się... malutka mysz. W końcu jednak hałas był nie do zniesienia. Wstałam, zapaliłam światło, i odsunęłam kosz, a tam... wcale nie malutka mysz, a szczur! Biedak uciekł przerażony i zaczął hałasować w innym miejscu pokoju, raz przebiegł nawet po rancie naszego łóżka tuż przy głowie Pana Właściciela Domu, który zerwał się jak oparzony, wołając, że nie będzie już tam spał. Dopiero po mojej propozycji zamienienia się miejscami oprzytomniał i wrócił do łóżka. W weekend zajęliśmy się więc szukaniem szczura, który jak podejrzewaliśmy dostał się do naszej sypialni i nie może z niej wyjść, odsunęliśmy mu jedno z wyjść i usunęliśmy z pokoju wszystko co się da, chcieliśmy też kupić żywołapkę na szczura, ale jak się okazało kupienie takiego sprzętu w Olsztynie jest niemożliwe, zostaje więc internet. Na szczęście jednak ostatnie dwie noce śpimy spokojnie, być może szczur się wyprowadził.

KOCIA WALKA

Jednej z ostatnich nocy obudził nas okropny hałas na podwórku – walka kotów. Wyszliśmy przed dom i zobaczyliśmy Skrzata i Kotusia sąsiadów jak stykają się głowami i wydają z siebie groźne dźwięki. Nagle doszło do spięcia, a kocury walczyły niemal na śmierć i życie. Wybiegłam w piżamie i na boso w nasze przydomowe błotko. Kotuś uciekł a nastroszony Skrzat powoli zaczął iść w jego stronę, aż za stodołę, tam również podbiegłam i pogoniłam Kotusia, który z pewnością głodny nie jest, bo u Kasi i Piotrka zawsze ma pełne miski i porcję pieszczot, postanowił sobie jednak robić po drodze do wsi na panienki przystanki u nas i korzystać z misek Skrzata. Kotuś pobiegł w dół drogi w stronę wsi, niestety Skrzata nie udało się zatrzymać, poszedł za nim. Następnego dnia, jak zwykle martwiliśmy się o naszego kocura. Pojawił się jednak wieczorem. Przy świetle latarki nie wyglądał źle, dopiero rano zobaczyliśmy jak wygląda kot po walce. Ucho Skrzat ma przerwane, nad samym okiem strupa, na szyi też sporo strupów, a na boku szyi na białym futerku (więc tym bardziej wygląda makabrycznie) roztartą krew. Po stratach oceniliśmy, że weterynarz nie będzie potrzebny, kot jest żywy i radosny i jak zwykle żąda pieszczot. Pozwolił także wymacać się po wszystkich ranach, żeby sprawdzić czy nie są poważne. Gorzej z Kotusiem, ale też się wyliże. Za uchem ma rozległą ranę, jest czarny więc nie widać krwi, ale jest wielka mokra plama, kuleje też na łapę. Krew na szyi Skrzata okazała się krwią Kotusia, bo w tym miejscu Skrzat nie ma żadnej ranki. Po całej interwencji musiałam o trzeciej w nocy iść pod gorący prysznic, bo po pierwsze miałam stopy w błocie po kostki, a po drugie trochę zmarzłam. Na szczęście tym razem woda była i mogłam się odmyć.
Mam nadzieję, że na razie limit przygód wyczerpaliśmy i nastanie dla nas spokojny i może nawet trochę nudny czas.
Na koniec trochę warmińskich kapliczek z naszych okolic, oczywiście prace mojego autorstwa.


Pozdrawiam ciepło! Mam nadzieję, że przez nasze przygody przebrnęliście!

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Święta w krzywym zwierciadle

Tradycyjnie było pięknie i rodzinnie, nie obyło się jednak bez kilku przygód, zacznę może jednak od początku.

Część I - Powódź

Zaczęło się w Wigilię. Wciąż czekałam aż pocztą polską dojdą kalendarze, które miały być również częścią prezentów dla bliskich. Kocie kalendarze, z których zakupu cały dochód przekazywany jest dla hospicjum dla kotów nie doszły, a co ciekawe jak się okazało nie zostały nawet wysłane. Trudno, przeprosiny od fundacji zostały przyjęte i nadal czekam na przesyłkę. Musieliśmy więc zajechać jeszcze przed samą wigilią do sklepu (a po sklepach „uwielbiamy” chodzić), żeby coś kupić osobom dla których miały być kalendarze. Pech jednak zaczął się chwilę przed wyjazdem. Pan Właściciel Domu jak zwykle przed wyjazdem zszedł do piwnicy żeby zakręcić wodę. Zawór od hydroforu został mu w ręce, a woda chlusnęła na spodnie. Nie ma się co denerwować, przecież jest Wigilia, a my zaraz wyjeżdżamy na święta. Byliśmy już spakowani, nie udało mi się męża namówić, żeby się przebrał. Już zamykaliśmy drzwi, a tu BACH! Hałas dochodził z piwnicy. Diagnoza (przy latarce, bo żeby woda nie leciała z hydroforu musieliśmy wyłączyć korki w piwnicy): Bojler odpadł od ściany. Pan Właściciel Domu wydostał się w piwnicy i szybko poszedł umyć czarne ręce – no tak przecież nie mamy wody! Z już mniej zadowolonymi minami wsiedliśmy do samochodu. Do rodziców jeździmy przez Dobre Miasto, a do Dobrego Miasta na skróty przez Orzechowo, do którego dojeżdża się polnymi drogami. Przed Orzechowem też czekała nas niespodzianka. Droga została zaorana i po prostu zniknęła z powierzchni ziemi. Mimo to jakoś udało nam się przejechać naszą dzielną terenóweczką. Chwilę przed Dobrym Miastem Pan Właściciel Domu poprosił o wodę. Zawsze jako pasażer odkręcam butelkę kierowcy, tym razem postanowił być samodzielny. Woda wybuchła i mokre miał już nie tylko nogawki od spodni. „Dobrze, że się nie przebierał” - pomyślałam. Szczęśliwie, w strugach deszczu dojechaliśmy do jedynego znanego nam sklepu w Dobrym Mieście, a tam puste półki. Nie znaleźliśmy nawet żadnego męskiego zestawu kosmetyków, żeby podarować przyjacielowi rodziny, miłośnikowi kotów, dla którego miał być jeden z kalendarzy. Coś jednak udało nam się kupić i znów w miarę zadowoleni ruszyliśmy na święta. Potem przez jakiś czas było spokojnie.

Część II - Pożar

Trawiła mnie choroba, a gorączka rozgrzewała do czerwoności. Ból gardła leczyłam nalewką na syropie z mniszka lekarskiego – pomagało, a gorączkę tabletkami ze sklepu – nie pomogło. Te dwie mikstury, wraz z różnymi innymi sprawiły że rozdania prezentów nie pamiętam. Może to i dobrze, bo z podarków ucieszyłam się dwa razy. Następnego dnia wydawało mi się, że ozdrowiałam. Znów podleczałam się skutecznie miksturami z dnia poprzedniego (człowiek nie uczy się na błędach), a gorączka wieczorem i tak przyszła. Rezultat: nie zauważyłam świeczki. Włosy buchnęły niczym sztuczne ognie. Widziałam to zjawisko tylko kątem oka, ale było bardzo ładne. Mniej ładny był zapach. Na szczęście obyło się bez straży pożarnej, ani nawet bez kubła wody na głowie. Włosy zgasły same a po ognisku na mojej głowie nie ma już śladu. Wróciliśmy wieczorem do naszego pokoju, gdzie czekał na nas stęskniony Anioł, który postanowił zrobić nam niespodziankę. Przez chorobę nie pomyślałam nawet o sfotografowaniu tego zjawiska, bardziej zajęło mnie sprzątanie. Otóż Anioł z nudów (mimo, że dostał świńską nogę do zabawy, którą jak wtedy myśleliśmy zjadł) postanowił pożreć element naszego łóżka, a dokładnie okrągły wałek, cały wypchany drobinkami gąbki. Po rozerwaniu wałka przez Aniołka gąbka znajdowała się wszędzie, wyścielona była nią podłoga, nasze łóżko, a nawet stół. Zrzuciliśmy z łóżka tyle ile daliśmy radę i zmęczeni położyliśmy się spać, z myślą o czekającym nas porannym sprzątaniu. Rano poszłam na spacer z niedobrym psem, a Pan Właściciel Domu jeszcze drzemał. Po powrocie Anioł wpadł do łózka i zaczął radośnie lizać pana po twarzy, a następnie lizać coś co leżało tuż przy twarzy męża mojego i znów twarz i znów to coś. Ktoś już zgadł z czym pod poduszką spał mój mąż? Anioł w naszym łóżku, a dokładniej pod poduszką męża zakopał świńską nogę!

Cześć III - Mróz

Po Wigilii i pierwszym dniu świąt w bardzo deszczowej aurze drugiego dnia świąt obudziliśmy się w innej rzeczywistości. Świat zmienił się nie do poznania. Wszystko pokryło się lodem i szronem tworząc fantastyczne, bajkowe krajobrazy. W taką dobrze nastrajającą pogodę mieliśmy zamiar wrócić do naszej, równie pięknej bajki. Pan Właściciel Domu pakował do samochodu bagaże, prezenty, wałówkę od mamy, odpalił już samochód żeby wszystko powoli odmarzało. Trzasnął drzwiami i poszedł po torbę z klopsikami i innymi pysznościami. Klopsik był, a dokładniej klops, kiedy chciał włożyć do auta ostatnią z toreb. Drzwi zamarzły i postanowiły się nie otwierać, kluczyki w środku, samochód na chodzie. Teraz zaczęła się walka z farelką i walka z czasem, bo musieliśmy w miarę wcześnie dojechać do domu, żeby jeszcze spotkać się z fachowcem od bojlera i hydroforu. Udało się! Po godzinie odmrażania ruszyliśmy dziarsko. Jeszcze tylko po drodze stacja benzynowa i już kierunek dom. Na stacji nie było też tak łatwo, bo i wlot paliwa zamarzł. Na szczęście za pomocą ostrych narzędzi pożyczonych ze stacji (lakieru w naszym aucie i tak nam nie żal) udało się jakoś oskrobać lód i otworzyć wlot.
Po godzinie, z małym hakiem, drogi między Siemianami, a Studzianką ukazała nam się wreszcie biała chatka na wzgórzu wśród drzew. W chatce stęskniona Wiedźma, przed chatką stęskniony Skrzat. No właśnie Skrzata nie było, a my od razu cali w nerwach, że zostawiliśmy kota na pastwę losu. Wróćmy jednak do cudnej białej chatki, która pięknie bieliła się na wzgórzu w otoczeniu białego świata, jakby od zawsze, a nie tylko od stu lat była jego częścią. W naszym cudnym domeczku było 8 stopni. Napaliłam szybko w kominku, temperatura w porywach skakała do 15 stopni. W końcu jednak przyjechali panowie fachowcy, naprawili co trzeba i wszystko dobrze się skończyło. Prawie wszystko. Po kilku dniach okazało się, że źle złączyli rury i woda całą noc lała się do piwnicy, a Skrzata wciąż nie było. Z rurą pomógł nam bardzo nasz sąsiad Adam z Liliowego Domku. Pół dnia jeździł z Panem Właścicielem Domu od siebie do nas i z powrotem, a potem do Jezioran po niezbędne materiały. W końcu i rurę naprawili. Zamiast Skrzata pojawił się czarny kocur i zaczął z chęcią pałaszować ze skrzaciej miski. Kocur to nikt inny tylko Kotuś naszych sąsiadów zza górki.


Część IV - zwłoki

Codziennie chodziłam na spacery i wołałam Skrzata, ale niestety nic z tego. Jednej nocy spadł śnieg. Rano na świeżym śniegu zobaczyłam odciski kocich łapek prowadzące do stodoły, gdzie Skrzacik ma swoją budę. Pobiegłam tam natychmiast, ale kota nie było. Ślady prowadziły dalej – do lasu. Szłam śladami wykrzykując imię kota. Nic. Po drodze znów spotkała mnie przygoda, a dokładniej Anioła. Anioł, jak to często Anioł ma w zwyczaju uciekł i szczekał na coś w lesie. Za chwilę wrócił do mnie i znów pobiegł w to samo miejsce i tak kilkukrotnie. Ewidentnie chciał mi coś pokazać. Zapięłam go na smycz i natychmiast ruszyliśmy na przełaj przez młodnik leśny. Prawie biegłam mocno pochylając się pod niskimi gałęziami młodych dębów. Pies doprowadził mnie zadowolony do martwego dzika. Natychmiast go zabrałam, a po powrocie do domu zaczęłam wydzwaniać do gminy i leśniczego. Dzik był zastrzelony.

Niedługo potem przyjechał leśniczy i zapytał gdzie ten dzik. Myślałam, że problem rozwiązany, ale po południu przyjechali myśliwi. Wracałam właśnie z kolejnego anielskiego spaceru. Nie przepadam za myśliwymi, ale ponieważ trochę się ich obawiam wolę żyć z nimi dobrze. Żeby mieć pewność, że dzikiem się zajmą i zabiorą martwe zwierzę z okolic mojego domu, zaproponowałam, że im go pokażę. Poszliśmy na skróty przez naszą działkę. Myśliwi powiedzieli, że lubią psy i broń Boże do nich nie strzelają, pogłaskali też Anioła, a ten chociaż nie lubi być głaskany przez obcych nawet im na to pozwolił (może też woli z nimi dobrze żyć z obawy?). Ponieważ to blisko domu nie zapinałam Anioła na smycz. Stanęłam na górce przy leśnej przecince i wskazałam miejsce, gdzie leżeć miał dzik. Myśliwi zeszli na dół. Ślad po dziku był, ale zwierzęcia nie było. Anioł normalnie pewnie by pobiegł za (jak to ich nazywa mój mąż) chłopcami z flintami (czasem słowo chłopiec zastępuje nazwą pewnego warzywa), ale widząc, że ja jestem na górce, usiadł obok. Już myślałam, że pomyliłam miejsca, postanowiłam więc zejść i sprawdzić. Miejsce na pewno to. Ślad po dziku i jeszcze coś czego nie było. Ślad po kołach samochodu. Zaczęliśmy rozglądać się wokół i nagle usłyszałam charakterystyczne szczekanie. „Panowie, Anioł na pewno znalazł dzika” - panowie trochę się zdziwili i nie bardzo chcieli wierzyć, ale jak już się okazało, że to prawda, to wiele było ochów i achów. Dzik został przeciągnięty samochodem w inne miejsce. Prawdopodobnie, kiedy zadzwoniłam do gminy i powiedziałam gdzie (niedaleko jakiego nr domu leży dzik), to ktoś postanowił przyjechać i go zabrać, a kiedy po ruszeniu zwierza okazało się, że trochę już tam leżał i zapach nie był najlepszy, to złodziej zrezygnował. Myśliwi zaczęli zabierać się do cięcia biednego dzika, twierdząc, że Polacy nie kupią mięsa o takim zapachu, ale Niemcy owszem. Zabrałam Anioła i tylko ich widziałam. Niestety jak się okazało panowie wycięli to co ich z dzika interesowało, a flaki i podroby, czyli części najgorzej pachnące zostawili w lesie. Tymczasem po południu jakby nigdy nic usłyszałam pod drzwiami rozpaczliwe miau. Kiedy tylko wyszłam na ganek, natychmiast zobaczyłam biały jak śnieg brzuszek Skrzata, który od razu na mój widok kładzie się na plecach i domaga się głaskania po brzusiu. Wyściskałam kocurka i nakarmiłam najlepszymi frykasami. Zadzwoniłam też szybko do Pana Właściciela Domu, który też bardzo martwił się o Skrzata. „Kochanie, Skrzat Wrócił!” - zawołałam. „Ojej, jak dobrze, bardzo schudł?” - zapytał troskliwie Pan Właściciel Domu. „Tak, dwa deko”. Skrzat wrócił wciąż w formie w ogóle nie zmienionej – czyli okrągłej. „Mamy dwa różne koty” -podsumował Sebastian. -”Jeden długi, drugi okrągły”. Od przygód mieliśmy trochę odpoczynku, wróciliśmy też po urlopie do pracy. Następna przygoda wydarzyła się dokładnie wczoraj, ale to już materiał na następny wpis.
Niech Wam się darzy w nowym roku!

wtorek, 16 grudnia 2014

O Lekitach słów kilka

Witam Was ciepło! Dzisiejszy post zacznę od tekstu, który napisałam o wsi Lekity - tej, w której odbywa się już głośny na całą Polskę protest przeciw wiatrakom. Zostaliśmy wciągnięci w wydarzenia, dlatego też o tej właśnie miejscowości postanowiłam napisać kolejny tekst do naszej jeziorańskiej gazety Głos Jezioran. W aktualnym numerze ukazał się mój tekst o tym jak to było na Warmii przed laty w okresie, w który właśnie wchodzimy - w okresie Świąt Bożego Narodzenia, tego tekstu nie umieszczam, bo o Godnich Świętach na Warmii pisałam już ze dwa lata temu na łamach bloga, nie będę się więc powtarzać. Zapraszam więc do zapoznania się z małą warmińską wioską, która wcale nie z własnej woli stała się sławna.

Lekity, wieś w środku świata




Lekity, to w przeciwieństwie do mojej Studzianki, o której już pisałam na łamach Głosu Jezioran, wieś nie na końcu świata, a w samym jego środku. W środku małego świata jakim dla niektórych, a od pewnego czasu i dla mnie, jest Gmina Jeziorany. Lekity (niem. Lekitten) są środkiem nie tylko ze względu na ostatnie burzliwe wydarzenia, które sprawiły, że ta mała, skromna wieś, stała się wsią znaną, ale także ze względu na jej położenie. Lekity leżą na uboczu, dojeżdża się do nich szutrowymi drogami, ale te szutrowe drogi mogą doprowadzić nas niemal wszędzie – do Derca, do Studnicy, czy wreszcie do Jezioran (3 km) i co najprzyjemniejsze – z Lekit naprawdę wszędzie jest blisko. Jak więc nie mówić, że Lekity są w centrum świata? Przez Lekity prowadzą dwa bardzo malownicze szlaki rowerowe – zielony o długości 26,9 km (Jeziorany – Lekity – Derc – Frączki – Studzianka – Radostowo – Studnica – Jeziorany) oraz żółty o długości 31,8 km (Jeziorany – Wójtówko – Ustnik – Kalis– Lekity – Krokowo – Kostrzewy – Wipsowo – Jeziorany). Przy okazji jazdy rowerem, ale i wycieczki pieszej, czy samochodowej, warto zwrócić uwagę na kapliczki w okolicach wsi, których znaleźć możemy aż pięć – są to zarówno kapliczki przydomowe – stawiane jako wota dziękczynne, czy po prostu aby pochwalić się sąsiadom bogactwem domostwa, oraz te przydrożne – stawiane na krzyżówkach dróg i przy polach uprawnych – w miejscach gdzie, jak wierzono, pojawiały się demony i duchy, lub tam gdzie wydarzyło się coś złego. Z Lekit do Jezioran prowadzi także urocza trasa obstawiona regularnie takimi samymi kapliczkami neogotyckimi. Wśród kapliczek warta uwagi jest szczególnie przydrożna kapliczka dzwonniczkowa, bo to ona na pewno wyznaczała niegdyś rytm życia wsi, swoim dzwonieniem o różnych porach dnia. Kapliczka zbudowana jest w stylu neogotyckim, na kamiennej podmurówce z podłużną typową dla stylu niszą, a także z ośmioma sterczynami. Po dzwonku niestety została tylko pusta nisza. Drugą bardzo ciekawą kapliczką jest dwukondygnacyjna kapliczka przydomowa z 1800 r. (najstarsza w okolicy), niedawno poddana renowacji. Kapliczka jest niewysoka i przysadzista, zdradzająca cechy stylu barokowego, choć znacznie opóźnionego, o roku jej budowy świadczy umieszczona na szczycie daszku metalowa chorągiewka z datą.





Lekity położone są w dolinie, otoczonej wzgórzami. Miejsce, w którym leżą, zwane jest często warmińskimi Bieszczadami. Po samym tym określeniu można sobie wyobrazić, jak pięknie ulokowana jest ta malutka i bardzo stara wioska, najlepiej jednak zobaczyć ją osobiście. Zjeżdżając z góry od strony drogi z Derca do Jezioran ukazuje nam się przepiękny widok na warmińskie zabudowania – mury tradycyjnych domów, z których niektóre są naprawdę okazałe, co świadczy o dawnym bogactwie wsi i rude dachy tychże domów. Wieś jest dzisiaj podupadła, biedna, zaplątana w bieg wydarzeń, zupełnie nie pasujących do sennego życia, które w Lekitach płynie, a raczej płynęło bardzo wolno, sielsko, spokojnie. Lekity nigdy nie były wielką wsią, przed II Wojną Światową, w okresie największego jej zaludnienia (udokumentowane zaludnienie od XIX wieku), Lekity liczyły nieco ponad 200 osób. W XXI wieku, w 2010 roku pobiły jednak swój własny rekord wyludnienia. Liczyły zaledwie stu mieszkańców. Dziś jest ich za pewne jeszcze mniej. Akt lokacyjny miejscowości został wydany w 1358 roku, prawdopodobnie jednak okolice Lekit zaludnione były znacznie wcześniej, także ze względu na swoje naturalne, warowne ukształtowanie – góry i jeziora. Nad jednym z jezior (Jezioro Krokowskie) leżały także Lekity. Piszę "leżały", bo niestety jezioro zostało osuszone w XIX wieku. Nad brzegiem nieistniejącego już jeziora stoi wciąż dumnie Święta Góra (179 m n. p. m.), zwana także Piękną Górą, lub Pogańską Górą. Góra ta (dziś teren prywatny) prawdopodobnie była świętym miejscem Prusów, tak naprawdę nie wiadomo jednak czy była tam pogańska świątynia, czy może pruskie grodzisko. W "Słowniku geograficznym Królestwa polskiego i innych krajów słowiańskich" napisane jest na temat tego miejsca: Można dość dobrze rozpoznać, że tu kiedyś stał zamek obronny, i po szczątkach wałów zachowanych i po fosach wydrążonych i cegłach, kamieniach przy oraniu wydobywanych. Istnieje więc także podejrzenie, że na górze stał zamek, a jak wiadomo często na miejscach starych grodzisk stawiano właśnie zamki. W tym samym słowniku przeczytać można także: Teraz jeszcze opowiadają sobie o zamkach tutejszych zaczarowanych i o górze, którą święta zowią, albo zamczyskiem. Legenda o zaczarowanych zamkach czy klasztorach to popularna opowieść nie tylko na Warmii. Swoją legendę o zamku mają także Lekity. Wg podań ludowych na Świętej Górze stał piękny, okazały zamek. Zamek ten jednak piękny był tylko z zewnątrz, a w środku, tak jak w złym człowieku czaiła się rozpusta i herezja. Za karę zamek wraz z mieszkańcami swoimi i całym swoim ogromnym bogactwem zapadł się pod ziemię i teraz tkwi we wnętrzu góry. Źli mieszkańcy zamku zostali zamienieni w ryby, które dziś miały by pływać w pobliskim jeziorze (jez. Krokowskie), a ja od siebie dodam, że kara była tym okrutniejsza, że i jeziora już nie ma. Skarbów na dnie góry podobno pilnuje siwowłosy staruszek i piękna panna – najsprawiedliwsi z niesprawiedliwych mieszkańców zamku. Z wnętrza Góry wg kolejnej legendy prowadzi też podziemny tunel aż do podziemi Urzędu Gminy w Jezioranach, czyli zamku jeziorańskiego. Za to ze szczytu góry rozciąga się niesamowity widok na całą okolicę – Lekity, Jeziorany i na następne wsie, na pola uprawne, na stawy, pagórki i sąsiednie wzgórza.
Niestety od kilku lat mieszkańcy wsi dzielnie walczą, aby na górze, na której spokojnie mógłby być turystyczny punkt widokowy i na której powinny być prowadzone wykopaliska archeologiczne (stanowiska archeologiczne zostały oznaczone na Świętej Górze jeszcze za czasów Prusów Wschodnich) nie stanęły wiatraki. Ta spokojna wieś i Piękna Góra stały się dla większości mieszkańców bombą zegarową, która wciąż tyka. Dla Lekitan po jej wybuchu życie diametralnie się zmieni na gorsze. Przestanie być cicho, przestanie być sielsko, a na starą warmińską wieś cień rzucą hałasujące turbiny. Do kieszeni innych popłynie żyła złota, złego złota, może więc jak w każdej legendzie i w tej z Lekit jest ziarnko prawdy, a współcześni właściciele Góry dogadali się z panną i starcem? Może więc wielkie wiatraki – kość niezgody zapadną się do wnętrza góry, tak jak legendarny zamek? Na razie trzymajmy kciuki żeby w ogóle nie stanęły!



Dodam jeszcze, że jak na razie szala zwycięstwa przechyla się ku jedynej, słusznej stronie.





Teraz reklama:
Wyszedł kolejny numer magazynu Piękno&Pasje. Ponieważ od dawna chciałam zrobić jakieś swojskie ozdoby na mini choinkę w naszym domku (dużej choinki nie stawiamy, bo jak zawsze święta spędzamy u moich rodziców), to najnowszy numer bardzo mi się przydał. Aniołki proponowane przez gazetę zrobione są z papieru i z koralików. Miałam stare korale, które rozwaliłam, wzięłam czerwoną kartkę papieru, sznurek i już? Niestety nie było to takie proste jak się wydawało. Zawsze powtarzam, że zdolności manualne, a zdolności plastyczne to dwie różne rzeczy. Mi tych manualnych z pewnością brakuje. Mimo to w końcu aniołki wyszły, chociaż trochę innym sposobem niż proponowany, w każdym razie pomysł zerżnęłam, a więcej różnych pomysłów np. na stroiki jest w tym i w poprzednich wydaniach P&P. Takie urocze ozdoby można zawiesić na świerkowych gałązkach, ale także np. w oknie, a kiedy zrobi się je w mniej świątecznych kolorach, to świetnie będą ozdabiać oszronione okna cały zimowy sezon. Może dorobię jeszcze w jakiś bardziej stonowanych kolorach do kompletu? Resztę zawieszek na choinkę mam zamiar zrobić z masy solnej i będą to zwykłe serduszka i gwiazdki.




Pozdrawiam serdecznie i gdybym już nic przed Świętami nie napisała, to na wszelki wypadek życzę Wam słoneczka w sercach i za oknem!

czwartek, 4 grudnia 2014

Zabawa w kotka i myszkę, syzyfowe prace i powyborcze wynurzenia

U nas ciągle w centrum zainteresowania są zwierzaki. Trzeba ich bardzo pilnować. Wiedźma nie lubi Miejskiego Psa, mimo że go toleruje, to potraf zdzielić go pazurkiem po nosie. Jeszcze bardziej jednak Wiedźma nie znosi Anioła i Skrzata. Przed Aniołem ucieka, ale nauczyła się już go tak mijać, że nieczęsto udaje się mu ją pogonić, natomiast Skrzata goni ona, chociaż też nie zawsze, chyba tylko jak ma ochotę. Wiedźma potrafi siedzieć obok Skrzata i nie zwracać na niego uwagi, a innym razem tłuką się tak, że tylko sierść leci. Skrzat atakuje Miejskiego Psa, nie pozwala mu wyjść z domu, warczy, prycha i stroszy się w pozycji atakującej. Miejski Pies nienawidzi Anioła i najchętniej by go pogryzł (co już kilka razy się zdarzyło), więc i Anioł przestał próbować przyjaźni. Najgorzej jest jednak przy wyjściach na spacer z Aniołem. Skrzat ciągle okupuje wycieraczkę, na szczęście Anioł już na ganek nie wchodzi, a Anioł wie, że kota pod domem ruszyć nie ma prawa. Wie też, że w ogóle nie może ruszyć kota, ale kiedy Skrzat postanowi po przechadzać się przy Aniele, to Anioł za nic ma zasady i goni Skrzata, a my denerwujemy się, czy nic mu się nie stało.
W domu natomiast myszy harcują, a my łapiemy je w żywołapki i wypuszczamy w bezpieczne miejsce. Niosłam ostatnio takie dwie myszki, w otwartej już żywołapce. Jedna z nich chciała popełnić samobójstwo i zaczęła szykować się do skoku z wysokości. Szybko postawiłam pudełko z myszką na ziemi i nagle niewiadomo skąd pojawił się Skrzat, porwał biedną mysz i uciekł. Udało się nieszczęsnej myszy popełnić samobójstwo... Skrzat morduje też szczury ze stodoły, a pod drzwi przyniósł nam już pierwszy dowód miłości, niestety była to sikorka, a właściwie jej część, bo głowę gdzieś po drodze zgubił. Chciałabym żeby taka łowna była Wiedźma, która zapadła w częściowy sen zimowy. Właściwie nie wychodzi z domu, tylko je i śpi. Latem przynosiła nawet 10 myszy dziennie i układała je pięknie na parapecie. Teraz myszy chodzą po pokoju a ona nic. Któregoś dnia Pan Właściciel Domu pojechał rano na czyn społeczny (o tym za chwilę), a ja leżałam jeszcze w łóżku. Nagle patrzę po pokoju chodzi mysz. Obudziłam szybko kota, jak zwykle śpiącego przy moim boku. Wiedźma spełzła z łóżka i zaczęła obserwować myszkę. Miałam chytry plan. Wiedźma miała złapać mysz, a ja Wiedźmę i wytrzepać ją z myszy na podwórku, a potem zabrać do domu. Wiedźma skradała się po podłodze i nagle mysz znalazła się przy samym jej pyszczku (dosłownie chodziła jej pod wąsami). Wiedźma nic. Mysz odeszła, a kocica siedziała dalej. Nabluzgałam kota strasznie, a mysz tymczasem wróciła i znów chodziła przy samej, wciąż zastygłej jak kamień Wiedźmie. "No kicia, masz drugą szansę, pewnie to wszystko było zamierzone, żeby mysz zmylić" – pomyślałam i rzeczywiście zaczęło się i.... skończyło. Trwało to ułamek sekundy. Wiedźma palnęła mysz łapą i nie patrząc co dalej zerknęła na mnie zadowolona i poszła do miski z wodą. Bardzo męczące było to polowanie i widocznie poczuła tak silne pragnienie, że nie była w stanie kontynuować. Mysz spokojnie odeszła. Następnego dnia miałam powtórkę z rozrywki. Znów rano mysz jakby nigdy nic zaczęła spacerować po pokoju. Tym razem Wiedźma spała na mnie. Szybko zrzuciłam ją ze swojego brzucha, a ona od razu zauważyła gryzonia i machając nerwowo ogonem przycupnęła na brzegu łóżka. Nie chciałam przeszkadzać jej w polowaniu, więc starałam się nawet nie oddychać i gdybym dalej tak nie oddychała to bym umarła z braku tlenu, bo Wiedźma siedziała i siedziała i machała tym ogonem coraz wolniej, aż przestała, a mysz odeszła. "Wiedźma, ty ofiaro zawołałam" – chyba mnie nie usłyszała. Spała. Takiego to mamy kota na myszy!
Wrócę jednak do czynu społecznego. Wieczorem zadzwonił telefon od sąsiada z informacją, że wszyscy, którzy jeżdżą danym fragmentem drogi stawiają się rano i zasypują dziury piaskiem, bo gmina przed wyborami dała piasek, ale maszyn do rozsypania i ubicia tego piasku już nie. No cóż, nam tak mocno dziury nie przeszkadzają, a nawet uważamy, że dodają uroku naszej wsi, ale odmówić nie można było, wysłałam więc męża rano na roboty. Kilka godzi rozrzucali i rozgrabiali piach. Droga była piękna, gładka niemal jak autostrada, a wyglądała tak aż do wieczora, kiedy to spadł deszcz. Na drugi dzień rano miękki piasek porozmywał się, a samochody i wozy porozjeżdżały go do tego stopnia, że Ci nieuzbrojeni w auta terenowe pewnie już przejechać nie mogli. Taki to czyn społeczny i syzyfowe prace. Na szczęście mróz zmroził ziemię i choć jeszcze nierówniej jest niż było, to przynajmniej twardo.
Staliśmy się też ostatnio wzorowymi obywatelami i regularnie chodziliśmy na spotkania wyborcze z kandydatami na burmistrzów Jezioran. Pierwszym wyznacznikiem na kogo nie głosować, była debata w nowej jeziorańskiej gazecie "Głos Jezioran". Te same pytania zostały skierowane do każdego z czterech kandydatów, którzy mieli odpowiedzieć na nie na piśmie. Odpowiedziało tylko dwóch. Wiedzieliśmy już, że pozostała dwójka do naszych kandydatów należeć nie będzie. Pozostali panowie wypowiedzieli się mądrze, a jeden z nich zorganizował spotkanie w naszej wsi. Na spotkaniu owy pan też mówił mądrze, chociaż zaskoczyło nas przyklaskiwanie każdemu rzuconemu przez mieszkańców pomysłowi, a przecież wszyscy mamy świadomość, że gmina zadłużona jest na 17 milonów, a długi łata się zaciągając kolejne kredyty. Pomysłem pana kandydata było łatanie długów poprzez zaproponowanie budowania domów ludziom z Olsztyna w naszej gminie, zwalniając ich jednocześnie z podatków przez cztery lata, a po czterech latach podatki zaczęły by spływać. Nie spodobał się nam ten pomysł. Pan okazał się jednak być miłym człowiekiem, a jego wyborcze hasło brzmiało "Nic o Was bez Was" i nawiązywało do tego co działo się w naszej gminie do tej pory, czyli np. do braku konsultacji społecznych w ważnych społecznie sprawach (jak budowa wiatraków). Do drugiej tury wyborów przeszli obaj panowie, którzy wzięli udział w debacie w Głosie Jezioran, co miało na pewno wpływ na wynik wyborów. Byliśmy zadowoleni z wyniku, bo świadczyło to o zakończeniu istniejącego i niepodobającego się nam gminnego układu. Były burmistrz nie wszedł nawet do rady gminy, prawie cały skład gminy został wymieniony na nowy. Przed drugą turą padł pomysł zorganizowania debaty z prawdziwego zdarzenia, gdzie każdy z kandydatów odpowiadałby na pytania swoje i jednocześnie zadawał je konkurentowi. Pan, który głosił "Nic o Was bez Was" nie chciał do takiej debaty przystąpić, tłumacząc się brakiem czasu i innym pomysłem na kampanię. Nas to bardzo zaskoczyło. Nadszedł jednak czas drugiej tury i tym razem w naszej wsi zorganizowane było spotkanie z drugim z dwóch kandydatem na burmistrza. Tutaj obietnic było znacznie mniej, ale za to więcej realiów. Pomysł na wyjście z zadłużenia? Darmowy odbiór segregowanych śmieci i sprzedaż tych śmieci firmie zajmującej się surowcami wtórnymi – super! Pan obiecał też kategorycznie, że będzie walczył z wiatrakami, a próbkę tego mieliśmy tego samego dnia rano w sądzie, kiedy to ja jako świadek, a mąż mój jako obwiniony (za niby blokowanie drogi pod koniec marca w Lekitach – pisałam o tym, może ktoś pamięta, kiedy to wjechał w nas samochód) byliśmy także do sądu zaproszeni. Sprawa jeszcze nie została rozstrzygnięta, więc napiszę o niej więcej już po wyroku sądu. Nasz wybór był oczywisty. Wybraliśmy stanowisko bardziej merytoryczne i konkretne. Udało się. Mamy nadzieję, ze Pan burmistrz będzie chciał współpracować ze wszystkimi jednakowo i wszystkim da szanse.

No i jeszcze miłe spotkania:
Ostatnio na wystawie Łukasza Pepola w galerii gdzie pracuję spotkałam Ewę Pe – której wegańskiego bloga czytuję i która jest też trochę (chyba mogę tak powiedzieć) związana z Jezioranami.
Dzwoniła do mnie też Jolanda, która prowadzi jednego z moich ulubionych blogów "Jolandia Mazurska kraina"- Jolanda bierze udział w akcji "Gadające dachówki", która ma na celu zebrać pieniążki dla szkoły w Lamkowie (gmina Jeziorany), a w naszej galerii będzie aukcja dachówek. Może uda się nam poznać wtedy, a może jeszcze szybciej?
Zaskoczył mnie też Łukasz Pepol, który napisał do mnie, już po jego wystawie, że był na moje wystawie jak miałam z 15 lat. Muszę też wspomnieć o fantastycznej akcji, którą wymyśliła żona Łukasza Pepola. Organizuje darmowe warsztaty pieczenia chleba przed świętami, a każdy, kto chce wziąć w nich udział musi w zamian przynieść jedzenie, które zostanie przed świętami przekazane potrzebującym. Cudowny pomysł prawda? Myślę, że powinien zostać zmałpowany przez jak największą liczbę ludzi. Jeśli się coś potrafi i można kogoś tego nauczyć i przy okazji zrobić taką zbiórkę to naprawdę bombowo!
Pozdrawiam wszystkich i zapraszam na kiermasz sztuki do BWA w Olsztynie, gdzie będzie można kupić moje prace, ale także innych znacznie zacniejszych artystów z regionu.

piątek, 14 listopada 2014

Kocie opowieści



Skrzat zadomowił się na dobre i chociaż wcześniej myśleliśmy że "robi na dwa domy" to teraz jesteśmy pewni jego przywiązania do naszego podwórka. Skrzat jest z nami ciągle. Czasem skrada się gdzieś wzdłuż ścian domu, czasem patrzy na nas z góry, kiedy bawimy się z Aniołem, siedzi w gęstwinie traw, albo po prostu plącze się pod nogami domagając się pieszczot. Skrzat bardziej łakomy jest pieszczot niż jedzenia. Już zaczął wybierać z miski co lepsze kąski, tak jak robi to Anioł. Za to kiedy tylko przysiądzie się na ganku, to już ma się Skrzata na kolanach. Czasem kiedy śpimy to siedzi na parapecie i patrzy na nas. Budzi nas wtedy Wiedźma, która napada na Skrzatosa przez szybę i tłucze "go" łapami, zrzucając moje słoiczki z farbami i pędzle w kubeczkach. Kiedy rano wychodzimy z domu na spacer z Aniołem, to on już siedzi pod drzwiami i daje głośno o sobie znać, pośpieszając nas, żebyśmy szybciej się ubierali i otwierali wreszcie te drzwi, przecież skrzacie futerko dawno nie było głaskane. Wesoło nam z tym naszym prywatnym Skrzatem, który w zamian za opiekę robi dobre uczynki - wyłapuje myszy i szczury ze stodoły (może dlatego nie jest zbyt głodny i taki grubaśny - upasiony na myszynie). Anioł też powinien być mu za to wdzięczny, bo gryzonie budziły go nie raz w nocy, niestety uparciuch z niego i musimy bardzo uważać, bo Anioł nie gania Skrzata tylko kiedy ten siedzi pod domem. Stara się wtedy nie odwracać pyszczydła w jego stronę, żeby widok łaciatego kociska nie psuł mu humoru. Czasem jednak Anioł nie wytrzymuje i zerka na okupującego wejście do domu Skrzata, oblizując się smakowicie. Pilnujemy więc, żeby zwierzaki wychodziły na zmianę, żeby Skrzat był w bezpiecznym miejscu, kiedy Anioł wychodzi i żeby Wiedźma nie biła Skrzata. Czarna kocica też nie terroryzuje Skrzata, kiedy ten siedzi na ganku no i kiedy my jesteśmy blisko. Za to, kiedy w nocy spotkają się na podwórku to nagle Wiedźma postanawia Skrzata stłuc, a ten dżentelmen mimo że dwa razy większy i potężniejszy to pozwala jej na to i właściwie się nie broni. Ciężkie jest życie Skrzata na Wonnym Wzgórzu, ale chyba jest mu całkiem dobrze skoro postanowił się wprowadzić i zostać na stałe.



Na wsi, jak wiadomo w gospodarstwach jest kociaków mnóstwo. Tak też jest w gospodarstwie u pani, od której bierzemy mleko na sery. Koty dostają jeść, mieszkają z krowami w oborze – nie mają źle. Pan Właściciel Domu, chociaż przed Wiedźmą nigdy kotów nie miał i nie ma takiego doświadczenia jak ja, która wychowałam się w domu, gdzie koty były zawsze, zauważył coś niepokojącego. Jeden z kociaków, dużo mniejszy niż pozostałe z miotu miał zaropiałe oczy i sporo kleistej wydzieliny z nosa. Był bardzo słaby i zachowywał się inaczej niż pozostałe kotki. Po opisaniu mi objawów wiedziałam już, że to koci katar. Dla dorosłych kotów jest to choroba niegroźna, jednak dla maluchów groźna i to bardzo. Kociaki tracą wzrok, słuch i węch, a w najgorszych przypadkach zdychają, Te, którym się uda giną pod samochodami, albo z głodu, bo nie potrafią sobie poradzić w innych warunkach niż w całkowicie domowych. Sama miałam kilka kotów po kocim katarze. Wcześnie leczony katar może nie zostawić znacznych spustoszeń w organizmie i kotki wracają do zdrowia. Mój kochany mąż pojechał do weterynarza, powiedział jaka jest sytuacja, że kociak nie jest nasz, ale że nikt go nie będzie leczył i kupił zastrzyki – antybiotyk i przeciwzapalne, a że studiował medycynę i robienie zastrzyków ma w małym palcu, to zaczął jeździć codziennie do kotka i za zgodą właścicielki leczyć go. Co prawda wielki człowiek, to nie malutki kotek na początku więc trochę się denerwował, ale szybko okazało się, że maluch jest wdzięcznym pacjentem i sam zaczął przybiegać widząc swojego doktora. Co jeszcze zabawniejsze, inne koty chyba uznały, że Pan Właściciel Domu robi małemu coś wspaniałego i wszystkie zaczęły przybiegać chmarą (chyba z dziesięć) i wszystkie chciały zastrzyk. Niestety, a może "stety" dla nich pozostałe wyglądały na zupełnie zdrowe i zastrzyk im się nie należał. Mały zaczął szybko dochodzić do siebie i teraz kiedy minął już jakiś czas nawet podgonił swoich braci i siostry i nie jest już znacznie mniejszy i drobniejszy. Bawi się jak inne, a wydzielina z noska i oczu przestała lecieć. Nie wiem jak ze słuchem i węchem, bo tego nie jestem w stanie ocenić, ale na oczach nie pojawiły mu się charakterystyczne dla kotów po kocim katarze bielma, błyszczą za to zawadiacko, wykazując chęć do nieustającej zabawy. Mamy nadzieję, że kotek będzie sobie spokojnie żył w gospodarstwie we Frączkach długo, szczęśliwie i w zdrowiu. Postanowiliśmy jednak pójść o krok dalej i zacząć akcję sterylizacja. Żeby zarówno pani z opisanego wyżej gospodarstwa, jak i inne dobre starsze panie z okolic, które mają dużo kotów nie miały ich jeszcze więcej. U naszego weterynarza dowiedzieliśmy się, że potrzebne są koty do sterylizacji i kastracji na zajęcia dla studentów i że zabiegi można wtedy zrobić za darmo, a po zakończonym leczeniu zabrać kota z powrotem. Chcemy powoli wyłapać koty z okolic i zawozić na zabiegi, może zmniejszymy trochę ich populacje w okolicy i ilość głodnych i chorych kotów.



Jeszcze słówko o mojej wystawie w Dobrym Mieście. Pomieszczonko malutkie, ale bardzo klimatyczne, więc myślę, że moje prace odnalazły się tam bardzo dobrze, chociaż wszystkie się nie zmieściły. Atmosfera była bardzo sympatyczna, ale największe wrażenie zrobił na mnie dobromiejski skansen. XVII i XVIII wieczne kamienice, które zostały odrestaurowane i w których zostały urządzone pracownie i domy rzemieślników z lat 40 i 50 XX wieku. Wydaje się, że to nie tak dawno, a pomieszczenia naprawdę klimatyczne i piękne – dom piekarza z piekarnią, dom i pracownia szewca, krawca, czy wreszcie fantastyczny zakład fryzjerski! Naprawdę polecam wszystkim obejrzenie tych kamieniczek, pełnych skarbów, a szczególnie do połowy grudnia, bo do tego czasu wisieć będzie moja wystawa.


Pozdrawiam wszystkich ciepło!