środa, 13 maja 2015

Dużo wrażeń

Dużo się ostatnio dzieje, oj dużo... Chciałoby się tak czasem usiąść i za wiele nie robić, popracować spokojnie w ogrodzie, poczytać, poleżeć, a tu jedna impreza, druga, koncerty, spotkania i jak w tych wszystkich fantastycznych wydarzeniach nie uczestniczyć?

Mimo to udało nam się wreszcie znaleźć trochę czasu na zajęcie się ogrodem. Nasz Odlotowy Ogród dostał nowe roślinki. Ponieważ mamy problemy z chwastami, a nie ma już jak położyć agrowłókniny w ogródku, to mamy w planie obsadzić go roślinami zadarniającymi. Kupiłam w internecie całe mnóstwo niskich odmian floksów i rozchodników o różnych barwach liści i kwiatów. Mam nadzieję, że dzięki temu za jakiś czas, zamiast mniszków i ostów, które wciąż muszę pielić pojawią się barwne kępy kwiatów. Również warzywnik zaczął się zielenić. Rosną w nim już pierwsze sadzonki porów i selerów, wschodzą buraki, rzodkiewki i sałaty. W tym roku wszystko dość późno, bo długo było bardzo zimno.


Nadszedł także czas imprez. Najpierw zostaliśmy zaproszeni w urocze miejsce do Osady Dębowo, na przyjęcie niespodziankę dla żony Stefana z Kiersztanowa, którego Pan Właściciel Domu poznał na szkoleniu serowarskim. Na imprezę pojechaliśmy drogami polnymi, zwiedzając cudne okolice. Solenizantka jak to na imprezie niespodziance nic nie wiedziała i myślała, że jedzie z mężem na kolacje do restauracji, a po drodze do sąsiadów z Osady Dębowo zostawić dzieci. Weszła do sali, a tu pięknie przystrojony stół i znajomi wyskakujący zza winkla krzyczący: „Niespodzianka!”. Magda była bardzo przejęta i wzruszona. Z imprezy wróciliśmy późno w nocy, ale w dobrym towarzystwie było bardzo przyjemnie.
Następnego dnia znów przepiękna impreza – koncert Kapeli Jazgodki na jeziorańskim rynku zorganizowany przez Fundację Revita Warmia. Zachodzące słońce, kolorowe dekoracje i fantastyczny śpiew. Polecam, posłuchajcie ich bo warto! Klimat był niezwykły, tym bardziej, że nie było wzmacniaczy, czy mikrofonów, a cała moc, nie elektryczna, a elektryzująca wydobywała się z ciał muzyków. Goście siedzieli na kocykach, krzesełkach, mieszkańcy okolicznych kamienic wyglądali przez okna, a dzieci tańczyły i skakały do rytmu muzyki, jak się potem okazało interpretując dźwięki na swój wyjątkowy sposób i np. udając w tańcu dinozaura, jak robił to syn sąsiadów z Czarnego Kierza - Wojtuś. Na koncercie spotkaliśmy mnóstwo znajomych z okolicznych siedlisk. Udało nam się też wreszcie poznać już prawie sąsiadów, którzy adoptowali Alojzego – Alika i posłuchać trochę o nim opowieści.


W następny piątek znów koncert, tym razem bardzo blisko nas bo po sąsiedzku we Frączkach, a właściwie na kolonii Frączek, od której dzieli nas tylko las. Było mi bardzo miło, że tłem koncertu gitarowego były moje prace, które zawisły na ścianach Stajni Kultury stworzonej przez Alicję i Marka z Frączek. Po grze instrumentalnej zaproszonego gościa, na scenę wszedł gospodarz i jak zwykle uraczył nas muzyką Okudżawy, ale i innych bardów i grup, których piosenki są mi bardzo bliskie. Uroczy to był wieczór!



W międzyczasie odezwała się też do mnie koleżanka z podstawówki, której podobnie jak mnie na sercu leży dobro zwierząt. Koleżanka adoptowała ze schroniska dwa białe króliki, jednak jak się okazało jej również wzięty ze schroniska pies ma na owe króliki straszną alergię. Zaczęła szukać im domu, popytałam więc znajomych w okolicznych siedliskach. Dużo osób było zainteresowanych, ale w końcu przez znajomych z Orzechowa znalazł się dom u innych mieszkańców Orzechowa, w agroturystyce gdzie jest już mnóstwo zwierzaków, jak widziałam na zdjęciach króliki mają się dobrze :) Koleżanka Gosia za to przy okazji odwiezienia królików wpadła mnie odwiedzić. Zdążyła utknąć na drodze Orzechowo-Studzianka, ale za nim dojechaliśmy z pomocną dłonią już mogła ruszać. Mam nadzieję, że będziemy się teraz widywać częściej niż raz na 10 lat.
Tyle się dzieje, ale to nie znaczy, że przestałam zauważać piękny maj, który jest wokół. Drzewa kwitną i przekwitają. Ogromna grusza wciąż obsiana jest tysiącem białych kwiatów, a jej płatki pod wpływem wiatru osypują się i fruwają po całym wzgórzu. Śliwy również bielą się w sadzie, natomiast jabłonki mają niewiele kwiatów tu i ówdzie – owocują co dwa lata. Wreszcie zakwitł bez, którego mamy dużo na naszej górce, wszędzie unosi się więc słodki zapach, jeden najpiękniejszych zapachów w naturze. Chciałoby się zatrzymać ten czas, tę aurę, kiedy ptaki wciąż wlatują do budek lęgowych, kiedy wszystko kwitnie, rośnie pachnie i pogodę, która tak sprzyja, bo w dzień mamy słońce, a nocą deszcz, który porządnie podlewa nasze rośliny – wprost idealnie. Niestety w tygodniu niewiele jest czasu, żeby z tych pięknych dni korzystać, a weekend to za mało. Z pracy wracamy między 17.00-18.00, spacer z psami i spać, a czasem do pracy muszę jeździć w soboty, jak np. na najbliższą Noc Muzeów, przepada mi więc kolejny piękny dzień jakim pewnie będzie sobota.

Pozdrawiam Was ciepło!

czwartek, 30 kwietnia 2015

Sąd jeszcze nieostateczny

Po ciepłym weekendzie pełnym pracy w ogrodzie i uczenia psów wielu drobnych, ale ważnych dla nas rzeczy nadszedł dzień sądu. Sądu dosłownie. Pamiętacie sprawę lekitan i wiatraków na Świętej Górze Prusów? Ponad rok temu pojechałam z Panem Właścicielem Domu zobaczyć jak wygląda protest i o co w ogóle tam chodzi, a po chwili nieznajomy wjechał w nas samochodem. Nowo poznany znajomy wylądował wtedy w szpitalu, a mój mąż miał rozbite kolano. Potem byliśmy raz w sądzie, a osobnik, który w nas wjechał (wiatrakowy inwestor i człowiek bez zasad i duszy) został ukarany karą 300 zł grzywny. Pan Właściciel Domu również został obwiniony o: „zakłócanie spokoju poprzez oparcie się o maskę samochodu” - zabawne, prawda? Ja nie zostałam obwiniona chyba tylko dlatego, że nie miałam przy sobie dowodu osobistego, więc policja mnie nie spisała, o maskę samochodu, po uderzeniu nas w kolana oparłam się tak samo, jak pozostali obwinieni o ten niecny czyn, a to „oparcie” było w obronie własnej, żeby nie „oprzeć się” twarzą. Sprawa rozpoczęła się jeszcze w listopadzie, a w miniony poniedziałek była kontynuowana. Oprócz naszej sprawy były jeszcze dwie inne dotyczące protestu wiatrakowego, które zostały połączone. Na ławie oskarżonych po raz kolejny nie zmieścili się przestępcy, zajęli więc całą salę. Inwestor i jego synalek (wysoki jak brzoza i... wiadomo) – oskarżyciele posiłkowi, sporo spóźnili się na rozprawę, mimo to sąd ich wpuścił, a ja miałam nieszczęście siedzieć między nimi. Między nimi, bo nie miałam zamiaru się przesuwać na twardej sądowej ławie, żeby udogodnić złym ludziom współpracę, nie mieli wyjścia, usiedli w odległości z przerwą na mnie. Przez całą rozprawę inwestor swoimi czarnymi, jakby dopiero oderwanymi od pługa dłońmi sporządzał notatki, a ja bez skrępowania je czytałam, licząc na jakieś smaczki i ciekawostki. Niestety, kreatura zapisywała tylko dokładne słowa obwinionych, którzy w większości w mistrzowski sposób odrzucali zarzuty wobec nich. Kilka razy udało mi się jednak zaśmiać pod nosem czytając błędy i złe zdania kreatury. Zabawny był też synalek inwestorek. Bardzo ambitnie próbował zadawać pytania obwinionym jednak niestety podniecenie nie pozwalało mu mówić wyraźnie bez seplenienia i jąkania się, a pytania często były wyrwane nie wiadomo skąd i zupełnie nie dotyczące rozprawy. Oprócz zarzutu o zakłócanie spokoju poprzez oparcie się o maskę samochodu (nie wiem jaki idiota policjant sporządził notatkę z taką informacją?!), były jeszcze dwa zacne zarzuty wobec tłumu przestępców na sali: blokowanie drogi i nielegalne zgromadzenie (mogę trochę przekształcić, ale mniej więcej o to chodziło) - w momencie kiedy przyjechała telewizja (TVN24), nagrywać reportaż o Świętej Górze i bezprawiu w gminie Jeziorany, a także zarzut nielegalnego wtargnięcia grupy osób na terem inwestora, podczas gdy wyciął bez pozwolenia ponad 400 drzew starszych niż 10 lat i usuwał koparką karpy, niszcząc dowody swojego przestępstwa. Organizatorem nielegalnego zgromadzenia była stacja TVN24, więc to ich powinni zaskarżyć. Nikt drogi nie blokował, bo kręcone było na poboczu, co widać na nagraniach. Co do wtargnięcia, to owszem wydarzyło się, ale włamywacze, którzy podstępnie włamali się na nieogrodzony teren inwestora wybrali mniejsze zło. To oni wezwali policje, aby ta nie pozwoliła usuwać kreaturom dowodów prawdziwego przestępstwa, jakim niewątpliwie wycięcie ponad 400 drzew jest! Najfajniejsi byli jednak świadkowie. Najpierw świadkowie normalni – czyli ważne osoby w gminie, które po wyborach i obaleniu poprzedniego burmistrza wreszcie coś robią – świadkowie mówili do rzeczy i z sensem, poza tym popierają lekitan w ich walce. Następnie panowie policjanci. Tu już było wesoło. Jeden nawet przyszedł w dresach i nic nie pamiętał, tylko że jacyś ludzie drogę blokowali, ale nic więcej, ani kiedy, ani jaka była pogoda, ani czy w ogóle był na takiej interwencji. Od obwinionych padło pytanie, dlaczego po otrzymaniu wezwania do sądu nie sprawdził, czy w ogóle był na takim wezwaniu, skoro nie pamięta – pan policjant nie umiał odpowiedzieć. Jedna pani zapytała policjantów dlaczego została obwiniona o blokowanie drogi w godzinach popołudniowych, skoro była w Lekitach tylko rano, a popołudnie spędzała już na spotkaniu w Olsztynie na co ma świadków. Tego także policjanci nie potrafili wyjaśnić. Najlepsza była jednak akcja z mierzeniem pni, po ściętych drzewach. Najpierw policjanci powiedzieli, że obrońcy drzew im przeszkadzali w interwencji, a po odpowiedziach na następne pytania wyszło szydło z worka. Policjanci nie chcieli mierzyć pni ściętych drzew, bo jak powiedzieli „nie mają przy sobie miarki z atestem”, Taką miarkę mieli jednak obrońcy drzew i Świętej Góry, chodzili więc z policjantami, kładli miarkę na pniach, a policja fotografowała drzewa, pomagali, a nie przeszkadzali. Na końcu wszedł świadek inwestorów, którego zeznania mocno różniły się od tych składanych przez niego na policji, na pytania sądu o różnice świadek milczał, potem gubił się w zeznaniach i zmieniał zdanie. „Trzeba też powołać inteligentnego świadka” - szepnął do mnie cicho jeden z obwinionych. Miał rację, sąd raczej nie potraktował tego człowieka poważnie. W końcu przesłuchiwany był mój mąż – przestępca. Powiedział wyraźnie jak było, nie dając w swojej wypowiedzi żadnych argumentów oskarżycielom, także sąd nie pytał już o nic. Mam nadzieję, że sędzia również zauważył śmieszność zarzutów. Na końcu jeszcze Pan Właściciel Domu zapytał sądu o to dlaczego nie zostało rozpatrzone jego pismo z prośbą o powołanie mnie i sąsiada, który był z nami i też w niego wjechał samochód (sąsiad nie chciał się sądzić, więc zapłacił grzywnę) na świadków, w końcu jedynym powołanym świadkiem w konkretnie spawie Sebastiana jest oskarżyciel. Sąd powiedział, że ma zamiar dopuścić moje i sąsiada zeznania z poprzedniej sprawy, gdzie oskarżony był inwestor i został skazany na karę 300 zł. Wszystko fajnie, tylko w tamtej sprawie Sebastian był świadkiem i jako świadek nie miał prawa zadawania pytań, natomiast jako obwiniony już to prawo ma. Sąd rozpatrzy sprawę do następnej rozprawy 18 czerwca. W sądzie spędziliśmy cały piękny, słoneczny dzień, 6 godzin na sali sądowej plus dojazdy, a ja poświęciłam na to jeden dzień urlopu!

Na zdjęciach trochę Odlotowego Ogrodu, warzywnik prawie skopany, odrobinę pączków drzew owocowych (w tym roku jabłonie odpoczywają, czas na gruszki, wiśnie i śliwy), Moje ulubione siedlisko, które widać z drogi na Wonne Wzgórze, nasz biały domek i okienko naszej sypialni z bliska i z daleka, psy, które całkiem ładnie chodzą razem na smyczach no i na sam koniec widoczek na poranne Wonne Wzgórze i nasz domeczek (długie zdjęcie)i jeszcze raz moje ulubione siedlisko z okolicy!

Życzę wszystkim miłej majówki!

Na koniec żeby było milej kilka zdjęć nie z sądu:

piątek, 24 kwietnia 2015

Alojzy ma dom!

Jakże mogłam nie napisać o tej tak ważnej sprawie?!

Już kiedy w moim przedostatnim poście wspomniałam, że Alojzy CHYBA znajdzie dom, to byłam już prawie pewna, że tak się stanie, ale nie chciałam zapeszać. Alojzy ma teraz na imię Alik i jak powiedziały panie ze schroniska podobno sam nie wierzył jeszcze w to co się dzieje, nie wierzył w swoje szczęście, nie wiedział czy się cieszyć czy się bać.
Teraz mieszka ze swoim opiekunem u jego siostry, ale niedługo zamieszka w pięknym siedlisku w Radostowie. Odbył już długą podróż z Warmii do Opola i w aucie był bardzo grzeczny, w Opolu poznał swoją nową, choć dużo starszą koleżankę, a ze swoim opiekunem ponoć wita się opierając mu łapy na ramionach i liżąc go po twarzy! Słuchanie i czytanie o nim, to dla mnie wielka radość!

Miłego weekendu kochani!

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Warzywnik, pierwsza jazda samochodem i psia ucieczka

Zaczynamy powoli wspólną naukę psów, chociaż nie zrealizowaliśmy całego założonego na weekend planu,to i tak myślę, że było lepiej niż się spodziewaliśmy. Wiosna okazała się bardzo mądra i pojętna, chętnie wykonuje kolejne polecenia, jeśli tylko dobrze się jej wytłumaczy a co chodzi. W naszych planach weekendowych było przygotowanie ogródka warzywnego, próba nauki jazdy samochodem dwóch psów na raz i nauka chodzenia na smyczach – również dwóch psów na raz, tak żeby nie było wojny.
Ogródek był już wcześniej skopany, chciałam jednak na nowo wytyczyć grządki i dróżki, a także pokryć dróżki agrowłókniną, bo okropnie rozrastają się na nich chwasty. W sobotę wiał zimny, przeszywający wiatr, postanowiliśmy więc zrobić sobie dzień lenia i zająć się tylko psami. W niedzielę jednak udało się wytyczyć główne ścieżki w ogródku, posadziłam też trochę barwinków w sadzie i porozsadzałam wreszcie pomidory, które wciąż rosły jeden na drugim jak siewki, a przecież stały się już małymi sadzonkami i należało im się znacznie więcej miejsca. Niestety na skończenie grządek w ogródku nie było szans, znów zerwał się wiatr i było bardzo zimno, za to psy z naszych ogródkowych prac wyniosły ważną naukę – nie można wchodzić do warzywnika. Anioł niby wiedział, że nie wolno, ale nie respektował tego za bardzo. Kiedy jednak zobaczył, że Wiosna już zorientowała się, że w ogródku nie ma głasków, tylko ostre słowa, że ma wyjść, to i on położył się przy samym wejściu do ogródka i obserwował nas jednym okiem (był już zmęczony bieganiem od rana drugie więc zamknął.
Planu nauki chodzenia na smyczach nawet nie zaczęliśmy realizować – co za dużo to niezdrowo. Spacerowaliśmy z psami na razie blisko domu, więc bez uwięzi, co bardzo im się podobało, w przyszłym tygodniu jednak musimy podjąć wyzwanie, im szybciej tym lepiej, żeby potem nie było większych problemów. Tymczasem psy już bardzo się do siebie przywiązały. Czasem podgryzają się jeszcze, ale nie jest to już walka, a raczej zabawa. Wiosna kładzie się na plecach i pozwala się wąchać Aniołowi. Anioł może nie pozwala się tak dokładnie obwąchiwać, ale za to kładzie się na plecach obok Wiosny i zmuszeni jesteśmy głaskać po brzuchach oba psy na raz. Jak to powiedział Pan Właściciel Domu "Człowiek ma dwie ręce, po to żeby móc głaskać dwa psy"!
Wreszcie nadszedł czas nauki jazdy samochodem. Od kilku dni otwieraliśmy psom wszystkie drzwi od auta, tak żeby Wiosna mogła się oswoić z samochodem, a Anioł z tym, że nie jest w nim sam. Anioł kiedy tylko otworzy się drzwi od wehikułu natychmiast jest w środku. Samochód kojarzy mu się z czymś miłym – z jazdą na spacer. Wiosna nie chciała wejść i nie pomagały nasze namowy. W pewnym jednak momencie Anioł siedzący na samochodowej kanapie pochylił się nad nią, polizał ją po pyszczku, jakby chciał jej powiedzieć, że to nic strasznego, Wiosna zaufała starszemu koledze i wskoczyła. Okazało się, że samochód to fajna zabawa, bo można przeskakiwać przez siedzenia do przodu, do tyłu i jeszcze wyskakiwać wszystkimi drzwiami z powrotem na podwórko. Oswajanie się z samochodem okazało się sukcesem. Teraz na sucho musieliśmy spróbować wspólnego siedzenia w samochodzie. Tu było już znacznie gorzej. Psy siedziały z tyłu, my z przodu, a ja rękami zagradzałam przejście do przodu, a Wiosny łapy i w ogóle cała Wiosna były na mojej głowie, twarzy, ramionach. Wyszłam z tej próby zwycięsko, ale piach i ziemię miałam w oczach, uszach, ustach, włosach, wszędzie. Po chwili takiej walki Wiosna się uspokoiła i skupiła się na tym co za oknem. Następnym razem Pan Właściciel Domu zbudował konstrukcję, a ja odrobinę konstrukcję poprawiłam. Zagłówki, łącznie z przejściem między siedzeniami, mój drogi mąż przykrył plandeką do wożenia psów, tak że nie było jak się przecisnąć. Natomiast ja dodałam jeszcze kij, który postawiłam na środku – w przejściu – między podłogą, a sufitem, umówiliśmy się, że gdyby ktoś pytał po co nam ten kij, to powiemy, że to najnowsze trendy prosto z lasu – taka eko moda, nieokorowany kij w samochodzie. Psy wsiadły. Postanowiliśmy ruszyć, z myślą, że za parę metrów wrócimy i... stał się cud! Pojechaliśmy do sklepu, a nasze zwierzaki, mimo że z tyłu trochę się kręciły, to nie próbowały się przesiadać i wciskać do przodu, były bardzo grzeczne. Jazdę do sklepu powtórzyliśmy raz jeszcze i znów było fantastycznie! Mamy nadzieję, że w sobotę uda nam się pojechać na spacer w jakieś obce miejsce i zapiąć oba psy na smycze. Docelowo chcielibyśmy, aby psy chodziły na jednej lince i były zapięte do liny na rozgałęziacz do smyczy, ale do tego to jeszcze długa droga. Nie chcę zapeszać, ale na razie jest lepiej niż się spodziewaliśmy, nie może jednak być idealnie...
W sobotę wieczorem zapukała do nas Pani Miejskiego Psa:
- Kochani wydaje mi się, że wasza nowa przyjaciółka biega luzem po podwórku. - Wyszliśmy na zewnątrz i rzeczywiście, Wiosna uradowana podbiegła do nas, a biedny Anioł wciąż siedział w kojcu i wył. Zaprowadziłam uciekinierkę do psiego mieszkanka i obeszłam dokładnie kojec. Żadnego podkopu. Między belką konstrukcyjną, a ścianą jest niewielka szpara i w tym momencie wydawała mi się to jedyna możliwa droga ucieczki. Już Pan Właściciel Domu szukał gwoździ i młotka żeby zabić dziurę, kiedy nagle krzyknęłam do niego, żeby natychmiast przyszedł na podwórko, bo Wiosna chodzi po dachu. Szkoda, że nie miałam aparatu, bo byłam bardzo zdziwiona i zastanawiałam się jak to możliwe. Nad zewnętrzną częścią kojca (psy mają jeszcze pokoik w murach stodoły), nie ma właściwie daszku, ale jest belka konstrukcyjna przechodząca przez kojec, która jest mniej więcej na wysokości dwóch metrów. Nasza zwinna sunia wskoczyła prawdopodobnie na dach budy, a z niej na belkę, pewnie wcześniej zrobiła tak samo i z belki zeskoczyła na ziemię. Anioł mieszka tam już prawie cztery lata i nie wpadł na ten pomysł, nie jest też aż tak skoczny jak Wiosna. Wiosna myślała tydzień i wydumała! Oczywiście natychmiast usunęliśmy belkę i jak na razie mamy spokój. Ma tydzień, żeby wymyślić coś nowego i znów nas zaskoczyć, wolałabym jednak żeby były to miłe niespodzianki :)

wtorek, 14 kwietnia 2015

Wiosna cały rok!



Wiosna na dobre zawitała na Wonnym Wzgórzu, ba od soboty Wiosna będzie u nas cały rok!
Mówię oczywiście o przyjaciółce Anioła, której takie właśnie imię daliśmy. Zaczęło się tak:
Wsadziliśmy trochę zagubioną Wiosnę do samochodu, pomógł nam jeden z wolontariuszy. Zaczęła wąchać rozglądać się, a potem skakać jak szalona. Nie było opcji żeby jechała sama z tyłu, bowiem za wszelką cenę próbowała przesiąść się do przodu. Musiałam jechać z nią i wciąż przytrzymując za obrożę, kontrolować jej ruchy. Dojechaliśmy do Studzianki. Tuż za wsią Pan Opiekun Psów wysadził Wiosnę i mnie, a sam pojechał do domu po Anioła, miał go przyprowadzić na dół, żeby spotkały się na neutralnym gruncie. Dostał konkretne przykazy: schować miskę z jedzeniem, otworzyć szeroko psie mieszkanko, żeby w razie chęci psy mogły wchodzić, wpuścić go na chwilę do samochodu, żeby wywąchał jej zapach. Potem na długą linkę i na dół dołączyć do mnie. Tymczasem podczas krótkiego spaceru odkryłam, że Wiosna już nie ciągnie na lince, tak jak robiła to w schronisku, umie także siadać i kłaść się na zawołanie. Co chwilę przybiegała po porcję pieszczot. Miłością wiosny jest też woda. Kiedy tylko zobaczyła wielką kałużę natychmiast zanurzyła się w niej i zaczęła się czołgać i tarzać w błocie - uroczy to był widok. Chwilę później na horyzoncie zobaczyłam Pana Opiekuna Psów i Anioła. Nie było dobrze. Kiedy tylko Anioł zauważył nas zaczął straszliwie ciągnąć, a potem próbował pożreć Wiosnę, która była mocno wystraszona. Mimo obaw padło krótkie hasło: spuszczamy psy ze smyczy! Bojaźliwy mąż tym razem nie protestował i posłuchał się bardzo mądrej żony. Kilka warków, kilka skoków i już wąchanko i wspólne biegi.


Bałam się, że po spuszczeniu ze smyczy w obcym miejscu Wiosna popędzi przed siebie i będziemy jej szukać, tymczasem suńka biegała dość blisko nas, ciągle pilnując się stada. W pewnym momencie jednak wystrzeliła, a dokładnie kiedy mieliśmy skręcać pod górkę w stronę domu. Z tego miejsca nawet jeszcze nie widać siedliska, Wiosna jednak chyba instynktownie czuła zapach domu, może wyobrażała sobie jak dom powinien pachnieć. Minęła z rozpędem gospodarstwo sąsiadów i po chwili jak szalona wpadła na swoje nowe podwórko. Prawie biegliśmy za psami, bo wciąż baliśmy się, że Anioł skrzywdzi koleżankę. Kiedy zmachani wdrapaliśmy się na górę nasze psy szczęśliwe wychodziły właśnie z kojca, z mordkami mokrymi od wody. Wiedzieliśmy już, że jej nie odwieziemy do schroniska, choćbyśmy mieli ustalić nocne warty, żeby pilnować czy nic złego się nie dzieje. Dzięki pięknej sobocie psy spędziły z nami calutki dzień na podwórku. Biegały, szalały, odpoczywały. Nie ma też problemu z karmieniem, Anioł delikatnym warknięciem daje do zrozumienia Wiośnie, że ta ma swoją miskę i już jest spokój, miski mogą stać nawet jedna przy drugiej. Jedyny problem jaki się pojawia to wyjście z kojca. Psy przed wypuszczeniem pięknie robią siad, a potem Anioł z zazdrości nie chce, żeby Wiosna do nas podchodziła. Po chwili jednak przechodzi mu i na spacerze biegają pilnując się nas dużo bardziej niż Anioł, kiedy był sam. Anioł zaczął się nawet bardziej słuchać. Kiedy bardzo chce gdzieś iść, gdzie psom nie wolno chodzić, ale normalnie by poszedł i miał nas w psim nosku, Wiosna stoi mu na przeszkodzie, bo kiedy powiem jej że nie wolno to nie idzie, wtedy i Anioł rezygnuje z niedozwolonej eskapady do kompostownika, czy do stawu sąsiada. Jednym słowem spodziewaliśmy się, że bierzemy ze schroniska najbardziej dzikiego i niegrzecznego psa, a okazuje się, że wzięliśmy niemal psa idealnego, który reaguje na komendy, jest bardzo delikatny, subtelny i wcale nie taki dziki jak się na początku wydawało. Z resztą jaka miała być, skoro wychodziła raz w tygodniu z niewielkiego kojca?


Na początku Wiosna tak szalała, że ciężko było zrobić jej ostre zdjęcie, te nieostre jednak idealnie oddają jej charakter. W końcu jednak jako tako się udało :)


Dziś rano było już tak pięknie:


Czeka nas teraz intensywna praca - nauka chodzenia na smyczy, tak żeby psy się nie gryzły, no i przede wszystkim wspólna jazda samochodem, bo dość często wyjeżdżamy i chcemy zabierać pieski ze sobą. Muszę też dowiedzieć się czegoś więcej o przeszłości Wiosny, o ile w schronisku takie informacje posiadają. Wiosna boi się wchodzić do kojca, nawet na jedzenie (Anioła potrafiliśmy kiedyś ścigać pół godziny po podwórku zanim wszedł, a teraz wchodzi bardzo chętnie), kiedy naprawdę delikatnie złapałam ją za obrożę położyła się na ziemi, zaczęła przeraźliwie skomleć i trząść się. Nie wiem czy nie była bita, wiem już jednak że muszę do niej podchodzić wyjątkowo ostrożnie i delikatnie, tak żeby strach minął.

No i kolejna wiadomość: chyba znalazłam dom Alojzemu - towarzyszowi niedoli Wiosny, który w schroniskowym kojcu został zupełnie sam. Wczoraj byliśmy z mężem u Alojzego - to chyba najsmutniejszy pies świata. Niedługo trzeba było pofejsbukować żeby odezwała się jedna przemiła osoba i mam szczerą nadzieję, że Alojzy dom będzie miał jeszcze w tym tygodniu!


Pozdrawiam ciepło i dzięki za słowa otuchy!