piątek, 17 lipca 2015

Wonne Wzgórze – jak to się zaczęło?

O naszych początkach na Wonnym Wzgórzu pisałam już wiele razy, wiele wspomnień przewijało się też w różnych wpisach, ale myślę, że teraz po ponad czterech latach mieszkania tutaj i blogowania czas na chwilę przystanąć, spojrzeć w przeszłość. Przenieśmy się więc nie cztery lata wstecz, ale na początek znacznie dawniej.

Kiedy byłam jeszcze w brzuchu mamy odbyłam długą podróż samolotem, a ciocia z USA namawiała mamę żeby nazwać mnie Virginia na pamiątkę pobytu, na szczęście mama nie dała się przekonać, jadła za to pączki i lody w ilościach hurtowych. Potrafiła mieć łzy w oczach w piekarni, kiedy piekarz nie chciał sprzedać jej nadprogramowych pączków. Uprawiała też ogród. Kiedy mnie urodziła skończyła się miłość do słodkości i do ogrodu. A imię dostałam od ulubionej piosenki taty.


- z mamą i kuzynkami ze stanów - ja to ta z kucyczkami :)

Moje dzieciństwo, mimo że mieszkałam w mieście wcale nie było miejskim dzieciństwem, które kojarzyło się wtedy z ulicą, trzepakiem i słowami "to nasze podwórko", nigdy nie umiałam nawet fikać na trzepaku, chociaż z "nie mojego" podwórka nie raz zostałam wyrzucona. Wolałam bawić się w niedźwiedzie z wujkiem Sławkiem i budować z nim gawrę, święcie wierząc, że on naprawdę jest niedźwiedziem (nie zwracałam się do niego inaczej niż "niedźwiedziu", a on już nie mógł patrzeć na miód, bo jak tylko przyjeżdżał, to zaczynałam go karmić miodkiem, w końcu to przysmak każdego misia). Uwielbiałam też wygłupy z wujkiem Piotrem, który z nami mieszkał, a że był choreografem i tancerzem, to nie raz obserwowałam próby jego formacji tanecznych w dużym pokoju, a po cichu z koleżankami mierzyłyśmy mocno przydługie suknie tancerek, wiszące w piwnicy. Słuchałam też nocnych śpiewów i gitarowych koncertów, a moje pierwsze obrazki przedstawiały treści piosenek Czerwonego Tulipana. Mieszkaliśmy w poniemieckim domu, na spokojnej uliczce, a do dyspozycji miałam wielki ogród z agrestem, porzeczkami i drzewami owocowymi. W piwnicy stały półki z kompotami i dżemami, pamiętam jeszcze jak tam stały, ale nie pamiętam ich smaku. Jak byłam jeszcze bardzo mała i wszystko zaczęło już być w sklepach mama przestała robić domowe przetwory, do czego wróciła znów (na szczęście) kilka lat temu. Bardzo było mi żal, kiedy tata postanowił poszerzyć biznes i w części ogrodu wybudować sklep, chociaż wtedy nie do końca jeszcze ten żal rozumiałam. Patrzyłam jak koparka ścina skarpy, a z ziemi wypadają kości psa jednej z ciotek, który po śmierci został zakopany w naszym ogrodzie, gdzieś pewnie też została rozwalona moja skrzyneczka ze skarbami i listem do przyszłości, który umieściłam w skrzętnym dołku. To co zostało po starym kaskadowym ogrodzie, nie raz mocno zarośniętym i dzikim, zamieniło się w idealny trawnik, iglaki, polbrukowe ścieżki i jak odrysowane cyrklem, równiutkie oczko wodne.

Na zdjęciu jestem w ogródku przed oczkiem z dwoma młodszymi kuzynkami z USA Tosią i Magdą (ja z brzegu - najwyższa)

Podobnie zmieniła się też cała ulica. Mieszkańcy rozbudowali domy, nie hodowali już kur, konkurowali za to o najbardziej zadbany ogródek, dachy wymieniali na nowe – nowoczesne. Z naszego dawnego ogrodu został żywopłot, wciąż młoda jeszcze wierzba płacząca i rozłożysta wiśnia, dająca przepyszne owoce. Wiśnię też w końcu rodzice wycięli, a ja płakałam za nią po cichu i dopiero ostatnio się do tego przyznałam. Pytali czemu im nie powiedziałam, że mi na niej zależy. Nie powiedziałam, bo po prostu wróciłam ze szkoły i już jej nie było. Rodzice nie pamiętają już jaki był powód ścięcia drzewka.Wierzba stała się potem moim ogrodowym miejscem. Wspinałam się na nią, wciągałam koszyk z piciem, łakociami, książką i spędzałam tam czas, nie raz obserwując przechodniów, którzy szli po drodze w dół, wzdłuż żywopłotu przy którym rosła wierzba. Siedząc na tym drzewie przeczytałam "Dzieci z Bullerbyn", którym zawsze zazdrościłam takich fajnych zabaw i przygód.

Na zdjęciu już jako nastolatka pod gałązkami "mojej Wierzby".


W domu były koty i pies Nazir- wielkie bydle – hart irlandzki, z którym nie raz dumnie chodziłam na spacery po okolicy, a że był sporo większy ode mnie, to nikt nie warzył się mnie zaczepić.
Na początku lat 90, kiedy nie chodziłam jeszcze nawet do zerówki rodzice kupili dom w Szymanowie. Stare siedlisko i spory kawałek ziemi z własnym lasem i łąkami. Siedlisko było pełne tajemnic, a ja czułam się tam jak w raju. Jeździliśmy do Szymanowa na każdy weekend.



Często rodzice zabierali którąś z moich koleżanek, czy kolegę, albo zapraszali swoich przyjaciół z dziećmi, no i był też z nami wujek Piotr, który uwielbiał wymyślać dziecięce zabawy i sam też świetnie się w nich odnajdywał. Bawiliśmy się w chowanego w starej stodole, a wujek pokazywał mi najlepsze kryjówki, budowaliśmy stracha na wróble, opowiadaliśmy sobie "straszne historie", paliliśmy ogniska, zbieraliśmy grzyby, pływaliśmy w jeziorze, czy zjeżdżaliśmy na sankach, wraz z wujkiem uczyłam się też jeździć konno w dziś znanym Ranczu Frontera.

Na zdjęciach ja z duzym grzybem przy kominku w domu w Szymanowie, potem z psem Nazirem - moim opiekunem i na końcu czyszczę konia - Saskę w ranczu Frontiera z wujkiem Piotrem.

Obok były ruiny, w których straszyło. Był też "Las Czarownic"- bagnisty las składający się z małych źródełek i wielkich starych drzew z odkrytymi korzeniami. Opodal stał opuszczony dom, z którego ktoś kiedyś wyszedł i nie wrócił i jeszcze rozlewisko w z meandrami w środku lasu. Rodzice puszczali mnie samą na długie (jak mi się wtedy wydawało) spacery, jeśli tylko pies szedł ze mną. "Nazir pilnuj Natalii mówili" – kiedy byłam za daleko domu pies pchał mnie nosem, albo łapał za brzeg sukienki i prowadził z powrotem do siedliska. Kolejnym tematem moich obrazków był właśnie "Domek w Szymanowie" i jego okolice.

Na pierwszym zdjęciu widoczek z Szymanowa i mała ja, a na drugim efekt programu artystycznego wymyślonego przez moich rodziców z okazji 18 urodzin młodej znajomej. Wszyscy się włączyli - był tort z błota, tańce, wiersze, pieśni na gitarze i najmłodsi - mój kolega Rafał i ja przebrani za cyganów, śpiewaliśmy "My cyganie".

Mimo, że często wyjeżdżałam z rodzicami – namiętnie chodziliśmy po polskich i słowackich górach, zwiedzaliśmy dokładnie Warmię i Mazury, a także różne ciekawe miasta w Polsce, jeździliśmy też na wakacje za granicę i na spływy kajakowe, to czas spędzony w Szymanowie, wszystkie przygody, zwierzęta (pierwszy raz widziałam dziko łosia), zabawy z wujkiem wspominam jak prawdziwe dzieciństwo na wsi. Z podróży z rodzicami też najbardziej zapamiętałam właśnie te, podczas których byliśmy blisko natury. Chociaż do dziś kocham zabytki, to moment, kiedy jako sześcioletnia dziewczynka pierwszy raz płynęłam z tatą kajakiem i czułam się jakbym latała wspominam najlepiej. Potem te wszystkie grążele, nenufary, czaple w trzcinach i starsza pani z chustką na głowie sprzedająca jagodzianki w środku dziczy na skleconej z kilku patyków kładce.

- Z kuzynkami na spływie i z tatą na kajaku.

Zawsze jednak było Szymanowo, do którego można było wrócić. Niestety wszystko kiedyś się kończy. Dom w Szymanowie stał w oddaleniu i był ciągle okradany. Jadąc do wsi do sklepu widzieliśmy nasze zasłonki w jednym z okien, gdzieś u gospodarza kiedyś zobaczyliśmy nasz dywan (charakterystyczny z wypaloną dziurą), nie wiemy co się stało z płytkami z łazienki, zlewem, wanną - złodzieje wyrwali wszystko i tak było ciągle. Dom trzeba było sprzedać. Kupił go wujek Piotr! Wujek stworzył w siedlisku prawdziwą oazę sielskości i wiejskości, o czym pisałam jakiś czas temu w poście o Anielskim Domu. Rodzice natomiast kupili mały domek pod Szczytnem nad jeziorem Sasek Wielki, w miejscu po byłym ośrodku turystycznym. Nazira też już nie było. Pojawił się niewielki piesek – przeciwieństwo wielkiego psa o długiej sierści – amstafka Berta.


W międzyczasie poszłam do szkoły. Nie była to zwykła szkoła, bo jako młodzi adepci nauki staliśmy się królikami doświadczalnymi, a na podstawie naszych lekcji pisane były prace doktorskie, habilitacyjne itd. A zaczęło się tak: pewna przemiła Pani Dorotka (zawsze była dla nas panią Dorotką) postanowiła stworzyć idealną szkołę dla swojego syna, a że była pedagogiem, to napisała specjalny program, który został zaakceptowany przez ministerstwo. Oprócz wielu fantastycznych rzeczy, jednym z elementów programu były obozy. Od razu na początku pierwszej klasy szkoły podstawowej pojechaliśmy na obóz (dziś mówi się o tym zazwyczaj zielona szkoła) do Godek pod Olsztynem, w których to w otoczeniu pól i łąk do dziś istnieje piękne gospodarstwo edukacyjne. Właśnie w Godkach pierwszy raz wraz z całą klasą sialiśmy zborze, potem zbieraliśmy plony, mieliliśmy mąkę na żarnach, budowaliśmy piec chlebowy, a potem z naszej mąki piekliśmy chleb. Chodziliśmy po bagnach, podglądaliśmy bobry, bawiliśmy się w średniowiecze, próbowaliśmy swoich sił w kowalstwie i garncarstwie, doiliśmy krowy, jeździliśmy konno, odkrywaliśmy, że "krowi placek" wcale nie jest obrzydliwy i można brać go w ręce, ach czego my tam nie robiliśmy! Naszym cudownym przewodnikiem po świecie, natury, przyrody, rzemiosła był Pan Krzyś Łepkowski. Wtedy już wiedziałam, że jak będę duża to będę artystką (nie byłam jeszcze pewna czy malarką, czy śpiewaczką, czy tancerką, czy aktorką) i będę mieszkać na wsi. Potem powstała wersja, że będę mieć krowę i chodzić z nią na smyczy po mleko do sklepu – od taki dziecięcy wymysł. Kiedy zaczęłam samodzielnie jeździć na kolonie nie ma się co dziwić, że mając do wyboru morze, góry, czy nawet Hiszpanię wybrałam właśnie Godki, które tak dobrze już znałam.

Zdjęcia z Godek: Z dzikiem Tanturem, który grał z nami w piłkę (jestem pierwsza po lewej), kopiemy ziemię pod nasze pole, na którym potem zasiejemy zboże - ocieram pot z czoła :), mój stragan zielarski na jarmarku średniowiecznym i mój tata przebrany za mnicha.

Sielanka "podstawówkowa" się skończyła. Byłam już bardzo samodzielna i w wakacje wyjeżdżałam nawet na 3 obozy po kolei, czasem przepakowując tylko torby. Poznałam wtedy jeszcze bardziej magię poezji śpiewanej, która towarzyszy mi do dziś. Jeździłam namiętnie konno i sporą część wakacji spędzałam też w stajni, gdzie spałam na sianie, rano doiłam kozy, a potem wraz z towarzystwem pławiłam konie w pobliskim jeziorze. Mimo młodego wieku świetnie radziłam sobie też z trudniejszymi końmi, dlatego pozwalano mi na trochę więcej niż innym dzieciakom w moim wieku, z czego byłam bardzo dumna. Sprzątanie boksów, pojenie i cała praca, którą trzeba było wykonywać przy zwierzętach, nie była mi obca, a wręcz ją lubiłam. Nie raz uczestniczyłam też w pokazach dla gości, którzy przyjeżdżali na zabawę bryczkami, a w warmińskim domu pod Olsztynem, przy którym nadal istnieje stadnina koni czułam się jak u siebie.
Rodzice sprzedali i domek na Sasku i dom w Olsztynie i zamieszkali w Siemianach nad Jeziorakiem – w miejscowości turystycznej i choć nad samym jeziorem, to w małowiejskim miejscu, ale za to w cudownych okolicach, bardzo bogatych przyrodniczo. Ja ze względu na szkołę i liceum plastyczne, które zaczęłam zostałam w Olsztynie.
Byłam już prawie dorosła i wciąż wspominałam moje "wiejskie czasy", które tyle mnie nauczyły. Myślę, że dzięki temu jako nastolatka potrafiłam poradzić sobie w każdej sytuacji i nie straszny był mi deszcz, czy mycie się w rzece na obozie harcerskim, z którego większość moich koleżanek uciekła ze względu na trudne warunki. Idąc na studia artystyczne wciąż z tyłu głowy miałam życie na wsi, sądziłam jednak, że jest to pomysł na daleką przyszłość, do póki na drugim roku studiów nie poznałam mojego aktualnego męża. Potem już większość z Was wie. Szybko zamieszkaliśmy razem i szybko zdecydowaliśmy się na sprzedaż mieszkania w Olszynie. Decyzja została podjęta w grudniu, w styczniu znaleźliśmy Wonne Wzgórze, a w lutym kupca na mieszkanie. W maju zamieszkaliśmy w naszym wiejskim domku, a ja miałam już nazbieranych tyle starych mebli (które uwielbiam od dzieciństwa), kamionkowych garnków i obrazów, że kto nie wszedł do naszej chatki mówił, że wygląda jakbyśmy mieszkali w niej już wiele lat. Miałam stare szafy ze strychów, wielką skrzynię posagową, którą dostałam na dzień dziecka jak byłam mała (o takiej właśnie marzyłam!), a nawet kilka starych lamp. Potem pojawiły się psy, kotka Wiedźma już z nami przyjechała, a my wzięliśmy ślub. Może zabrzmi to trochę naiwnie, ale wreszcie znalazłam dom z moich dziecinnych wspomnień, który w pewnym monecie gdzieś zniknął z mojego horyzontu.


Napisane z potrzeby serca. Pozdrawiam wszystkich, którzy przebrnęli!

piątek, 26 czerwca 2015

Pierwszy wyjazd z dwoma pieskami i trochę duchowo artystycznych wrażeń.

Po ciężkim tygodniu nadszedł czas odpoczynku, błogiego relaksu bez grama pracy, nawet tej przyjemnej – domowo-ogrodowej. Zazwyczaj taki czas wiąże się z naszym wyjazdem do moich rodziców do Siemian nad Jeziorakiem. Do miejsca turystycznego, ale otoczonego nieskazitelnymi lasami, rezerwatami przyrody pełnymi małych, czystych jak łza jeziorek o uroczych nazwach jak Jasne, Kociołek, Czarne, Czerwica. Parkun, Urowiec... Tym razem wyjazdu jednak trochę się baliśmy, bo miała być to nasza pierwsza podróż nie tylko z Aniołem, ale i z Wiosną. Anioł kiedy musiał zostać sam w pokoju podczas wyjazdów potrafił zjadać meble i ubrania. Obawialiśmy się, że dwa psy będą podwójnym złem. Jednak nic z tych rzeczy. Pieski najwyraźniej zajmowały się sobą, więc nawet podczas tych krótkich chwil spędzonych w zamknięciu nic w domu nie zjadły, oprócz zawartości swoich misek. W sumie nic dziwnego, bo były chyba po prostu zmęczone, spędzając więcej czasu w lesie niż w pomieszczeniach. Pierwszego dnia pobytu wymyśliliśmy sobie długi spacer (wyszło nam pięć godzin) po lesie. Od historycznej Alei w Solnikach (pisałam o tym miejscu jakoś w kwietniu chyba), Obok Czerwicy, przez las do Białego chłopa i dalej do Jeziora Jasnego i Kociołka. Warta uwagi jest tu historia Białego chłopa – tajemniczej drewnianej rzeźny stojącej przy skrzyżowaniu siedmiu dróg. Dzisiaj są to drogi leśne, ale w XIX wieku te leśne drogi były ważnymi traktami komunikacyjnymi. Podobno na tym właśnie skrzyżowaniu grasował zbój, który pewnego dnia stał się dobry – wybielił się. Na pamiątkę tego zdarzenia ktoś postawił tam figurę chłopa z czarną twarzą (na znak, że był zły), ale w białej szacie. Niektórzy twierdzą, że to miejsce magiczne, że na skrzyżowaniu dróg panuje jakaś dziwna energia. Ja też w to wierzę, tak jak w całą magię lasu – lasu, który jest dla mnie jak najważniejsza świątynia. Co jakiś czas siadaliśmy na polanie, żeby się napić, coś zjeść, ale przede wszystkim chłonąć zapach ziół, leśnego runa, kory drzew. Przytulaliśmy się też do ulubionych drzew Pana Właściciela Domu – buków. Zachwycaliśmy się ich gładką, szarą korą i naprawdę czuliśmy ich energię. Ostatnio będąc na wykładzie o bioetyce – temacie bardzo mnie interesującym, a potem czytając również ciekawą publikację dowiedziałam się, że naukowcy i filozofowie wreszcie uznali, że zwierzęta są zdolne do empatii, że mają swoje uczucia i wrażliwość. Dla mnie nie musieli tego uznawać, od zawsze to wiedziałam i czułam to całą sobą, a przede mną wiedzieli i czuli to inni ludzie. Podobnie jest z drzewami. Oprócz tego, że dają nam tlen, o czym wiemy od dawna, to czuję całą sobą, że przekazują nam też dobrą energię. Może to kwestia cudownego zapachu, chłodu kory latem, a ciepła zimą, może uspokajającego szumu liści, a może po prostu mocy, o której naukowcy jeszcze się nie przekonali, tak jak 100 lat temu nie byli przekonani o zwierzęcej empatii. Wiem dobrze, że oprócz mnie są też inni ludzie, którzy tę energię drzew czują. Spacer po lesie traktuję jak przeżycie duchowe, jak kontakt z czymś wyższym i lepszym. Jak oczyszczenie. Strzeliste kolumny drzew, cisza, prześwitujące przez liście promienie słońca, a gdzieś w środku tafla wody. Nie można naruszać tego spokoju, trzeba zachowywać się tak jak przy modlitwie.
Mimo to spokój nieco naruszyłam. Jest w sercu lasu takie jedno jezioro, jedno z wielu, ale wyjątkowe. Jezioro Jasne. Odczyn wody ma kwaśny, jest bardzo ubogie w roślinność, tylko trochę trzcin na brzegach. W jeziorze żyją jedynie okonie karłowate, które polują na siebie nawzajem. Jest taka legenda, mówiąca o zatopionym klasztorze, którego dzwony biją z dna o dwunastej w nocy. W jeziorze nie można się kąpać, mimo czystości jego wód. Czasem zezwala się na to tylko nurkom badającym niezwykłe dno Jasnego. Ludzie czasem łamią zakaz, a ja mimo, że od wielu lat jestem związana z tymi okolicami nigdy nie zamoczyłam w nim nawet stóp. Następnego dnia po naszym pięciogodzinnym spacerze pojechaliśmy nad Jasne z samego rana. Las był spokojny jak nigdy. Wydawał się pusty. Doszliśmy do turkusowej tafli, a ona niemal mnie wciągnęła. Tak bardzo ten jeden raz chciałam złamać zakaz. Kostium kąpielowy wydał mi się niepotrzebny. Powoli wchodziłam do wody. Dzień wcześniej kąpałam się w Kociołku i woda była dużo cieplejsza. Tym razem czułam dziwny, przeszywający chłód. Nagle obok nas przebiegł jakiś biegacz, chwile później pojawili się rowerzyści, zwracając uwagę, że nie powinnam się kąpać. "Rusałek to nie dotyczy" – stanął w mojej obronie mąż, a ja i tak czułam że zrobiłam źle. Mimo to kąpiel w tym wyjątkowym jeziorze była niepowtarzalnym przeżyciem. Może to autosugestia, ale nie pamiętam, żebym miała tak gładką skórę. Pewnie pływałam tam pierwszy i ostatni raz, mimo to było wyjątkowo, a zapach i chłód wody na długi czas zostaną w mojej pamięci.


Powroty z Siemian zawsze są ciężkie. Zostaliśmy więc do poniedziałku.
We wtorek czas na coroczną Noc Sobótkową we Frączkach, tuż obok nas. O ile weekend mieliśmy względnie ładny, to od poniedziałku Warmię i Mazury nawiedziły burze i ulewne deszcze. We wtorek też się chmurzyło, a tuż przed imprezą nad okolicą zawisły czarne chmury. Przedstawienie miało się zacząć o 20.00 i właśnie punkt 20.00 zaczął lać deszcz. Mimo to nad stawem pojawiła się grupa muzyków w białych strojach i wiankach na głowie i mimo deszczu jak co roku dali piękne przedstawienie. Wiatr przegnał chmury i po chwili tuż nad ich głowami pojawiła się tęcza. Potem jak zwykle pochodem przeszliśmy na plac pod wiejską świetlicą, gdzie zaczęła się zabawa. Tańce, śpiewy i pyszny poczęstunek przygotowany przez mieszkańców Frączek. Wróciliśmy późnym wieczorem, zmarznięci, ale uśmiechnięci, żeby wypocząć bo następny wieczór także obfitować miał w wrażenia.



We środę zaplanowany mieliśmy koncert z okazji Ogólnopolskich Spotkań Zamkowych "Śpiewajmy Poezję" w Olsztynie, a dokładnie jubileusz trzydziestolecia przyjaciół z Czerwonego Tulipana. Koncert zaczynał się o 21.00 i znów to zbierało się na deszcz, to wychodziło słońce. Na szczęście przezorny zawsze ubezpieczony, a ponieważ wychowałam się na koncertach na olsztyńskim zamku, to wiedziałam, że należy zabrać parasol i koc. Mieliśmy niezłą powtórkę z rozrywki, bo podobnie jak dzień wcześniej i tym razem deszcz lunął dokładnie w momencie rozpoczęcia koncertu. Ludzie powyciągali parasole, niektórzy pouciekali, ale większość siedziała twardo. Koncert prowadził Artur Andrus, a oprócz Tulipana występowali także przyjaciele zespołu, a niektórzy z nich i nam trochę znani m.in. Marek Majewski, Wojtek Gęsicki, Czyści jak Łza, czy Waldemar Śmiałkowski. Piękny to był koncert, ale niestety chłód i wilgoć dały nam się we znaki. Bratowa i brat nie wzięli parasoli, brat siedział więc obok mamy z parasolem pożyczonym od rodziców, a my chowaliśmy się z bratową pod jednym dużym parasolem, który trzymał mój mąż dżentelmen. Parasol owszem duży, ale wystarczający na dwie osoby. Wielkie krople spadały mi na ramię i biodro, tak że po powrocie do domu mogłam wyciskać ubrania zamoczone równo w połowie. Mimo to muzyka dostarczyła nam wiele wzruszeń i nawet mój mąż i brat, którzy na co dzień słuchają sporo bardzo ciężkich dźwięków byli koncertem zachwyceni.


Jutro znów wyjeżdżamy do Siemian tym razem nad Jeziorakiem zagra Marek Majewski i Wojtek Gęsicki. Życzcie nam trochę lepszej pogody!
Pozdrawiam ciepło!

wtorek, 16 czerwca 2015

Urlop Skrzata i nogi sarny każda z osobna.

Skrzata nie było tydzień. Zazwyczaj nawet jak nie ma go tak długo, to pojawia się w niedzielę wieczorem jakby nigdy nic. Tym razem się nie pojawił. Pewnie zaczęłabym się martwić gdyby nie...
Przyjechała moja mama i obu mamom zachciało się szampana. Jedziemy po tego szampana, nagle krzyczę do Pana Właściciela Domu:
-Patrz, to Skrzat! Zatrzymaj się! - Natychmiast wysiadłam z samochodu i pobiegłam za biało-czarnym stworem, który wybiegał z podwórka Pani R. - Skrzacie, Skrzacie! - wołałam. Kocur zatrzymał się i natychmiast walnął się na plecy w rozgrzanym piasku polnej drogi miaucząc jednocześnie na powitanie. Pogłaskałam stwora i wróciłam do samochodu, w którym był mąż i psy. - Jedź sam, a ja pójdę ze Skrzatem do domu – postanowiłam. Wróciłam do kota. Nagle przed oczami tylko śmignął mi kasztanowy jamnik, a za nim nasz (albo wspólny z kimś jeszcze) kot. Chyba Skrzat nie lubi jamników. Potem podbiegł do mnie zadowolony i gotowy żeby iść do domu. Szedł dzielnie parę kroków za mną, a kiedy go wołałam podbiegał radośnie. Było ciepłe popołudnie kilku mieszkańców wsi grilowało i spędzało czas na powietrzu przyglądając się ciekawie dziewczynie, która idzie wiejską drogą i głośno woła "Skrzacie, Skrzaciku, no chodź idziemy!", a za nią gruby kot podbiega co chwilę i łasi się o nogi. Nagle jednak Skrzat się zmęczył i znów położył w piachu. Tak się w nim wytarzał, że zarówno czarne części futerka, jak i te białe stały się piaskowo szare. Tylko sam czubek pyszczka świecił z daleka czystą bielą. - No chodź, proszę. -Wróciłam do kota i zaczęłam go głaskać. Był zadowolony i przewracał się z boku na bok wystawiając kolejne części kociego ciałka do głasków. Potem wstał i poszedł w drugą stronę. Na nic moje wołanie. Po prostu postanowił zostać we wsi i już. Minęłam zabudowania, długą prostą i już miałam zamiar wspinać się pod górę na Wonne Wzgórze, kiedy nadjechał mąż z informacją, że widział Skrzata na podwórku u Pani R. Znów wróciła do mnie myśl, że Skrzat stołuje się w kilku domach. No cóż, na pewno tylko u nas ma leki na odrobaczenie, kropelki na kleszcze, przebieranie sierści z kleszczy, jazdy do weterynarza kiedy coś się dzieje i taki tam. Po kilku dniach zrozumiał i wrócił. Kiedy wróciliśmy z pracy, jakby nigdy nic leżał w swoim pudełku obok misek i od tej pory znów jest codziennie. Śmiejemy się, że do nas przychodzi na urlop, kiedy ma już dosyć walki z innymi kotami o teren i dosyć łapania myszy. U nas przekłada się tylko z pudła z poduszkami na ławeczkę, albo na chłodną podłogę ganku (jak jest za gorąco), a my donosimy mu kolejne smaczki – saszetkę, pulpecika z mielonego mięsa, mleczko, jogurcik, śmietankę, ugotowaną wątróbkę wybraną z psiego jedzenia i takie tam. Wygląda na zadowolonego. Kleszczy ma znacznie mniej. Strupy po setkach kleszczy, które jeszcze niedawno mu wyjmowałam zaczęły się goić, a w ich miejsce znów zaczęło pojawiać się lśniące futerko. Nie jest już też aż tak gruby. Leki na odrobaczenie zrobiły swoje.
Psy też ostatnio dają się we znaki. Od kilku dni musimy ich bardzo pilnować, bo wybierają się na samotne przechadzki. Zaczęło się pewnego dnia rano, kiedy spieszyliśmy się do pracy. Wyszłam z psami na spacer, nie zdążyłam jednak nawet na ten spacer pójść, bo psy ulotniły się gdzieś na łące. Nie było ich bardzo długo. Pojechaliśmy do lasu na poszukiwania. Nie wiele mogliśmy zrobić. Jeździliśmy wzdłuż leśnej drogi nawołując nasze zwierzaki. Mieliśmy już łzy w oczach, a ja miała wizję robienia plakatów i jeżdżenia po wioskach. Wróciliśmy zrezygnowani do domu, a tu nasze psy. Zziajane, zmęczone i... ze śmierdzącym gnatem (noga sarny), który był chyba bardzo pyszny. Było już bardzo późno, wyrzuciliśmy więc gnata w krzaki, nakarmiliśmy stwory lepszym jedzeniem i pojechaliśmy spóźnieni do Olsztyna. To był jednak dopiero początek. Następnego dnia (sobota) pracowaliśmy w ogródku, ja pieliłam, a Pan Właściciel Domu budował nowy kompost. Zniknęły psy. Wiosna ma w zwyczaju chodzić do stawu (tuż na granicy naszej działki) i za chwilę wróciła cała mokra, ale Anioła nadal nie było. Wrócił. Oczywiście, że wrócił, ale tym razem z kolejną nogą. Był tak zmęczony, że nawet za bardzo nie miał ochoty uciekać. Nogę chwyciła Wiosna. Psy trzymając za dwa końce całkiem pokaźnej sarniej nogi zaczęły szarpać się i przekomarzać, po czym Wiosna zabrała zdobycz Aniołowi i poszła pożreć kość z kopytkiem w krzakach. Anioł nie przejął się tą stratą, ale Wiosna nie dała sobie zabrać skarbu. Następnego dnia psy znów zginęły i znów wróciły ze zdobyczą. Trzecią nogą, tym razem od nogi ciągnęły się długie pasy czegoś, a dalej jelito i żołądek. O zapachu zwłok nie będę wspominać. Szybko złapałam Wiosnę, a Pan Właściciel Domu zabrał truchło Aniołowi i zakopał za stodołą. Nie trzeba było długo czekać, bo raptem do następnego dnia. Anioł wykopał sobie nóżkę. Na szczęście znów udało się cacko zabrać. Skoro jednak zabraliśmy mu, to przyniósł sobie następną, prawdopodobnie była to ta wyrzucona przez nas przed kilkoma dniami. Tym razem jemu nie udało się zabrać smakołyku, pożarł w tych samych krzakach, w których Wiosna konsumowała jedną z sarnich kończyn dwa dni wcześniej. Były więc trzy nogi, (chociaż niektóre po dwa razy) a jak wiadomo sarna (nawet ta, która sobie zdechła) ma cztery, jeśli więc nie porwały jej lisy czy wilki, możemy liczyć, ze psy przyniosą jeszcze tę czwartą nogę w dniach najbliższych, żeby było do kompletu.


Takie to perypetie na Wonnym Wzgórzu, a oprócz tego to mało czasu. Dużo pracy, ale i dużo ciekawych wydarzeń. Miałam ostatnio okazję brać udział w wystawie "Ja-zwierzę", mówiącej o stosunku człowieka do zwierząt, a także o przenikaniu się światów zwierzęcego i ludzkiego. Bardzo się cieszę, że moja instalacja "Stos" mogła znaleźć się wśród tylu pięknych i pełnych wrażliwości prac, w tak zacnym miejscu jak barczewska Synagoga.



No i dzisiaj też wydarzenie. Tym razem indywidualna moja wystawa w Awangardzie bis w Olsztynie (gdyby ktoś był w pobliżu, to zapraszam, bo prace wisieć będą całe lato). Wystawę organizuje prof. Janusz Połom, z którym miałam zajęcia na studiach i z którym miałam ostatnio okazję współpracować przy jego wystawię w galerii, w której pracuję na co dzień. We czwartek wernisaż w pracy, więc znów powrót do domu wieczorem.
Za tydzień za to Noc Sobótkowa we Frączkach, na której będziemy już czwarty raz, a dzień później 30 lecie Czerwonego Tulipana, na którego muzyce się wychowywałam (o czym wspominałam już na łamach bloga wielokrotnie). Dużo się dzieje i ciągle trzeba wracać wieczorami do domu. Prawie nie ma czasu zajmować się ogrodem, a wszystko tak cudnie kwitnie...



Pozdrawiam ciepło!


PS. Zdjęcie z dwoma bocianami, czyż nie wyszło poetycko?