wtorek, 18 sierpnia 2015

urlopowo

Ostatnio coś długie mi przerwy wychodzą od internetowania, a co za tym idzie od bloga. To chyba dlatego,że ja po prostu nie jestem miłośniczkom komputerów. Mimo to do świata blogowego jakoś mnie ciągnie, więc jak już zasiądę do pisania to posty wychodzą bardzo długie.
Ostatnia moja długa nieobecność spowodowana była urlopem. Nie był to szalony czas wyjazdów i zabaw, a raczej czas umiarkowanego lenistwa, nadrabiania zaległości w czytelnictwie, wylegiwania się na leżaku, kocyku, łóżku, nad wodą, na łące, w lesie i w domu. Oczywiście trochę też pojeździliśmy, nie mogliśmy przecież nie pojechać do rodziców do Siemian z okazji naszej trzeciej już rocznicy ślubu, czy trochę pokręcić się po naszej pięknej okolicy bliższej i dalszej. Podczas pobytu w Siemianach tradycyjnie popływaliśmy kajakiem, wokół wysp na Jezioraku, pokąpaliśmy się w małych jeziorkach leśnych i powędrowaliśmy z psami po rezerwatach i całym obszarze Natura 2000, który obejmuje najbliższe lasy wokół wsi moich rodziców. Spotkaliśmy wiele znanych twarzy pośpiewaliśmy przy ogniskach i stołach.


Z okazji rocznicy ślubu postanowiliśmy przygotować kolację i zaprosić na nią rodziców. Chcieliśmy coś wyjątkowego pojechaliśmy więc do najbliższego miasta, a raczej miasteczka – Zalewa. Nie udało nam się jednak kupić nic tak wyjątkowego jakbyśmy chcieli, a palący upał pomógł nam podjąć szybką decyzję, że nie jedziemy do Iławy, gdzie pewnie wybór byłby większy. W menu były więc ciabatty z bakłażanem, pomidorami, bazylią i swojskim serem, półmisek wędlin (pan Właściciel Domu uparł się na ten półmisek) i w roli głównej makaron tagliatelle w sosie winno-śmietanowym z owocami morza. Usiedliśmy w tak zwanym "Domku nad Jeziorem" – małej altance, którą zbudował tata, a która niemal wcina się w taflę wody. Wieczorem przenieśliśmy się do domu i uwaga, uwaga! Mąż zrobił mi niespodziankę! Zawsze narzekałam, że nigdy nie miałam niespodzianek. Jako dziecko mama pytała co chcę od Mikołaja i zawsze to właśnie dostawałam, jako starsze dziecko szłam z rodzicami do sklepu i wybierałam sobie prezent na święta, czy urodziny, bo mama bała się że sama mi nie podpasuje, a byłam wybredna. Do tej pory prezenty od męża też sama sobie wybierałam, nawet pierścionek zaręczynowy kupiliśmy razem. Zawsze marzyłam o zaskoczeniu, a tu w trzecią rocznicę ślubu, o 12.00 w nocy mąż wyjmuje ukryte skrzętnie pudełeczko z piękną bransoletką z naturalnych kamieni.



Niestety za bardzo przyzwyczailiśmy się do ciszy na Wonnym Wzgórzu i w sezonie urlopowym w Siemianach przeszkadzał nam każdy dźwięk - przejeżdżający samochód, rozkładanie żagli na jeziorze, krzyki dzieci od rana, niezniszczalni śpiewacy ogniskowi, którzy potrafili grać i śpiewać 24 godziny na dobę, a już po kilku godzinach i kilkunastu piwach jakość gry znacznie malała, czy wreszcie rozładunek towaru w sklepie. Taki specyficzny szum, gwar miejscowości turystycznej. Skróciliśmy troszkę pobyt żeby wrócić do naszej sielskiej ciszy, "gdzie świerszcze liryczną zgrają z nocnych przygód się żabą zwierzają" - tak mi jakoś ten cytat pasował, bo chciałam napisać, że u nas słychać tylko żaby, świerszcze i ptaki, a te dźwięki zupełnie mi nie przeszkadzają.
W domu mieliśmy ambitne plany żeby pracować w ogrodzie i dużo zdziałać podczas tych wolnych dni. Niestety upał nie wypuszczał nas z domu. Można było spędzać czas albo w murach, w których było nieco chłodniej, albo nad jeziorem. Dlatego też te gorące dni spędzałam relaksując się przy książce, a na tapetę poszły kryminały.


Postanowiliśmy też zrobić sobie wycieczkę. Naszym celem stała się Orneta, Pieniężno, Krosno i przede wszystkim Rezerwat Dolina Wałszy, gdzie zamierzaliśmy pojechać najpierw. Oczywiście pobłądziliśmy, bo na mapie wyglądało jakby do rezerwatu wjeżdżało się przed Pieniężnem. W Pieniężnie też nie wiedzieliśmy jak jechać, bo oznaczenia były marne, a mieszkańcy nie potrafili nam wytłumaczyć. Wreszcie trafiliśmy na miłego Pana, który powiedział nam jak pojechać.


Zatrzymaliśmy się pod klasztorem, w którym także mieści się muzeum. Rozległa mapka na parkingu pokazywała rezerwat, ale oprócz informacji, że mamy do niego 300 metrów nie mówiła nic. Na drzewach oznaczony był szlak spacerowy, ale jedna strzałka prowadziła w prawo, druga w lewo. Nie było kogo zapytać, a żeby wejść do muzeum klasztornego trzeba było dzwonić dzwonkiem. Muzeum postanowiliśmy zostawić sobie na inny raz, więc nie chcieliśmy niepokoić mieszkańców klasztoru tylko po to, żeby pytać o drogę. Poszliśmy tak na oko. Wreszcie trafiliśmy na tabliczkę z napisem "REZERWAT PRZYRODY PRAWEM CHRONIONY", a po chwili naszym oczom ukazał się leśny parking i ścieżka dydaktyczna "Czarci jar", czyli coś co uwielbiam. Buzia natychmiast zaczęła mi się uśmiechać, bo kocham spacerować po pięknym, wyjątkowym lesie, a w rezerwatach lasy zazwyczaj są wyjątkowe.


Ten właśnie taki był. Zresztą nie na darmo jest to jeden z najstarszych rezerwatów w Europie utworzony już w 1907 roku. Kiedyś podobno przyjeżdżali tu turyście z całych Prus Wschodnich od Berlina po Królewiec, w lesie ukryta była muszla koncertowa, kort tenisowy i cała infrastruktura. Wszystko się rozpadło, zginęło i wszystko pochłonął las. Mimo to przez część lasu prowadzi stara, wybrukowana ścieżka (czytałam na stronie rezerwatu, że leśnicy starają się część kompleksu przystosować do potrzeb niepełnosprawnych) i dało się zauważyć starodrzew, charakterystyczny dla założeń parkowych. Powyginane dęby, lipy i strzeliste sosny dumnie stały wśród znacznie młodszych drzew. Po chwili ścieżka z kamienia zakręcała, a mnie nogi poniosły prosto do drewnianej kładki przecinającej strumyk i wyraźnie podmokły teren. Prawdopodobnie w bardziej mokrych porach roku stoi tu woda. Kładki na terenie rezerwatu pokryte były antypoślizgową kratką, widocznie więc okresowo woda musi się przez nie przelewać. Tym razem można było spokojnie przejść suchą stopą, w lesie panował lekki chłód, a przez gęstwinę liści przebijały tylko lekko tańczące plamki słońca. Wreszcie doszliśmy do rzeki Wałszy. Najpierw usłyszeliśmy jej szum, a już po chwili zobaczyliśmy rzeczkę – niczym górski strumień przecinającą stromy wąwóz.


Rzeka to płynęła ostrym nurtem, to łagodniała meandrując między drzewami. Wreszcie zaczęły się wzgórza i strome podejścia. Schody z korzeni drzew ułatwiały wejście pod górę do licznych punktów widokowych, które odsłaniały pejzaż doliny Wałszy – drzewa na stromych zboczach wąwozu, kamieniste brzegi i wąskie dróżki wzdłuż brzegu porośnięte paprociami. Wreszcie weszliśmy w piękny leszczynowy las. Dojrzewające orzechy wisiały na naprawdę imponującej wielkości leszczynach, a my wciąż wspinaliśmy się do góry. Kusiło nas żeby wrócić i pójść dalej kamienną ścieżką, ale ja zawsze lubię wiedzieć, dokąd prowadzi każda z dróg, a że w rezerwacie oprócz tablic dydaktycznych nie było żadnych oznaczeń musiałam iść dalej.


Tak naprawdę szukałam kapliczki, która podobno miała być w lesie przy cudownym źródle. Legenda głosi, że podczas zawieruch wojennych mieszkańcy Pieniężna uciekali z miasta, część z nich ranna i chora nie mogła iść dalej i została właśnie w miejscu dzisiejszej kapliczki. Jedząc leśne rośliny i pijąc wodę ze źródełka w bardzo szybkim tempie doszli do siebie i udało się im przeżyć, swoje ozdrowienie przypisali cudownej wodzie ze źródła. W roku 1826 wybudowano tam kapliczkę. Wreszcie zeszliśmy gwałtownie w dół do końca drogi nad brzeg rzeki i zobaczyliśmy ruiny mostu, a po drugiej stronie kapliczkę. Woda była dość płytka i od biedy można by było przejść na drugą stronę, ale dno pokryte było śliskimi kamieniami, a drugi brzeg nieprzyjazną roślinnością. Jak się potem dowiedzieliśmy od pracownika leśnego (jedynej żywej duszy jaką spotkaliśmy na terenie, a właściwie przed wejściem do rezerwatu) bobry zbudowały tamę, która puściła i nawał wody zerwał most. Podjęłam szybką decyzję o szukaniu innej drogi do kapliczki i ruszyłam niemal pędem z powrotem pod stromą górkę. Mąż do tej pory nabija się z tego jak biegałam po rezerwacie, udaje moją rozanieloną minę, postawę pełną podskoków i piskliwym głosem mówi "zobacz kładka, spójrz mostek! Jakie piękne drzewo! O kolejna tablica dydaktyczna!". Śmieje się też, że wystarczy zamknąć mnie w rezerwacie, żebym sobie trochę pobiegała i poskakała, a już mam dobry humor na dłużej. Nic na to nie poradzę, że w trakcie kontaktów z tak cudowną przyrodą odczuwam euforię i nie staram się jej ukrywać. Biegłam więc dalej w poszukiwaniu innej drogi. Wpadłam znów na kamienną ścieżkę i trafiłam do nowego mostu. Po drugiej stronie rzeki znaleźliśmy się jakby w zaczarowanym, leśnym ogrodzie.


Tym razem szliśmy nisko, wzdłuż wody. W spokojniejszych meandrach rzeki i zatamowanych przez bobry oczkach rosły lilie wodne i kosaćce, co jakiś czas prowadziły wąskie zejścia do rzeki, gdzie można było przysiąść na kamieniach i zamoczyć zakurzone stopy w chłodnym, bystrym nurcie. Potem szliśmy wąską ścieżką pokrytą dywanem mchu, a po naszych obu stronach rosły ogromne rośliny o wielkich liściach. Paprocie giganty i jakieś mało mi znane liściaste olbrzymy, a w następnym piętrze znów leszczyny. Poczułam się jak w jakimś lesie równikowym, albo w jakbym przeniosła się w czasy dinozaurów, zwierzęta jednak były stanowczo z naszej szerokości geograficznej i jak najbardziej współczesne. To sarna przebiegła nam drogę, to wiewiórka dała nam się podejrzeć zrzucając pod nasze nogi szyszkę, nie mówiąc już o setkach ptaków. Wciąż, chociaż teraz gdzieś w oddali słychać było szum wody. Ciągle byłam przekonana, że kapliczka będzie tuż za rogiem, ale niestety czas uciekał i musieliśmy wracać. Przyjedziemy tu znów na jesień, kiedy las będzie złoty i wtedy dojdziemy do kapliczki, a także do wieży widokowej, która ponoć kryje się gdzieś w lesie. Ruszyliśmy do Krosna pod Ornetą gdzie znajduje się sanktuarium , które jest kopią bardziej znanej Świętej Lipki, ale dużo bardziej klimatyczne, bo stoi w szczerym polu i jest podniszczone i mało znane. Miałam okazję być tam trzy lata temu na ostatnim roku studiów z moim rokiem, chciałam jednak pojechać raz jeszcze. Znów oczywiście pobłądziliśmy, bo choć przed wjazdem do Ornety znak był, dalej już nie było oznaczeń. W końcu jednak ktoś powiedział nam jak dojechać i... okazało się, że sanktuarium możemy obejrzeć tylko z zewnątrz, bo zmarł proboszcz i brama jest zamknięta.


Wróciliśmy do Ornety w poszukiwaniu jakiejś restauracji. Miasteczko urocze, piękne kamieniczki, katedra, informacja turystyczna w gotyckim budynku w centrum miasta, w którym mieściły się też wszystkie ważne instytucje jak Urząd Miasta, a także muzeum, do którego też nie mogliśmy wejść bo zajmowało jedną dużą salę, w której akurat policjanci wygłaszali jakiś wykład. Z restauracji znaleźliśmy pizzerię, bar typu fast food i kuchnie tradycyjną. Ostatnia propozycja nas zainteresowała, ale niestety restauracja wyglądała dobrze tylko z zewnątrz. W środku typowy PRL i w karcie i w wystroju. Pojechaliśmy w stronę domu, czyli Dobrego Miasta szukając czegoś po drodze. Znów się nie udało. Gospoda w Lubominie z wierzchu nie wyglądała źle, ale kiedy weszłam do środka uerzył mnie smród papierosów i bar zastawiony butelkami po piwie. Miła starsza Pani, która gotowała zapewniała mnie że w drugiej sali nie czuć tak bardzo dymu i że właśnie odlała ziemniaki do obiadu. Gdyby nie ten dym, na który jestem bardzo wrażliwa pewnie skusiłabym się na szczawiową, ale niestety nie mogłam tam zostać. "Tak bardzo" nie wystarczyło. Co można zjeść w Dobrym Mieście? Znów lody i pizza. W końcu jakaś zapytana Pani skierowała nas do restauracji Tawerna. Naprawdę było nam już wszystko jedno. Do domu niby już bardzo blisko, ale nie chciało nam się wracać i gotować obiado-kolacji. Postanowiliśmy więc zaryzykować. Wnętrze restauracji dość nowe, nie w moim stylu, ale czyste i schludne, zupełnie nie pasujące do nazwy Tawerna. Elegancka tkanina, niczym kotara oddzielała przejście, na ścianie białe płytki imitujące cegłę i jakieś dziwne sklejkowe krzesła z lat 90', jakby z innej bajki niż reszta. Postanowiliśmy zostać. Na obiad czekaliśmy bardzo długo, spokojnie dojechalibyśmy już do domu. W końcu otrzymałam moją rybę w sosie pieczarkowo-śmietanowym. Spodziewałam się duszonego fileta, a tu smażona w głębokim tłuszczu, w grubaśnej panierce ryba, którą w sumie ciężko było znaleźć pod panierką, a sos podany obok i w ogóle nie śmietanowo-pieczarkowy, a majonezowo-koperkowy. Powiedziałam, że to nie ten sos, może bym nie dyskutowała, ale od dziecka nie jadam koperku. Kiedy przycisnęłam widelec do ryby, cały talerz zalał się tłuszczem. Za to surówki były smaczne, a ziemniaki pyszne i świeże. Pani zabrała sos i się nie odezwała na stole nie było też soli, a mąż zamówił frytki. Na sól czekał 20 minut, a w restauracji było pusto. W końcu i ja dostałam, właściwy sos, tyle że z proszku i nawet nie za dobrze rozmieszany, a obok śmietany nie leżał. Piszę o tym wszystkim ze szczegółami, bo w karcie zafrapował nas jeden napis: "Magda Gessler POLECA!". Znów przez myśl mi przeszło, że skoro odbyły się tu sławione kuchenne rewolucje, to mogli wymienić, albo zakryć czymś krzesła, nie mówiąc już o tym, że jedzenie było mniej niż przeciętne. Podeszliśmy do baru, żeby zapłacić rachunek i jak najszybciej wyjść. Trafiliśmy jednak na właściciela. Ponieważ wcześniej jęczeliśmy trochę z tą solą i sosem (który dostałam jak ryba była już zimna), to nie chcieliśmy wyjść na takich gburów, zaczęliśmy więc zagadywać pana o kuchenne rewolucje, jak się udały, jak wyglądał program. Pan dziwnie pobladł. Na moją uwagę o wypływającym tłuszczu z ryby, stwierdził, że było to jajko. O kuchennych rewolucjach powiedział nam: "A jakbyście państwo się czuli, gdyby to do państwa do domu ktoś wszedł i kazał robić wszystko tak jak on chce?", dodał też: "Tak mi pokrowce do krzeseł poprzyczepiali, że krzesła mi poniszczyli!". Czyli jednak okropne krzesła były zakryte – pomyślałam złośliwie. Nie chcieliśmy już z panem dyskutować pojechaliśmy do domu z myślą, że sprawdzimy sobie co tam Magda Gessler nawyczyniała w tym Dobrym Mieście i co się okazało? Jak już musieliśmy trafić na knajpę po kuchennych rewolucjach, to akurat trafiliśmy na rewolucję nieudaną. Właściciel nieprawnie więc używa nazwiska Magdy Gessler. Tawerna została przechrzczona na Bar Familijny, ale wróciła do poprzedniej nazwy. Podobno były też jakieś dziwne historie, ale nie oglądałam odcinka, tylko skrót. Obiecaliśmy sobie, że jakoś sobie to niedobre jedzenie odbijemy w najbliższym czasie i pójdziemy w jakieś smaczne miejsce.
Wszystko co dobre szybko się kończy, trzeba było wrócić do pracy, a powrót okazał się gwałtownym skokiem do rzeczywistości. Jakby się chciało tak pięknie żyć i pracować wśród przyrody u siebie i dla siebie...
Pozdrawiam ciepło!

piątek, 17 lipca 2015

Wonne Wzgórze – jak to się zaczęło?

O naszych początkach na Wonnym Wzgórzu pisałam już wiele razy, wiele wspomnień przewijało się też w różnych wpisach, ale myślę, że teraz po ponad czterech latach mieszkania tutaj i blogowania czas na chwilę przystanąć, spojrzeć w przeszłość. Przenieśmy się więc nie cztery lata wstecz, ale na początek znacznie dawniej.

Kiedy byłam jeszcze w brzuchu mamy odbyłam długą podróż samolotem, a ciocia z USA namawiała mamę żeby nazwać mnie Virginia na pamiątkę pobytu, na szczęście mama nie dała się przekonać, jadła za to pączki i lody w ilościach hurtowych. Potrafiła mieć łzy w oczach w piekarni, kiedy piekarz nie chciał sprzedać jej nadprogramowych pączków. Uprawiała też ogród. Kiedy mnie urodziła skończyła się miłość do słodkości i do ogrodu. A imię dostałam od ulubionej piosenki taty.


- z mamą i kuzynkami ze stanów - ja to ta z kucyczkami :)

Moje dzieciństwo, mimo że mieszkałam w mieście wcale nie było miejskim dzieciństwem, które kojarzyło się wtedy z ulicą, trzepakiem i słowami "to nasze podwórko", nigdy nie umiałam nawet fikać na trzepaku, chociaż z "nie mojego" podwórka nie raz zostałam wyrzucona. Wolałam bawić się w niedźwiedzie z wujkiem Sławkiem i budować z nim gawrę, święcie wierząc, że on naprawdę jest niedźwiedziem (nie zwracałam się do niego inaczej niż "niedźwiedziu", a on już nie mógł patrzeć na miód, bo jak tylko przyjeżdżał, to zaczynałam go karmić miodkiem, w końcu to przysmak każdego misia). Uwielbiałam też wygłupy z wujkiem Piotrem, który z nami mieszkał, a że był choreografem i tancerzem, to nie raz obserwowałam próby jego formacji tanecznych w dużym pokoju, a po cichu z koleżankami mierzyłyśmy mocno przydługie suknie tancerek, wiszące w piwnicy. Słuchałam też nocnych śpiewów i gitarowych koncertów, a moje pierwsze obrazki przedstawiały treści piosenek Czerwonego Tulipana. Mieszkaliśmy w poniemieckim domu, na spokojnej uliczce, a do dyspozycji miałam wielki ogród z agrestem, porzeczkami i drzewami owocowymi. W piwnicy stały półki z kompotami i dżemami, pamiętam jeszcze jak tam stały, ale nie pamiętam ich smaku. Jak byłam jeszcze bardzo mała i wszystko zaczęło już być w sklepach mama przestała robić domowe przetwory, do czego wróciła znów (na szczęście) kilka lat temu. Bardzo było mi żal, kiedy tata postanowił poszerzyć biznes i w części ogrodu wybudować sklep, chociaż wtedy nie do końca jeszcze ten żal rozumiałam. Patrzyłam jak koparka ścina skarpy, a z ziemi wypadają kości psa jednej z ciotek, który po śmierci został zakopany w naszym ogrodzie, gdzieś pewnie też została rozwalona moja skrzyneczka ze skarbami i listem do przyszłości, który umieściłam w skrzętnym dołku. To co zostało po starym kaskadowym ogrodzie, nie raz mocno zarośniętym i dzikim, zamieniło się w idealny trawnik, iglaki, polbrukowe ścieżki i jak odrysowane cyrklem, równiutkie oczko wodne.

Na zdjęciu jestem w ogródku przed oczkiem z dwoma młodszymi kuzynkami z USA Tosią i Magdą (ja z brzegu - najwyższa)

Podobnie zmieniła się też cała ulica. Mieszkańcy rozbudowali domy, nie hodowali już kur, konkurowali za to o najbardziej zadbany ogródek, dachy wymieniali na nowe – nowoczesne. Z naszego dawnego ogrodu został żywopłot, wciąż młoda jeszcze wierzba płacząca i rozłożysta wiśnia, dająca przepyszne owoce. Wiśnię też w końcu rodzice wycięli, a ja płakałam za nią po cichu i dopiero ostatnio się do tego przyznałam. Pytali czemu im nie powiedziałam, że mi na niej zależy. Nie powiedziałam, bo po prostu wróciłam ze szkoły i już jej nie było. Rodzice nie pamiętają już jaki był powód ścięcia drzewka.Wierzba stała się potem moim ogrodowym miejscem. Wspinałam się na nią, wciągałam koszyk z piciem, łakociami, książką i spędzałam tam czas, nie raz obserwując przechodniów, którzy szli po drodze w dół, wzdłuż żywopłotu przy którym rosła wierzba. Siedząc na tym drzewie przeczytałam "Dzieci z Bullerbyn", którym zawsze zazdrościłam takich fajnych zabaw i przygód.

Na zdjęciu już jako nastolatka pod gałązkami "mojej Wierzby".


W domu były koty i pies Nazir- wielkie bydle – hart irlandzki, z którym nie raz dumnie chodziłam na spacery po okolicy, a że był sporo większy ode mnie, to nikt nie warzył się mnie zaczepić.
Na początku lat 90, kiedy nie chodziłam jeszcze nawet do zerówki rodzice kupili dom w Szymanowie. Stare siedlisko i spory kawałek ziemi z własnym lasem i łąkami. Siedlisko było pełne tajemnic, a ja czułam się tam jak w raju. Jeździliśmy do Szymanowa na każdy weekend.



Często rodzice zabierali którąś z moich koleżanek, czy kolegę, albo zapraszali swoich przyjaciół z dziećmi, no i był też z nami wujek Piotr, który uwielbiał wymyślać dziecięce zabawy i sam też świetnie się w nich odnajdywał. Bawiliśmy się w chowanego w starej stodole, a wujek pokazywał mi najlepsze kryjówki, budowaliśmy stracha na wróble, opowiadaliśmy sobie "straszne historie", paliliśmy ogniska, zbieraliśmy grzyby, pływaliśmy w jeziorze, czy zjeżdżaliśmy na sankach, wraz z wujkiem uczyłam się też jeździć konno w dziś znanym Ranczu Frontera.

Na zdjęciach ja z duzym grzybem przy kominku w domu w Szymanowie, potem z psem Nazirem - moim opiekunem i na końcu czyszczę konia - Saskę w ranczu Frontiera z wujkiem Piotrem.

Obok były ruiny, w których straszyło. Był też "Las Czarownic"- bagnisty las składający się z małych źródełek i wielkich starych drzew z odkrytymi korzeniami. Opodal stał opuszczony dom, z którego ktoś kiedyś wyszedł i nie wrócił i jeszcze rozlewisko w z meandrami w środku lasu. Rodzice puszczali mnie samą na długie (jak mi się wtedy wydawało) spacery, jeśli tylko pies szedł ze mną. "Nazir pilnuj Natalii mówili" – kiedy byłam za daleko domu pies pchał mnie nosem, albo łapał za brzeg sukienki i prowadził z powrotem do siedliska. Kolejnym tematem moich obrazków był właśnie "Domek w Szymanowie" i jego okolice.

Na pierwszym zdjęciu widoczek z Szymanowa i mała ja, a na drugim efekt programu artystycznego wymyślonego przez moich rodziców z okazji 18 urodzin młodej znajomej. Wszyscy się włączyli - był tort z błota, tańce, wiersze, pieśni na gitarze i najmłodsi - mój kolega Rafał i ja przebrani za cyganów, śpiewaliśmy "My cyganie".

Mimo, że często wyjeżdżałam z rodzicami – namiętnie chodziliśmy po polskich i słowackich górach, zwiedzaliśmy dokładnie Warmię i Mazury, a także różne ciekawe miasta w Polsce, jeździliśmy też na wakacje za granicę i na spływy kajakowe, to czas spędzony w Szymanowie, wszystkie przygody, zwierzęta (pierwszy raz widziałam dziko łosia), zabawy z wujkiem wspominam jak prawdziwe dzieciństwo na wsi. Z podróży z rodzicami też najbardziej zapamiętałam właśnie te, podczas których byliśmy blisko natury. Chociaż do dziś kocham zabytki, to moment, kiedy jako sześcioletnia dziewczynka pierwszy raz płynęłam z tatą kajakiem i czułam się jakbym latała wspominam najlepiej. Potem te wszystkie grążele, nenufary, czaple w trzcinach i starsza pani z chustką na głowie sprzedająca jagodzianki w środku dziczy na skleconej z kilku patyków kładce.

- Z kuzynkami na spływie i z tatą na kajaku.

Zawsze jednak było Szymanowo, do którego można było wrócić. Niestety wszystko kiedyś się kończy. Dom w Szymanowie stał w oddaleniu i był ciągle okradany. Jadąc do wsi do sklepu widzieliśmy nasze zasłonki w jednym z okien, gdzieś u gospodarza kiedyś zobaczyliśmy nasz dywan (charakterystyczny z wypaloną dziurą), nie wiemy co się stało z płytkami z łazienki, zlewem, wanną - złodzieje wyrwali wszystko i tak było ciągle. Dom trzeba było sprzedać. Kupił go wujek Piotr! Wujek stworzył w siedlisku prawdziwą oazę sielskości i wiejskości, o czym pisałam jakiś czas temu w poście o Anielskim Domu. Rodzice natomiast kupili mały domek pod Szczytnem nad jeziorem Sasek Wielki, w miejscu po byłym ośrodku turystycznym. Nazira też już nie było. Pojawił się niewielki piesek – przeciwieństwo wielkiego psa o długiej sierści – amstafka Berta.


W międzyczasie poszłam do szkoły. Nie była to zwykła szkoła, bo jako młodzi adepci nauki staliśmy się królikami doświadczalnymi, a na podstawie naszych lekcji pisane były prace doktorskie, habilitacyjne itd. A zaczęło się tak: pewna przemiła Pani Dorotka (zawsze była dla nas panią Dorotką) postanowiła stworzyć idealną szkołę dla swojego syna, a że była pedagogiem, to napisała specjalny program, który został zaakceptowany przez ministerstwo. Oprócz wielu fantastycznych rzeczy, jednym z elementów programu były obozy. Od razu na początku pierwszej klasy szkoły podstawowej pojechaliśmy na obóz (dziś mówi się o tym zazwyczaj zielona szkoła) do Godek pod Olsztynem, w których to w otoczeniu pól i łąk do dziś istnieje piękne gospodarstwo edukacyjne. Właśnie w Godkach pierwszy raz wraz z całą klasą sialiśmy zborze, potem zbieraliśmy plony, mieliliśmy mąkę na żarnach, budowaliśmy piec chlebowy, a potem z naszej mąki piekliśmy chleb. Chodziliśmy po bagnach, podglądaliśmy bobry, bawiliśmy się w średniowiecze, próbowaliśmy swoich sił w kowalstwie i garncarstwie, doiliśmy krowy, jeździliśmy konno, odkrywaliśmy, że "krowi placek" wcale nie jest obrzydliwy i można brać go w ręce, ach czego my tam nie robiliśmy! Naszym cudownym przewodnikiem po świecie, natury, przyrody, rzemiosła był Pan Krzyś Łepkowski. Wtedy już wiedziałam, że jak będę duża to będę artystką (nie byłam jeszcze pewna czy malarką, czy śpiewaczką, czy tancerką, czy aktorką) i będę mieszkać na wsi. Potem powstała wersja, że będę mieć krowę i chodzić z nią na smyczy po mleko do sklepu – od taki dziecięcy wymysł. Kiedy zaczęłam samodzielnie jeździć na kolonie nie ma się co dziwić, że mając do wyboru morze, góry, czy nawet Hiszpanię wybrałam właśnie Godki, które tak dobrze już znałam.

Zdjęcia z Godek: Z dzikiem Tanturem, który grał z nami w piłkę (jestem pierwsza po lewej), kopiemy ziemię pod nasze pole, na którym potem zasiejemy zboże - ocieram pot z czoła :), mój stragan zielarski na jarmarku średniowiecznym i mój tata przebrany za mnicha.

Sielanka "podstawówkowa" się skończyła. Byłam już bardzo samodzielna i w wakacje wyjeżdżałam nawet na 3 obozy po kolei, czasem przepakowując tylko torby. Poznałam wtedy jeszcze bardziej magię poezji śpiewanej, która towarzyszy mi do dziś. Jeździłam namiętnie konno i sporą część wakacji spędzałam też w stajni, gdzie spałam na sianie, rano doiłam kozy, a potem wraz z towarzystwem pławiłam konie w pobliskim jeziorze. Mimo młodego wieku świetnie radziłam sobie też z trudniejszymi końmi, dlatego pozwalano mi na trochę więcej niż innym dzieciakom w moim wieku, z czego byłam bardzo dumna. Sprzątanie boksów, pojenie i cała praca, którą trzeba było wykonywać przy zwierzętach, nie była mi obca, a wręcz ją lubiłam. Nie raz uczestniczyłam też w pokazach dla gości, którzy przyjeżdżali na zabawę bryczkami, a w warmińskim domu pod Olsztynem, przy którym nadal istnieje stadnina koni czułam się jak u siebie.
Rodzice sprzedali i domek na Sasku i dom w Olsztynie i zamieszkali w Siemianach nad Jeziorakiem – w miejscowości turystycznej i choć nad samym jeziorem, to w małowiejskim miejscu, ale za to w cudownych okolicach, bardzo bogatych przyrodniczo. Ja ze względu na szkołę i liceum plastyczne, które zaczęłam zostałam w Olsztynie.
Byłam już prawie dorosła i wciąż wspominałam moje "wiejskie czasy", które tyle mnie nauczyły. Myślę, że dzięki temu jako nastolatka potrafiłam poradzić sobie w każdej sytuacji i nie straszny był mi deszcz, czy mycie się w rzece na obozie harcerskim, z którego większość moich koleżanek uciekła ze względu na trudne warunki. Idąc na studia artystyczne wciąż z tyłu głowy miałam życie na wsi, sądziłam jednak, że jest to pomysł na daleką przyszłość, do póki na drugim roku studiów nie poznałam mojego aktualnego męża. Potem już większość z Was wie. Szybko zamieszkaliśmy razem i szybko zdecydowaliśmy się na sprzedaż mieszkania w Olszynie. Decyzja została podjęta w grudniu, w styczniu znaleźliśmy Wonne Wzgórze, a w lutym kupca na mieszkanie. W maju zamieszkaliśmy w naszym wiejskim domku, a ja miałam już nazbieranych tyle starych mebli (które uwielbiam od dzieciństwa), kamionkowych garnków i obrazów, że kto nie wszedł do naszej chatki mówił, że wygląda jakbyśmy mieszkali w niej już wiele lat. Miałam stare szafy ze strychów, wielką skrzynię posagową, którą dostałam na dzień dziecka jak byłam mała (o takiej właśnie marzyłam!), a nawet kilka starych lamp. Potem pojawiły się psy, kotka Wiedźma już z nami przyjechała, a my wzięliśmy ślub. Może zabrzmi to trochę naiwnie, ale wreszcie znalazłam dom z moich dziecinnych wspomnień, który w pewnym monecie gdzieś zniknął z mojego horyzontu.


Napisane z potrzeby serca. Pozdrawiam wszystkich, którzy przebrnęli!