piątek, 8 sierpnia 2014

Wieści ze wzgórza i okolic :)

Czas mija nie ubłagalnie, a u nas wciąż dużo się dzieje, chociaż wydaje się że nie dzieje się nic, a czas płynie wolno. Odkąd pisałam ostatni raz na drzewach zdążyły dojrzeć pierwsze jabłka, ugotowałam kompoty i sporo posuszyłam, ale jabłonie w tym roku tak obrodziły, że za miesiąc z jabłkami nie będzie co robić. Wciąż nowe opadają na trawę i są świetnymi zabawkami dla Anioła, który biega za tymi najtwardszymi jak za piłką. Również droga na Wonne Wzgórze, wokół której rosną skarłowaciałe już, stare jabłonki gdzieniegdzie usiana jest drobnymi, gnijącymi już owocami. W powietrzu unosi się kwaśny zapach octu. W upalne dni nie robiliśmy nic wokół domu, oprócz wieczornego podlewania oczywiście, które stało się czynnością obowiązkową przy takiej suszy. Cieszyliśmy się tylko, że nasza studnia jest tak głęboka, bo wokół Wonnego Wzgórza źródła wody powysychały, a sąsiadom pokończyła się też woda w studniach. Najbardziej żal było mi zwierząt, w taką pogodę trzeba wystawiać miski z wodą, bo może jakieś zabłąkane spragnione zwierze przywędrować w nasze okolice i chcieć się napić. W tym suchym, upalnym czasie, a nie padało u nas ponad trzy tygodnie, miałam też wystawę w Bartoszycach. To dość surrealistyczne przeżycie, bo chociaż czasów PRLu nie pamiętam, to trochę poczułam się jak w tamtych czasach. Pani Dyrektor ośrodka nie dojechała, bo utknęła w korkach, z resztą tak jak kiedy pierwszy raz przyjechałam z pracami - też jej wtedy nie było, mój mąż wysnuł więc teorię, że Pani Dyrektor nie istnieje. Dostałam też podziękowanie w teczce z namalowaną różą, które zostało głośno odczytane z wyraźnym zaznaczeniem Ą i Ę, jak na dawnej akademii. Najważniejszy jednak był fakt, że mimo iż nie znam nikogo z Bartoszyc, że upał był straszliwy, to trochę osób na wernisażu się pojawiło, a prace chyba się podobały. Ciekawy był też pan z jakiejś regionalnej telewizji, który wywęszył, że moje prace są na deskach ze stodoły, zapytał natychmiast czy nie chciałabym kupić stodoły, a kiedy zapytałam czy stodoła jest na Warmii, czy już na Mazurach pan nie potrafił odpowiedzieć, chociaż jak się pochwalił jest z tych terenów. Brak wiedzy ludzi, który wynika z totalnego braku zainteresowania choćby swoją najbliższą okolicą i ich malkontenctwo mnie przeraża. Wróćmy jednak do miłych rzeczy. Na wernisaż przyjechali moi rodzice, moja teściowa, nasi sąsiedzi z Tłokowa prowadzący fundację Revita Warmia, a także mój wujek Piotr – z Anielskiego Domu (mimo że o kulach) i jego przyjaciel – świadek na moim ślubie – Józek. Miłe to było spotkanie i na pewno ubarwiło wernisaż. Szczególnie wizyta wujka, który jest osobą rozpoznawalną. Kilka pań zapragnęło zrobić sobie z nim zdjęcie, a żeby głupio nie było, to poprosili o zdjęcie z artystką i koniecznie z jej rodziną, hehe. Na wystawie pojawiła się także jedna przesympatyczna pani, która przyszła chyba tylko dlatego, żeby zaprosić wszystkich na swoją wystawę w SWOJEJ AUTORSKIEJ GALERII. Ciągle powtarzała, że po moim wernisażu wszystkich tam zabiera. AUTORSKA GALERIA nazywa się EL, zwróciłam więc uwagę, że to tak samo jak taka znana galeria w Elblągu. "No tak" – odpowiedziała z dumą pani – "ale moja galeria nazywa się od mojego imienia Elżbieta, a tamta... tamta to w jakimś tam starym kościele..." Pani Elżbieta najpierw zwracała się do mnie proszę pani, potem pani Natalio, pani Natalko, a na końcu już bardzo się zaprzyjaźniłyśmy i zostałam Nataleczką. Zachęcała mnie też bardzo do wzięcia udziału w plenerze malarskim w Bartoszycach w następnym roku, bo właśnie wtedy w centrum kultury odbywać się będzie jej wystawa, autorska wystawa. Podziękowałam pięknie mówiąc, że nie wiem czy praca mi na taki wyjazd pozwoli i na to usłyszałam, że muszę zaplanować to dużo wcześniej, bo na plener bardzo ciężko się dostać i muszę dużo wcześniej zadzwonić do Pani Dyrektor (widmo), która ewentualnie zaprosi mnie do udziału. Tyle o wernisażu, po prace, mimo obietnicy odwiezienia muszę jechać do Bartoszyc sama, ale na pocieszenie powiem, że szykuje się następna wystawa, dostałam już umowę i jest to naprawdę fajne miejsce.

Ostatnio mieliśmy też drugą rocznicę ślubu, wiem że to może żadne osiągnięcie, ale po pierwsze miłe wspomnienie, a po drugie rocznicę tę traktuję jak pierwszą, bo podczas pierwszej byłam z nogą w gipsie, krótko po operacji i na silnych lekach przeciwbólowych i najzwyczajniej w świecie jej nie pamiętam. Z okazji rocznicy na kilka dni pojechaliśmy do Siemian. Nareszcie udało nam się trafić na piękną, upalną pogodę. Pan Właściciel Domu przeklinał już, że jeśli znów będzie zimno i deszcz, to więcej w tym roku do Siemian nie jedzie, bo Siemianom pech przynosi. Rzeczywiście od początku tego roku, kiedy tylko obieraliśmy kierunek Siemiany, to po całym słonecznym tygodniu nagle pogoda się zmieniała o 180 stopni. Od każdej reguły musi być jednak wyjątek. Udało nam się wreszcie popływać naszą czarną strzałą, pokąpać w leśnych jeziorkach, których wokół Siemian jest mnóstwo i posłuchać gitarowych śpiewów naszych starych i nowych znajomych.


Tym razem pogoda też się zmieniła, ale na szczęście już po naszym powrocie. Niebo zakryła gęsta szara maź. Taka szarość nie mija zbyt szybko, jest tak wilgotna i tak ciężka, że byle wiatry, które zrywają się wieczorami jej nie przegonią. Ziemia ze smakiem pochłania wielkie krople, które lecą na wysuszoną na wiór powierzchnię, a okoliczni rolnicy oddychają z ulgą, bo jak powiedziała pani S. od której kupujemy mleko "trawa jałowa, kury nie chcą się nieść, a krowy mleka dawać". Teraz deszczu mamy aż za dużo i cieszymy się bardzo że mieszkamy na wzgórzu, bo u podnóża naszej góry zrobiło się jezioro i płynie mała rzeczka. Mamy nadzieję, że do wieczora deszcz się już wypada i ciepłe promienie słóca znów pozwolą dojrzewać pomidorom w ogródku.

Na koniec tych, którzy zainteresowani się moimi pracami zapraszam na moją stronę na facebooku, która powstała w maju, ale dopiero ze dwa tygodnie temu pojawiły się na niej jakieś zdjęcia, więc można powiedzieć, że jest świeża, a dla zachęty jedno zdjęcie.
www.facebook.com/natalia.tejs.artystycznie


POZDRAWIAM CIEPŁO!

A i jeszcze jedno! Musiałam włączyć weryfikację obrazkową, której bardzo nie lubię, bo nikt nie powinien sprawdzać czy jesteście robotami, ale wybaczcie mi, dostawałam ogrom głupich wiadomości dziennie, więc to tylko na jakiś czas.

wtorek, 22 lipca 2014

W Tłokowie

Wreszcie trafił się nam naprawdę upalny weekend. Niestety jak upał to nasz kajak był daleko, ale i tak było wyjątkowo.
W piątek odwiedziliśmy naszych ulubionych sąsiadów, jak zawsze przyjechaliśmy tylko na chwilę – po sałatę, która w moim ogródku zgorzkniała, a u Kasi wyrosła pięknie, a posiedzieliśmy cały wieczór, zostawiając w lodówce smakołyki na grilla, które dzień wcześniej przygotowywałam i zapomnieliśmy o bożym świecie, który przecież i tak jest daleko od naszego świata.
W sobotę postanowiliśmy zrobić sobie dzień lenia, chociaż słońce zmęczyło aż nadto, a na 16.30 jechaliśmy do Jezioran na oficjalne otwarcie portalu Revita Warmia i na wystawę Rafała Mikułowskiego – szanownego prezesa Fundacji Revita Warmia. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze po miód do Siedliska Pasieki i ruszyliśmy do Jezioran. Kiedy ostatnio tylko na chwilę byliśmy w jeszcze nieotwartej Galerii w Jezioranach, żeby zostawić moje prace na sprzedaż to wszystko było w remoncie. Tymczasem niespodzianka! Cudna kamieniczka, w której przez długi czas był sklep mięsny zamieniła się w prawdziwie artystyczne miejsce, a każdy jej fragment poczynając od mebli, poprzez oświetlenie i kończąc na niezliczonych pracach artystów, ale i dzieci i młodzieży na ścianach jest dopełnieniem naprawdę artystycznego, twórczego klimatu, aż dziw bierze że to wszystko udało się zrobić zaledwie w miesiąc! Strona Revita Warmia też jest piękna i naprawdę ciekawa – zapraszam wszystkich do czytania artykułów, które się na niej pojawiają. Dla mnie osobiście strona ta jest jeszcze kolejnym potwierdzeniem, że warto wciąż inwestować w swoje marzenia związane z Warmią i naszym siedliskiem.




Były takie tłumy, że nie dałam rady zrobić zdjęć, więc chociaż jedno, na którym widać trochę klimat tego miejsca.


Po części oficjalnej w Galerii wraz z tłumem gości przenieśliśmy się do starego jeziorańskiego spichlerza, gdzie w tych obdrapanych, zniszczonych wnętrzach fantastycznie prezentowały się prace Rafała Mikułowskiego. Każde pęknięcie na ścianie, każda odchodząca od niej wiekowa warstwa farby była jakby dopełnieniem obrazów Rafała. Sam spichlerz także zrobił na nas wielkie wrażenie i podobnie jak gospodarze wydarzenia mamy nadzieję i ochotę na więcej!


Po wernisażu jeszcze impreza w Tłokowie u Marceliny i Rafała, ale wcześniej korzystając z okazji ruszyliśmy bocznymi drogami z aparatem w poszukiwaniu tematów do moich prac i chociaż ostatnio odwiedzając kolejne wsie już trochę traciłam nadzieję, to tym razem można powiedzieć, że zebrałam fantastyczny łup w postaci wielu zdjęć starych drzwi, okien, ganków (może kiedyś pokarzę Wam gotowe prace).

Przy skręcie w drogę polną w stronę Marceliny i Rafała rośnie zachęcając wszystkich do skrętu serdeczne drzewo.

Dojechaliśmy wreszcie do Tłokowa. Nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie jechać, ale postanowiliśmy kierować się za innymi i w tumanach kurzu zajechaliśmy na... parking! Parking i to zastawiony ogromem samochodów. Potem podwórko z nakrytym stołem i poczęstunkiem dla gości i przede wszystkim piękny, przepiękny warmiński dom, a w środku jak w muzeum. Mi jednak najbardziej spodobał się strych – pracownia i od razu zmusiłam męża do deklaracji – u nas też mi taki zrobisz, prawda? Nie miał wyboru. Zgodził się. Na imprezie oczywiście oprócz czegoś dla ciała – pysznego poczęstunku – serów, sałatek i potraw z grilla było także i coś dla duszy, ale o tym za chwilę. Ponieważ ludzie bardzo szybko zjedli pyszne, profesjonalnie wykonane przez miłośników zwierząt i życia na Warmii ludzi sery, to nieśmiało z torby wyjęliśmy swoje skromne produkty – serek i chlebek. Tadeusz – artysta ludowy z Derca (robi wraz z żoną piękne rzeźby, o których już kiedyś wspominałam) szybko zaczął zachęcać gości do próbowania i zasmakowało! Kilka osób podeszło do nas z pytaniem czy można od nas nasze produkty kupić. Aż przykro było mi odpowiadać, że na razie niestety robimy to tylko dla siebie i swoich przyjaciół.
No to teraz coś dla duszy – pokaz zdjęć Jacka Sztorca, pięknie nazwanego przez gospodarza "Cichym poetą warmińskiego krajobrazu", zdjęcia jednak prezentowały się znacznie lepiej, kiedy bardziej się ściemniło i koncert dał nasz kolega, niektórym znany z bloga Neowieśniak Codzienny - Apolinary Polek. Wielu piosenek Pawła słuchałam już wcześniej jednak na żywo i w takim cudnym wnętrzu – w oborze – galerii, gdzie stare cegły i spróchniałe deski kontrastują z kryształowymi żyrandolami, kutymi elementami i obrazami na ścianach jego muzyka brzmiała jeszcze piękniej. Paliły się świece, a publiczność siedziała na ławkach, krzesłach, ludwikowskiej kanapie i na miękkich kocach i kilimach. Oczywiście był bis i pewnie, gdyby nie szacunek do artysty byłyby i kolejne bisy. Paweł zakończył pięknie koncert słowami jednej ze swoich piosenek, mówiąc o tych, którzy nie szanują naszego warmińskiego krajobrazu "Niech jezioro odwróci od nich twarz i spadnie na nich cisza". Na pewno jeśli na koncercie była jedna taka osoba, która może pogubiła się trochę w tym po której naprawdę jest stronie, to wiedziała, że to słowa do niej.

Te zdjęcia nawet w najmniejszym stopniu nie oddają uroku tego miejsca i klimatu imprezy, ale ja jak zwykle nie robię zdjęć na imprezach, a potem żałuję. Może z resztą i lepiej, opis może tylko pobudzić wyobraźnię.

Bardzo żałowaliśmy, że musieliśmy już wracać, ale w domu zostały same psy i Wiedźma na podwórku. Trzeba więc było zacząć myśleć o wieczornych, a właściwie już nocnych spacerach.

Następnego dnia wreszcie zrobiliśmy utęsknionego grilla, a właściwie ułożyliśmy kilka cegieł i ruszt na ognisku. W tle puściliśmy sobie płytę Pawła wraz z zespołem Dobry Diabeł, którą dostaliśmy w prezencie i mojemu mężowi, słuchającemu ostrej muzyki nawet przestało przeszkadzać, że nie ma perkusji. Polecam wszystkim, którzy słuchają poezji śpiewanej i szeroko pojętej piosenki dla wrażliwych inaczej ;-)

A od wczoraj w całym domu unosi się zapach jabłek i mięty – to za sprawą kompotu i papierówek, które się suszą, żeby zachować trochę lata na zimę.


A to już mój ogródek :D

Pozdrawiam ciepło!

środa, 16 lipca 2014

W deszczowej aurze

Znów weekend wyjazdowy! Szybko podjęliśmy decyzję, żeby spędzić trochę czasu nad jeziorem, a nawet nad Jeziorakiem u moich rodziców, szczególnie że przecież cały tydzień był tak piękny i słoneczny. W piątek jednak zaczęło się chmurzyć, a nam podczas jazdy do rodziców miny trochę rzedły, mieliśmy bowiem pomysł, żeby wreszcie się trochę opalić i popływać naszą czarną strzałą (kajakiem, jaki dostałam kiedyś w prezencie od jeszcze narzeczonego na urodziny, a czarną, bo kajak jest cały czarny - także w środku, żeby pasowały mi do niego wszystkie kostiumy kąpielowe :-). Przywitał nas silny wiatr i wielkie fale na Jezioraku, ale i pieczona kaczka z jabłkami i krewetki w sosie z masła i białego wina - trochę nas tym jedzeniem przekupili. My jak zwykle dostarczyliśmy ser i chleb. Wiatr nie pozwolił jednak posiedzieć nad jeziorem, bo kolacja by wystygła, więc zasiedliśmy przy domowym stole. Wieczorem wiatr ustał i choć pochmurnie to zrobiło się ciepło. Rano jednak wszystko się wyjaśniło. Wiatr ustał, bo już nawiał wszystkie możliwe chmury, całą sobotę lał więc gęsty deszcz. Z naszych planów nici, mogliśmy tylko popijać piwko i patrzeć na wzburzone, prawie czarne wody Jezioraka. W niedzielę wreszcie nie padało, udało się w końcu pojechać nam do koni. W Siemianach niedawno powstało sanatorium dla starych i schorowanych koni, często uratowanych przed rzezią, czy z rąk okrutnych właścicieli - oprawców. W boksach stały dwa piękne konie i klacz kucyka z młodym. Dobytku pilnował pocieszny pies, chociaż chyba też po przejściach - młodzik jeszcze, mieszaniec huskyego. Łagodny i cieszący się do wszystkich. Na bramie wejściowej ośrodka dla koni wisi tabliczka "Nieupoważnionym wstęp wzbroniony" - zawahaliśmy się, ale zobaczyliśmy w środku ludzi z dziećmi, którzy wyjaśnili nam, że przychodzą karmić konie często i że jak się ma dobre zamiary to można wejść. Kiedy częstowaliśmy marchewkami i jabłkami wyścigowego konia po złamaniu nogi, to ślepa klacz po drugiej stronie z zazdrości rżała i przywoływała nas, aż mi serce pękało. Wyczuło nas też w końcu stadko, które było daleko na łąkach i nagle wyłoniło się z za górki i galopem przybiegło po darowiznę. Od teraz na pewno naszym stałym punktem wizyty w Siemianach będzie wizyta u koni, chociaż ich strasznych historii wypisanych przy boksach nie byłam w stanie czytać. Ludzie są okrutni.
Po wizycie u koni spacer z Aniołem po lesie i kąpiel w jednym z wielu leśnych jezior wokół Siemian, bardzo głębokich i czystych. Mogłabym w nim pływać godzinami, gdyby nie to, że Pana Właściciela Domu, który kąpał się pierwszy, a teraz pilnował Aniołka na brzegu zaczęły atakować muchy końskie. No cóż, wyszło słońce i muchy zaraz się pojawiły. Wyszło słońce, więc akurat mogliśmy szykować się do powrotu do domu. Zabraliśmy jednak ze sobą pamiątkę w postaci świeżych ryb, które tata rano kupił w gospodarstwie rybackim i które usmażyłam na obiad. W weekend w Siemianach jest Festiwal nad Jeziorakiem, na który zawsze jeździliśmy zagra m.in. Wolna Grupa Bukowina, czy Renata Przemyk, więc polecam tym którzy mają bliżej, my jednak tym razem wybraliśmy rodzime wydarzenia. W sobotę w nowo otwartej galerii w Jezioranach jest uroczyste otwarcie portalu Revita Warmia - który stworzyli nasi sąsiedzi z Tłokowa, a potem wernisaż Rafała Mikułowskiego w starym Spichlerzu w Jezioranach. Jak było na pewno napiszę w przyszłym tygodniu, a teraz już zmykam, bo czeka mnie kilka wolnych od pracy dni!





piątek, 11 lipca 2014

Wytrzepany kot

Śpię sobie smacznie, w tle Niemcy masakrują Brazylię, a mój mąż zapatrzony w panów biegających po trawie za piłką jak w święty obraz. Przez te upały Wiedźma prowadzi nocny tryb życia, a gorące dnie przesypia. Nagle rozlega się pukanie do okna (pisałam już kiedyś o tym, że nasza kotka puka łapą jak chce wejść i o perypetiach związanych z jej naturalnie wrednym charakterem, nie będę się więc powtarzać). Zapatrzony w ekran mąż nie odwracając oczu od kiedyś powiedziałoby się szklanego ekranu, a teraz to nie wiem z czego one są napiszę więc od pudełka wstaje i otwiera Wiedźmie okno. Słyszę te wszystkie dźwięki, mam czujny sen. Mimo to jednak śpię. Nagle wśród tych znanych mi domowych głosów szeleszczenia kołdry, chrupania chrupek przez kota i skakania po meblach, a także głośnym domaganiu się tego, czego akurat kot chce ze snu wyrywa mnie coś w tylu "pipi" - pisk. Potem tylko "buch buch" - Wiedźma goni coś po podłodze i znów "pipi" i Pan Właściciel Domu: "Natalia, ona przyniosła z podwórka mysz!". Zdarza jej się często przynosić myszy, nawet kilka myszy dziennie, ale zawsze nie wpuszczamy jej z ofiarą do domu, bo po prostu zauważamy ten fakt nie wpatrując się w mecz. Zazwyczaj są to też myszy martwe. No cóż. Musiałam wkroczyć do akcji, bo nie chciałam żeby ta brutalna istota zrobiła z myszą to co samo co Niemcy z Brazylią i to jeszcze na mojej podłodze, albo co gorsza np. w moim łóżku. Zerwałam się i chwyciłam kota z myszą w paszczy za grzbiet. Pan Właściciel Domu dzielnie otworzył mi okno, a ja z bijącym sercem zaczęłam wytrzepywać kota. Nie była zachwycona tym trzepaniem, ale ofiary nie puszczała. Nie żebym znęcała się nad biedną kicią, ale jeszcze kilka mocniejszych trzepnięć i mysz została wypuszczona z paszczy, a kot zamknięty w pokoju i przekupiony smakołykami, żeby nie jęczał za zabawką zza okna. Myszka uciekła, jednak Wiedźmę musieliśmy wypuścić na podwórko, bo z jej awanturami wytrzymaliśmy tylko pół godziny.
Taka tam historyjka ;-)

czwartek, 3 lipca 2014

Trochę o tym jak ludzie ze wsi pojechali do wielkiego miasta i o Lekitach i lekitanach wspominka (kto czytał wcześniej ten wie).

Oczywiście najpierw musieliśmy zawieźć psa do rodziców, a na drugi dzień z rana podróż do Wrocławia w moją pierwszą delegacje. Plany miałam ambitne – chciałam zwiedzić tak dużo, że nie udałoby mi się chyba to wszystko przez tydzień, a mieliśmy tylko dwa dni, a wliczając podróż i spotkanie na które przecież jechałam tylko kilka godzin. Zacznę jednak od początku, czyli od tego z jaką prędkością jeździ nowoczesna polska kolej. Otóż z Olsztyna do Wrocławia jedzie się osiem godzin. My jechaliśmy z Iławy, więc tylko siedem. Średnia prędkość pociągu, jak wyliczył mój mąż to 55 km na godzinę. Oczywiście zapomniałam zabrać książki, książkę za to wziął Sebastian i byłam zła, że pomyślał tylko o sobie. "Będę go zagadywać inie będzie czytał!" pomyślałam kupując jakieś bzdetne magazyny o ogrodnictwie w kiosku dworcowym. Na szczęście książki się nie przydały, bo jechaliśmy obserwując widoki i czuliśmy się trochę jakbyśmy wjeżdżali do innego kraju. Im dalej na wschód, im dalej na południe tym jakby więcej Europy w Europie. Wyremontowane dworce w wielkich wyremontowanych miastach, ale i zadbane niewielkie dworce, które pędząc jak strzała nasz pośpieszny pociąg omijał. "Ach ta polska szybka kolej" – skomentowaliśmy głośno na co odezwał się jeden miły pan, który jak się okazało pracuje w kolei i bardzo kolei bronił "Proszę państwa w Polsce nie może być pociągów jeżdżących 500 kilometrów na godzinę bo Polska to za mały kraj i taki pociąg nie mógłby się rozpędzić" "Japonia to jeszcze mniejszy kraj, a tam jakoś mogą" – skomentował mój przemądry mąż. "Japonia to co innego" – podsumował Pan. No tak Japonia to co innego, ale pociąg mógłby jeździć chociaż 100 kilometrów na godzinę. To już byłoby coś! Dojechaliśmy, wsiedliśmy w taksówkę. Pan taksówkarz obwiózł nas po Wrocławiu zanim wreszcie trafiliśmy do hostelu oddalonego o 2,4 km od dworca głównego. Wiemy, że nas obwiózł, bo jak wracaliśmy w niedzielę o szóstej rano to zapłaciliśmy za taksówkę połowę mniej niż w piątek około 17.00, dziwne prawda? Zostawiliśmy rzeczy rozejrzeliśmy się po kilku metrowym pokoju i ruszyliśmy oglądać miasto, a spaliśmy na rynku, więc daleko nie mieliśmy. Trzeba było coś zjeść i wypić. Przeszliśmy po trzech knajpach, z których najbardziej spodobała nam się "Pijalnia wódki i piwa", potem poszliśmy zjeść coś włoskiego (tradycyjną polską kuchnie mamy na co dzień) i wróciliśmy spać.
Rano na 11.00 miałam być w Muzeum Współczesnym na spotkaniu koordynatorów Nieużytków Sztuki. Jednak zanim ludzie ze wsi dojechali, to nie obyło się bez przygód. Długo odkrywaliśmy tajemnicę tramwajów, jako że w Olsztynie tramwajów nie ma, a i tak od kilku lat samochód jest naszym środkiem transportu nie było to proste. O ile koleje, którymi też dawno nie jeździliśmy się nie zmieniły to komunikacja miejska (przynajmniej we Wrocławiu) okazała się rodem z XXI wieku. Gdzie mamy wysiąść i w jaki tramwaj mamy wsiąść pokazał nam miły pan, który jechał w tym samym kierunku i wysiadał na tym samym przystanku. Skąd jednak wziąć bilet? Zapytałam pana czy w tramwaju można kupić bilet. "Tak, tylko trzeba mieć kartę", po chwilowej konsternacji co to za specjalistyczna karta okazało się, ze po prostu karta płatnicza. Na szczęście mimo, że ze wsi, to takową kartę mieliśmy. Weszliśmy z przodu tramwaju, podeszliśmy do kierowcy, dwa normalne poprosiliśmy i... Pewnie już wiecie. W tramwaju był automat, kierowca nie sprzedawał biletów. Wreszcie wydrukowaliśmy dwa kwitki. Nasz pan przewodnik popatrzył na nas z politowaniem: "Teraz jeszcze się kasuje" – no tyle już wiedzieliśmy, to się nie zmieniło.
Wreszcie trafiliśmy do Muzeum Współczesnego, gdzie przywitał nas Pociąg do Nieba. Gmach muzeum wielki, skwer obok też wielki, wielkie piękne drzewa i sporo młodych i dużo grządek zarówno podniesionych, jak i takich bezpośrednio w ziemi. Spotkanie zaczęło się od wspólnego śniadania na które przynieśliśmy ser i chleb naszej produkcji, który na szczęście jakoś przeżył w podróży. Stół uginał się też od innych smakołyków, pod nogami biegały psy. Schodzili się ludzie. Mimo, że tuż obok jeździły samochody, to przez chwilę poczułam się jak w domu. Atmosfera sielska, rodzinna, gdyby nie DESZCZ. Od deszczu uchronił nas jednak wielki stary dąb. Wszyscy zaczęli chwytać za stół, za jedzenie, za ławki i euro palety na których siedzieliśmy i przenosić wszystko pod baldachim z gałęzi dębu. Udało się. Wielkie krople prawie do nas nie docierały i mogliśmy dalej w spokoju biesiadować. Koordynatorów Nieużytków Sztuki z całej Polski nie przyjechało zbyt wielu, ale byli też ogrodnicy, sympatycy projektu i oczywiście Ela Jabłońska – pomysłodawczyni projektu, a przede wszystkim bardzo ciepła i sympatyczna osoba. Nie było żadnych spięć, wszystko było na totalnym luzie, a takie klimaty lubię, a im mojemu mężowi o umyśle bardzo ścisłym się podobało. W końcu jednak, mimo że impreza trwała nadal pożegnaliśmy się z towarzystwem, bo przecież trzeba było chociaż coś oprócz niesamowitego, choć głośnego do granic możliwości rynku zobaczyć. Dzień wcześniej jakiś przechodzień powiedział nam, że ogród botaniczny jest bardzo daleko, chyba pomyliło się mu z ogrodem zoologicznym. Ruszyliśmy zobaczyć Ostrów Tumski – tak inny niż rynek, mniej dziki i cichy i właśnie ogród botaniczny. CUDO! Latałam jak oniemiała robiąc zdjęcia układom roślin. Bardzo zainteresował mnie ogród warzywny, dywany bluszczu i roślinka, którą od dawna bardzo chcę u siebie, ale pierwszy raz miałam okazję widzieć ją na żywo – karmnik. Potem szukaliśmy sklepu z pamiątkami, ale okazało się, że nie ma w nim sadzonek roślin, tylko jakieś dziwne, brzydkie rzeczy. Tu się zawiodłam, bo chciałam sobie przywieźć żywą pamiątkę do mojego ogródka. Noga już mnie bolała, byliśmy głodni i spragnieni, poczłapaliśmy więc z powrotem na rynek w poszukiwaniu miejsca gdzie można zjeść hamburgery, ale takie prawdziwe, porządne. Znaleźliśmy. Sebastian zamówił podwójnego hamburgera, w którym było dwa kotlety razem pół kiklo mięsa. Oczywiście pozazdrościłam mu, że on będzie miał tak dużo, a jak tak mało i szybko zmieniła swoje zamówienie. Głupia to była decyzja. Kto normalny zje na raz pół kilo mięsa jeszcze z dodatkami, (nie mówiąc już o frytkach, których i tak nie lubię)? Nie zjadłam nawet pół... Objedzeni i zmęczeni wróciliśmy spać, pociąg do Iławy mieliśmy po 6.00, a w pociągu okazało się, że Pan sprzedający nam bilety z miejscówkami, który obiecywał, że będziemy siedzieć obok siebie posadził nas na przeciwko siebie i to po skosie. Miejsce przy oknie i po drugiej stronie przy drzwiach. Nikogo nie było więc usiadłam na przeciwko niego, jednak za jakiś czas wsiadła Pani z wnuczką, a wnuczka chciała przy oknie. Usiadłam obok męża i czekałam czy nikt mnie nie przegoni. Na szczęście udało się. W Toruniu wsiadła jednak Pani, ale obojętnie jej było gdzie będzie siedzieć, mogłam więc być przy mężu. W spół podróżnicy też okazali się bardzo mili. Droga minęła w mgnieniu oka, bo całą drogę rozmawialiśmy. Jedna Pani zwróciła uwagę, że często jeździ pociągiem i zauważyła, że ludzie w ogóle nie rozmawiają, zdarzyło jej się to pierwszy raz od dawna, na pamiątkę dała mi breloczek z wrocławskim krasnoludkiem, który na pewno będzie przy moich kluczach. Wreszcie po długiej podróży i grzaniu się w przedziale wysiedliśmy na stacji i ruszyliśmy na, jeszcze na razie nie naszą, ale rodziców WIEŚ. Wreszcie cisza. Mamy dosyć miasta na długo!



Po powrocie oprócz szalejącego ze szczęścia psa zastałam na skrzynce mailowej propozycję wstawienia na bloga reklamy pisma Piękno&Pasje. Ostatnio kilka czasopism zgłosiło się do mnie z podobną propozycją, ale jakoś ich szata graficzna i tematyka nie do końca do mnie przemawiały, chociaż nic przeciw reklamie nie mam. To czasopismo naprawdę mi się spodobało, więc reklamuję. Link do strony, gdyby ktoś chciał zerknąć jest na samym dole bloga, może czasem ściągnę jakieś pomysły z tego czasopisma, na pewno wtedy o nim wspomnę.
http://www.pieknoipasje.pl/


Jeszcze jedna ważna sprawa. Pamiętacie mój post o Lekitanach, o ich walce z wiatrakami i o tym jak przy nas chłopaka przejechał samochód? Jakiś czas temu składaliśmy zeznania w tej sprawie i znów jesteśmy wezwani, tym razem jako oskarżeni, chociaż nie wiem jeszcze o co mogli by nas oskarżać, o to że odskoczyliśmy i że nas samochód nie przejechał?
Wreszcie też sprawą zaczęły interesować się ogólnopolskie media. Podaje link do ośmiominutowego filmu zrobionego przez TTV. Link będzie pewnie nieaktywny, ale proszę skopiujcie go i wklejcie wyszukiwarce. Zobaczcie co się dzieje w naszej gminie. Dzisiaj przyjeżdża Polsat i program Interwencja. Trzymajcie kciuki!

http://ttv.pl/bijatyka-w-jezioranach,127005,n.html

Dla tych, którzy nie czytali wcześniej o Lekitach i o tym jak wjechał nas samochód (co fragmentarycznie widać na filmie) jeszcze link z mojego kwietniowego wpisu:
http://wonnewzgorze.blogspot.com/2014/04/wiatraki-i-nocne-knucie.html


Pozdrawiam wszystkich ciepło!

czwartek, 26 czerwca 2014

urlopowo

Urlop upłynął nam na spacerach z psami, gotowaniu na ognisku (potrawy z kociołka foli i kijka, polecam szczególnie pieczoną w foli aluminiowej kalarepkę z marchewką, odrobiną masła i świeżym tymiankiem - mmmm pycha!), leniuchowaniu, robieniu serów ( w tym pierwszy raz sera żółtego) i takie tam. Zaczęło się jednak od obrony, (więc mam już wreszcie w domu doktora!) i wizyty Pani profesor – promotorki Pana Właściciela Domu, która okazała się jeszcze większą gadułą niż moja mama i ja razem wzięte, ale gadułą bardzo sympatyczną i niezwykle ciepłą.
Mieliśmy też kilka przygód. Głównie ptasich. Jedną z nich opisałam już na facebooku, ale niech będzie raz jeszcze ;-)
Normalnie do Dobrego Miasta mamy 22 km, na skróty jednak drogą ze zdjęć poniżej tylko 12 km. Jedziemy więc sobie na zakupy polnymi drogami, a momentami nawet bezdrożami, a tu taki przechodzień sobie stoi i nie ma zamiaru zejść, wcina ślimaki, które wypełzły po deszczu. Dziwi nas już fakt, że bocian chodzi po lesie, a nie po łące, ale jeszcze bardziej dziwi nas to, że w ogóle się nie boi. Podjeżdżamy bliżej i nic. Podjeżdżamy jeszcze bliżej, wreszcie odlatuje! Nic z tego jednak, odleciał owszem, ale tylko kilka metrów i dalej tarasuje nam drogę i tak jechaliśmy po kawałku nie chcąc Pana Bociana Szanownego zestresować, aż dojechaliśmy do leśnego ronda, gdzie swobodnie mogliśmy koleżkę ominąć.
Chociaż pogoda nam nie dopisywała, bo raz słońce raz deszcz, to Pan Właściciel Domu postanowił wykosić wreszcie część włości, a trawy w sadzie urosły nam już do pasa, otulając "trawopłotem" również nasze poletko najsłodszych na świecie truskawek. Jak wiadomo kosić sprzętem mechanicznym bardzo długiej i mokrej trawy się nie powinno, a poza tym żyłka wciąż wkręca się w cienkie źdźbła, a na grubych łodygach łopianu i rozsianych jesienią dziczkach drzew owocowych niszczy się tak szybko, że co minutę trzeba ją wymieniać. Dlatego też w celu wykoszenia mokrej trawy Pan Właściciel Domu zamówił w internecie najprawdziwszą kosę manualną wraz z klepiskiem, czy jak to się tam nazywa i ze wszystkimi innymi atrakcjami. Kosa jednak okazała się tępa, a ostrzenie nie pomogło, dlatego też musiał przejść szybki wymyślony kurs klepania kosy. Udało się! Kosa okazała się ostra i spełniała swoją rolę. Tu właśnie zaczyna się kolejna mini ptasia przygoda. Kosząc trawę po pas Pan Właściciel Domu o mało co nie podciął gniazda zawieszonego wśród źdźbeł trawy. Na ziemi wylądował jednak pisklak. Cała ta akcja oczywiście mnie ominęła bo właśnie byłam na spacerze z psem. Pan Właściciel Domu zachował się jednak idealnie i wsadził pisklaka z powrotem na miejsce, przykrył gniazdo trawami tak jak było przykryte wcześniej i natychmiast się oddalił z postanowieniem nie koszenia już w tym miejscu, a kiedy tylko wróciłam poprosił żebym zadzwoniła do fundacji Albatros, mieszczącej się pod Olsztynem, do której już kiedyś wieźliśmy ptaka wyjętego z paszczy Wiedźmy i zapytała co robić, bo przecież może rodzice nie wrócą do pisklaka, od którego czuć będzie zapach człowieka? Pan z Albatrosa był bardzo zadowolony z naszej postawy, chociaż wydaje mi się ona raczej normalna i naturalna, na szczęście powiedział, że mama wróci do pisklaka jeśli nie będziemy im już przeszkadzać. Oczywiście, że nie będziemy, z daleka zaobserwowaliśmy jak w kierunku gniazda śmiga ptak, wlatuje w trawy i po chwili znów wynurza się na powierzchnię – to chyba mama naszego maluszka! Mamy więc nauczkę, żeby trawę kosić regularnie, albo wcale!
Wspomniałam też o poletku truskawek. Na bazarach truskawki już się kończą, a u nas dopiero zaczynają, codziennie na śniadanie jadłam miskę swoich truskawek, tak słodkich, jak żadne bazarowe, czy sklepowe. W pełni korzystaliśmy już również z uroków naszego warzywnika. Największym przebojem jak na razie jest dla mnie groszek, który uwielbiam i już żałuję, że wysiałam go tak mało, jak mi się zwolni miejsce po rzodkiewce to jeszcze dosieję na sierpniowy zbiór. Pięknie rosną też cukinie, dynie i kabaczki, a także kalarepy i kapusty. Nie wiem co się stało z sałatą – jest bardzo gorzka, chociaż zdrowa i piękna (ktoś wie dlaczego mogła zgorzknieć?) na szczęście czeka na flancowanie już następna partia z innego gatunku, może będzie lepiej? Wkurza mnie też bób – zjadają go mszyce. Pierwsze kwiaty zrobiły się czarne i nie wydały owoców. Polewałam gnojówką z pokrzyw i pomogło. Niestety po kilku dniach, kiedy pojawiły się nowe kwiaty mszyce powróciły – znów traktuje je gnojówką, ale obawiam się, że bób nie wyda owoców, mam już spore nowe boby, oby ich mszyce nie zjadły. Poobsadzałam je takimi roślinkami, które swoim zapachem podobno mszyce odstraszają. Jedliśmy już też pierwszą botwinkę – uwielbiam, a rukola już się skończyła i dosiałam nową. Mam też problem ze szpinakiem, który wyrósł mały, wręcz karłowaty i szybko zaczął zawiązywać kwiaty – wyrwałam cały, oby następny urósł lepiej. Pięknie rośnie fasola i mam jej sporo – tu liczę na lepsze plony, ale zobaczymy.
Końcówka urlopu była dość intensywna. Najpierw Noc Sobótkowa we Frączkach – przebieg tej imprezy opisywałam już dwa razy, bo to nasza trzecia taka noc odkąd mieszkamy na Wonnym Wzgórzu. Tym razem nie spotkaliśmy znanych twarzy, z którymi siedzieliśmy rok i dwa lata wcześniej przy wspólnym stole po występach, przyszli za to nasi najbliżsi sąsiedzi i sąsiedzi z Siedliska Pasieka, wraz ze swoimi gośćmi, było więc wyjątkowo wesoło i choć cały dzień padało, to sam wieczór był pogodny i kiedy dziewczęta w wiankach śpiewały pieśni do chłopców, a ci ochoczo odpowiadali po drugiej stronie stawu, słońce pięknie zachodziło tworząc niesamowity klimat. Dzieci, które przyszły z rodzicami też były fantastyczne, bo choć występy za bardzo ich nie interesowały to wczuły się w klimat imprezy. Nie potrzebowały zabawek, do zabawy wystarczyło im świeżo skoszone siano, którym zaczęły się obrzucać w ostatnich promieniach słońca. Tak właśnie wygląda dla mnie beztroska!
Następny dzień był bardzo stresujący. Moja szefowa poprosiła mnie, żebym udekorowała kościół i zrobiła bukieciki na stoły na ślub jej córki. Miało być wiejsko, sielsko, a kolorystyka i kwiaty takie jak i na moim ślubie czyli białe i różowe goździki. Bardzo denerwowałam się, że się nie spodoba. Pierwszą przeszkodą był brak wystarczającej ilości różowych kwiatów u kwiaciarek. Kupiłam ile dało radę, reszta niestety biała. Dzień wcześniej nazbieraliśmy też całą podwórkową wannę rumianków na polu. Kolejnym problemem były naczynia. Miały być gliniaki, słoje... Kilka przywiozła Pani Dyrektor, resztę jednak musiałam zdobyć. Zaczęło się więc opróżnianie domowych naczyń. Problemem miał być też ksiądz proboszcz – dość dziwny pan, fan radia Maryja. Ponieważ zostałam przestrzeżona, że ciężko jest się z nim dogadać, to na wszelki wypadek musiałam stać się bardziej święta niż jestem. Pochwaliłam też parafię i ogród księdza, mówiąc, że to musi być zaszczyt mieć pod sobą tak piękny kościół jak ten w Barczewku i że dla mnie to zaszczyt go dekorować. Ksiądz był kupiony, udało się! Z uśmiechem na ustach otwierał kościół i sam chował swoją kolekcję plastikowych kwiatów sprzed ołtarza (resztę, na której schowanie się nie zgodził wyniosłam po ciuchu kiedy wyszedł), znalazł nawet jakieś dodatkowe gliniane naczynia, które stały niestety w magazynie, bo pod ołtarzem tylko piękne białe, plastikowe wazony. Pomóc na szczęście przyszli przyjaciele rodziny młodych, którzy naprawdę bardzo pomogli i dzięki nim wszystko udało się tak szybko. Oni przycinali rumianki i wkładali je do wazonów, Pan Właściciel Domu sprzątał i nalewał wody, a ja "umajałam" bukiety rumianków goździkami, rozstawiałam po sali naczynia z kwiatami i przewiązywałam ławki koronkami. Myślę, że wyszło pięknie i romantycznie, chociaż musiałam pójść na kilka ustępstw wobec księdza typu okropny obrus na klęczniku, ale to już przecież szczegóły, najważniejsze, że para młoda w tym otoczeniu prezentowała się cudnie.
Tak niestety w zastraszającym tempie minął nam urlop, do pracy jednak wróciliśmy raptem na trzy dni, bo już dziś wieczorem jedziemy do rodziców zostawić Anioła, a w piątek pociągiem do Wrocławia na spotkanie koordynatorów projektu Nieużytki Sztuki (to wyjazd w ramach pracy, ale już nie mogę się doczekać!), o którym już pisałam jakiś czas temu. Terminarz będzie napięty, ale oprócz Muzeum Współczesnego gdzie jest spotkanie koordynatorów z różnych galerii w Polsce mamy zamiar trochę pozwiedzać i po prostu miejsko spędzić czas, bo i nam ludziom ze wsi czasem się należy!
Pozdrawiam ciepło!


środa, 11 czerwca 2014

opowiastka

Upalne lato nam się zrobiło. Cieszy nas to niezwykle, tym bardziej że od jutra mamy urlop, a właściwie od piątku, bo w piątek czeka nas ważne wydarzenie, ale o tym może za jakiś czas napiszę. Powiem, tylko, że Pan Właściciel Domu musi przywdziać garnitur, którego tak nie lubi i zaprezentować, "pobronić" coś nad czym pracował kilka lat – trzymajcie kciuki.
Tymczasem jednak dni upływają na pracy i odpoczynku, pracy i odpoczynku. Odpoczynkiem są np. Kąpiele w jeziorze, które tak uwielbiam i które są idealną rehabilitacją dla mojej wciąż chorej nogi. W tygodniu jeździmy nad Wadąg, bo to po drodze z Olsztyna, w weekendy natomiast jeździmy nad jezioro Blanki oddalone od nas jakieś pięć kilometrów. Plaża jest tam malutka i dzika, często pusta, ponieważ dojechać trzeba drogą bardzo wyboistą, błotnistą, często zalaną przez okoliczne stawy, które ciągną się wzdłuż drogi. Naszym zdaniem da się tam dojechać tylko terenówką, ale zdarzyło nam się spotkać i ludzi w terenowym, starym golfie – a co! Nad Blankami byliśmy więc i w sobotę i w niedzielę. W niedzielę jechaliśmy sobie beztrosko, Anioł bardzo nalegał już na wyjście z auta, a tu nagle:
- kochanie zatrzymaj się – zawołałam.
- co się stało?
- tam leży nasz ręcznik!
- gdzie?
- w tym błocie! - to mój ulubiony ręcznik wysiadłam więc szybko z samochodu i niespodziewanie zapadłam się po kostki w błocie zanurzając w nim moje ulubione tenisówki z dziurą na palcu. Ręcznik jednak został uratowany i szybko wyprany w jeziorze, a potem w pralce.

DZIEŃ WCZEŚNIEJ:

- kochanie nie kładź ręcznika na dachu, bo zapomnisz
- nie zapomnę
- Sebastian ja już wsiadam do samochodu, wziąłeś już ręcznik z dachu?
- Już biorę. - oczywiście przekonana, że ręcznik przyjechał z nami nawet nie zauważyłam jego nieobecności.


Taka krótka opowiastka, tym razem bez zdjęć.
Pozdrawiam ciepło i znikam na jakiś czas (w domu nie mamy internetu)!