środa, 19 października 2016

odeszła

Była najcudowniejszym kotem na świecie. Spała ze mną wtulona, ale kładła się tylko, kiedy przygotowało się jej kawałek kołdry, czy koca, nigdy nie położyła się na łóżku bez pościeli. Wtulała się we mnie, a ja spałam tak ostrożnie, żeby jej nie obudzić. Potrafiła całą noc trzymać łapkę w mojej ręce. Kiedy mnie coś bolało, uderzyłam się, natychmiast pojawiała się nie wiadomo skąd, jakby chciała się upewnić, czy to nic poważnego. Pukała w okno, kiedy chciała wejść, lub wyjść, podobnie w lodówkę, kiedy miała ochotę na coś niekociego. Chodziła na spacery z nami i Miejskim Psem. Przeprowadzała się z nami trzy razy i zawsze świetnie się odnajdowała. To Pan Właściciel Domu znalazł ją, kiedy jeszcze nawet nie mieszkaliśmy razem i wpuścił ją do mojej kawalerki. Była indywidualistką, ale jednocześnie kochała mnie miłością bardziej psią niż kocią. Kilka razy rzuciła się na psa w mojej obronie, bo uważała, że nasza zabawa jest zbyt agresywna. Raz nawet obroniła mnie przed psem, który gryzł mnie zupełnie na poważnie. Wyleciała wtedy z pazurami i pies naprawdę się przestraszył! Ja jej nie obroniłam. Tak naprawdę nie wiem co się stało. Wyszła 8.10.2016 około 5.00 rano i nie wróciła. Nigdy nie znikała na tyle czasu. Koło 10.00 zaczęliśmy szukać, ale wiedziałam już, że stało się coś złego. Po prostu to czułam. W strugach deszcze zeszliśmy pobliski las, weszliśmy do sąsiada przez płot, bo często polowała u niego w stodole, przeszukaliśmy po prostu wszystko co się dało, zajrzeliśmy do każdej dziury. Tu nie ma ludzi, żaden człowiek nie mógł jej skrzywdzić. Jeździliśmy po okolicy, wołaliśmy po imieniu – zawsze przybiegała na wołanie, poznawała też dźwięk silnika naszego samochodu. Nic.
Kilka dni później psy na podwórku dopadły lisa. Zabrałam je, ale było za późno, lis męczył się jeszcze przez kilka minut i zdechł. Myślę, że to on był winny zniknięcia mojej ukochanej kotki. Przecisnął się pod ogrodzeniem. Na oknie wciaz stoi miseczka, wszędzie są odciski łapek, a ja jakoś nie mogę ich zetrzeć.
Czas otworzyć się na nowego lokatora na Wonnym Wzgórzu.

12 komentarzy:

  1. Przykro mi. Zawsze żal ściska, gdy odchodzi ktoś bliski, nie ważne czy chodził na dwóch, czy czterech nogach, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Czuję mocno to co napisalaś. Bardzo Ci wspólczuję ...
    Ściskam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Przykro . Niestety tak jest z kotami . U nas już kilka wyszło i nie wróciło . Nawet z psem poszliśmy do lasu i również pobiegł w las i nie wrócił . Tak to jest . Trzymaj się i pozdrawiam .

    OdpowiedzUsuń
  4. a ja wierze Natalko, że wróci...
    Może potrzebuje więcej czasu na swoje kocie sprawy...

    OdpowiedzUsuń
  5. Miałam nadzieję, że wróci. Wierzyłam, że wróci... Ale wiem, że Ty wiesz lepiej.
    Widziałam Twoje nowe kociaczki. I myślę, że Wiedźma jest - gdziekolwiek jest - szczęśliwa, że daliście im super fajne życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Inkwizycjo... Wiem, że to szybko, ale wiem też, że Wiedźma nie żyje. Tak naprawdę wiedziałam to od razu, chociaż szukałam. Potem szukałam już ciałka, ale nie znalazłam nawet śladu. Kociaki są cudowne, malutkie, głupiutkie, ale i tak wciąż kręci mi się łezka w oku, jak myślę o mojej ukochanej kotce.

      Usuń
  6. Tak to jest. U nas na wsi wychodzący kot to kot martwy. Dlatego nasz - po transfuzji i ciężkim leczeniu - już nie wychodzi, poza tym, że na smyczy;) Trudno. A i psa nigdy nie spuszczam ze smyczy w lesie, bez smyczy biega sobie po ugorze, musi mu wystarczyć. W ten sposób odwlekamy chwilę rozstania. Tylko tak możemy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasze psy też tylko na smyczy, lub po ogrodzonym terenie Kotka jak ją wzięliśmy była pół dzika, nie dało się inaczej. Kocie dzieci, które teraz z nami mieszkają nie będą wychodzić.

      Usuń
  7. :(
    Jest takie utarte sformułowanie "łączę się w smutku". Ale chyba dlatego jest utarte, że oddaje dokładnie to uczucie. Więc... łączę się.

    OdpowiedzUsuń