Spokojnie nam ostatnio życie płynie. Tak już chyba bywa, że po nerwach związanych z tym, że poprzedni samochód już po prostu "się skończył" i z emocjami towarzyszącymi kupnu kolejnego musi nastać odrobina spokoju. Walentynek nigdy nie obchodzimy. Wychodzimy z założenia, że jak ludzie się kochają to mają walentynki codziennie, dnia kota też nie obchodzimy, bo nasza najbardziej rozpieszczona istota, która potrafi ukraść wędlinę z kanapki również ma swoje święto cały czas (bo jak się kocha kota to... wiadomo). Mimo to Pan Właściciel Domu zrobił mi niespodziankę i w piątek czternastego lutego zaprosił mnie do kina, na wielce romantyczny film "Pod mocnym Aniołem". Że to akurat w dzień walentynek, to przypadek zupełny, ważne, że piątek i nie trzeba było myśleć o wstawaniu do pracy. Film niezwykle walentynkowy (hehe), kto widział ten wie, kto nie widział temu polecam. W każdym razie lekka trauma po nim zostanie nam chyba w głowach na długo.
W sobotę po walentynkach natomiast mieliśmy bardzo ważnego gościa. Zabrałam się więc za gotowanie obiadu i pieczenie ciasta. Ksiądz – bo o nim tu mowa przyjechał punktualnie, przywiózł nam bardzo ładny kalendarz z Madonnami, bo jak powiedział "tak myślałem, że dla was raczej Madonny, niż papież", wyświęcił chałupę i...
"Zobaczycie teraz jak wygląda ksiądz pod spodem" – popatrzyliśmy na siebie zdziwieni, a ksiądz hop koloratkę wyjął i hop sutannę zrzucił i po cywilnemu już z nami zasiadł. Ksiądz w naszej parafii to, jak już kilkukrotnie pisałam naprawdę fajny gość, dlatego miło spędziliśmy czas i dlatego chce się go zapraszać. Oczywiście duszpasterz nie był nam dłużny i zaprosił nas do siebie do kościoła. Tu nastały chwilowe tłumaczenia, czemu nas tam jeszcze nie widział, co skwitował jasno: - Nie pogrążajcie się. - Jak co roku stanęło na tym, że wreszcie się tam pojawimy.
Tydzień znów zaczął się od spotkań z Wojtkiem od terenówek. Wojtek przetransportował naszą starą Vitarę z parkingu do warsztatu. Przetransportował ją w sposób dla nas dość dziwny, a dla niego chyba charakterystyczny. Po prostu do niej wsiadł i ruszył polnymi drogami tak szybko, jak my nigdy nią nie jeździliśmy, a my chcieliśmy brać lawetę... Pan Właściciel Domu starał się utrzymać tępo. Ja starałam się nie patrzeć jak nasze stare autko jechało sobie, a podwozie sobie. Miałam wrażenie jakby zaraz buda miała odpaść od podwozia, a koła potoczyć się gdzieś hen. Dojechaliśmy jednak szczęśliwie do warsztatu, gdzie Wojtek wziął się za demolowanie starej Vitary. Powykręcał z niej wszystko co się dało, poczynając od radia, wszystkich obudów, drzwi, światełek, kończąc na amortyzatorach, jakiś tam sprężynach i Bóg wie czym jeszcze. Teraz samochód w środku wygląda jak znaleziony na złomie, chociaż i tak już niewiele mu do takiego wyglądu brakowało wcześniej. Mimo to dwóch kupców (mechaników – kolegów Wojtka) prawie się o nią bije. Następnego dnia znów umówiliśmy się rano z Wojtkiem. Pojechaliśmy pod jego blok, dzwoniliśmy przez jakiś czas, ale Wojtek nie odpowiadał. Zrezygnowaliśmy wreszcie i ruszyliśmy do pracy. Popołudniu się odezwał i poinformował nas, że zatruł się pizzą i nie dał rady rano wstać, bo bardzo źle się czuł. "Gdyby to nie była tak głupia wymówka, że aż niemożliwa, to chyba bym mu nie uwierzył" – stwierdził Sebastian. Następnego dnia rano znów pojechaliśmy po Wojtka, tym razem wstał, chociaż twierdził, że pizza go trzyma. Na mój gust był po prostu pijany i na kilometr czuć było od niego dymem, na pewno nie papierosowym, ani z ogniska. Okazało się, że tę felerną pizzę owszem zjadł, ale popił ją dużą ilością piwa i zapalił do tego sporo różnych rzeczy. Wojtek jednak święcie wierzy, że to pizza mu zaszkodziła. No cóż, skoro codziennie robi to samo, a raz akurat zjadł pizze, to co miało na niego zły wpływ? To chyba jasne, że pizza! Wypił jednak litrową colę (ach to zdrowe odżywianie Wojtka), co postawiło go na nogi i zajął się w końcu naszym samochodem. Oprócz całego dobra, które przy nim zrobił, to połamał schowek, zgubił obcęgi, które Pan Właściciel Domu miał w środku i niechcący zabrał czapkę Sebastiana, co Pan Właściciel Domu podsumował słowami: "Niech sobie lepiej już ją weźmie". Założył też nowe amortyzatory, które okazały się za krótkie i tył samochodu stuka. To "walenie" naprawił wkładając do bagażnika cegły, których mój mąż pozbył się na pierwszym zakręcie. Jeszcze jego naprawa silnika była rewelacyjna. Nie chciał żebyśmy wydawali pieniądze na uszczelkę, która kosztuje pewnie z całe 20 zł, więc silnik obłożył kartonami. W autku po czarach Wojtka został niezły bałagan, zanim więc Sebastian ruszył po mnie do pracy, to wziął się za wyrzucanie śmieci. Wszędzie leżą fragmenty silnika, jakieś nowe i stare części i różne inne dziwadła. Nasz mechanik wymyślił i zadanie dla mnie, ponieważ nasz dwudziesto ponad letni samochód ma oryginalną instrukcję obsługi w postaci grubej cegły. "Ty Natalka to mi wyglądasz na taką co lubi czytać książki co?" - Kiwnęłam głową. -"No to zaznaczyłem Ci rozdziały przeznaczone dla ciebie." "Pewnie o sprzątaniu?" "Zgadłaś. O sprzątaniu i pielęgnacji wnętrza i podwozia, chyba, że będziesz chciała jeździć, to jeszcze rozdział trzeci Ci zaznaczę."
W przyszłym tygodniu na szczęście będzie zajmował się tym co potrafi najlepiej, czyli konserwacją ramy, mostami i podwoziem. Tutaj też trzeba go pilnować. Wojtek wymyślił bowiem sobie, że wstawi nam podwozie, które kosztuje prawie tyle ile zapłaciliśmy za samochód. Mówi, że każde inne jest beznadziejne. Ciężko mu wytłumaczyć, że to nasze jest OK i potrzebujemy tylko zwykłych amortyzatorów (każde są beznadziejne, oprócz tych z tamtego podwozia), bo jeździmy po terenie tylko kilka minut dziennie, a większość po asfalcie i że nie ma być to samochód do orania pola, czy na wyprawy po klamki w błocie. Wojtek jednak twierdzi, że to podwozie, które chce nam wstawić, jest tak dobre, że przeżyje samochód. Tylko po co nam potem samo niezniszczalne podwozie? W tej kwestii musimy postawić na swoim. Trzymajcie więc kciuki za asertywność Pana Właściciela Samochodu ;-)
Pozdrawiam ciepło i wiosennie. Wreszcie i u nas główki wystawiły przebiśniegi.
piątek, 21 lutego 2014
wtorek, 18 lutego 2014
Krzyk wiosny
To, że natura kołem się toczy to prawda wiadoma nie od dzisiaj. Mieszkając jednak na wsi już prawie od trzech lat, a w każdym razie przeżywając tu już trzecią zimę widzę, tę niesamowitą powtarzalność dużo wyraźniej. Na wielu blogach o wiośnie czytam już od dawna. U nas na północy kraju ta wiosna aż taka oczywista nie jest. Śniegi roztopiły się prawie całkowicie, z Wonnego Wzgórza spływają strumienie, stawy i rozlewiska pokryte są jeszcze co prawda grubą warstwą lodu, ale tafla stała się mokra i miękka. Pączki na drzewach zaczynają jakby lekko nabrzmiewać, a może po prostu bardzo chcę to widzieć? Sikorki z upodobaniem noszą trawy i suche gałązki do budek lęgowych na naszym ptasim drzewie, to że szykują się do wiosny nie przeszkadza im też w korzystaniu wciąż z naszej iście zimowej ptasiej stołówki, która jeszcze póki co funkcjonuje. Noce nadal są mroźne, poranne słońce zamienia jednak dość szybko pozamarzane koleiny na drodze dojazdowej do naszej chatki, w miękkie grzęzawisko. Dziś rano jednak usłyszałam dźwięk, który niezaprzeczalnie jest już symbolem zbliżającej się wielkimi krokami wiosny. Żurawie krzycząc niemiłosiernie majestatycznie przelatywały nad dachem naszego domu. Potem zleciały w dolinę i tam za pewne zaszyły się wśród leśnych rozlewisk, dając jedynie o sobie znać wciąż mocno słyszalnym klangorem. Oprócz nich w przestrzeni powietrznej zauważyć też można klucze gęsi, kaczek i wielu innych mniejszych ptaków. Wiosna zbliża się i do nas na północ!


wtorek, 11 lutego 2014
Wojtek - mechanik
Jest samochód. Po długich oczekiwaniach na telefon, po oględzinach pierwszego typu, który okazał się rozpadać, udało się wreszcie osiągnąć cel. Długo w piątkową noc czekałam jeszcze na Pana Właściciela Domu, który wracał świeżo zakupioną Vitarą. Na szczęście dopiero po jego powrocie dowiedziałam się, że auto miało letnie i łyse opony. Umarłabym chyba z nerwów, gdybym wiedziała wcześniej. Potem do godziny czwartej rano mąż opowiadał mi o dziwnej podróży z Wojtkiem. Wojtek, to jak wcześniej wspominałam mój kolega z klasy z podstawówki, spotkany po latach, trzy lata temu, kiedy akurat potrzebowaliśmy samochodu terenowego. Wojtek jest mechanikiem i zajmuje się samochodami terenowymi. Buduje samochody od podstaw, budował też auto dla najbardziej znanego olsztyńskiego rajdowca. W szkole był największym rozrabiaką, albo, jak sam teraz stwierdził, tak był po prostu postrzegany. Wojtek zna się świetnie na samochodach, które są jego wielką pasją. Wojtek jest również nadpobudliwy, a ja uważam, że oprócz tego, że trochę urósł, to za bardzo od klas 1-3 się nie zmienił.
Pierwsze auto oglądali w Brzeźnie, niestety było tak skorodowane, że Wojtek spędził pod nim około dwadzieścia sekund. Pojechali. Drugi samochód był do obejrzenia dopiero po godzinie czternastej. Siedziałam w pracy jak na szpilkach, bo nikt nie dawał mi znać. Dowiedziałam się od mojego taty, który pojechał z chłopakami (Wojtek nie ma prawa jazdy, a musiał być drugi kierowca, swoją drogą widzieliście kiedyś mechanika bez prawa jazdy?!), że Vitara nr 2 jest w dobrym stanie i że Wojtek ją pochwalił. Sprzedawał ją młody chłopak, który podobno miał kaprys żeby pojeździć sobie terenówką, ale ma daleko do dziewczyny, więc chce kupić coś co będzie lepsze na dłuższe trasy. Miał też w domu kanał, na którym pozwolił Wojtkowi po obstukiwać auto. Nasz mechanik przebrał się w fachowy kombinezon, a jeszcze właściciel samochodu i jego rodzice, patrzyli zszokowani i chyba trochę przerażeni jak ten wali młotkiem w podwozie samochodu. Obok Vitary stał nowiutki Golf rodziców chłopaka, którzy nie omieszkali się pochwalić, że mają taki ładny i zupełnie nowy samochód. "To coś?" - oburzył się Wojtek. "Nawet jakby mi dopłacali to i tak bym nie zamienił tego na tę Vitarę!" - wyparował, po czym zrobił wykład na temat beznadziejności golfów i w ogóle beznadziejności wszystkiego co nie jest terenowe. Gospodarze patrzyli po sobie, a Pan Właściciel Domu śmiał się w duchu.
O 18.00 Wojtek zadzwonił z informacją, że wracają zakupionym właśnie autem. Teraz dopiero się zaczęło. Jak opowiada Pan Właściciel Domu, Wojtek był w swoim żywiole. Wreszcie nie jechał jakąś tam osobówką, a niedużą, ale jednak terenówką. Nie było też mojego taty, przy którym pewnie trochę się hamował. Oczywiście w autku nie wszystko było idealnie. Brakowało żarówek przy wyświetlaczach, nie działał jeden głośnik z tyłu. Wojtek podczas jazdy postanowił powykręcać mniej ważne żarówki i powkręcać je tam, gdzie są bardziej potrzebne, chociaż chyba podobał mu się fakt, że nie było widać ile jest na liczniku prędkości. Potem zaczął przechodzić z przodu na tylne siedzenia i naprawiać głośniki, skakał, nie mógł usiedzieć w miejscu. Kiedy nie miał już co robić to zaczął "wypędzać z samochodu wilgoć" – polegało to na otwarciu wszystkich szyb w rozpędzonym aucie. Pan Właściciel Domu, jak potem skwitował właśnie Wojtek w pewnych sprawach był jednak nieugięty. Ta nieugiętość polegała na zabranianiu rozkręcania radia i prędkościomierza i takich tam szczegółach. Ich rozmowy też były niezwykłe. Wojtek powiedział, że zajmie się regulacją Vitary, w którą trzeba troszkę jeszcze pracy i pieniędzy włożyć. "Zobaczysz – mówił, jak to on – zrobimy ją tak, że będziesz mógł przejeżdżać koryta suchych rzek, a i pływać w tych mokrych, będziesz mógł brodzić w błocie po klamki i jeździć po każdych bezdrożach". Na nic zdawały się tłumaczenia, że musimy tylko dojechać do domu i nic więcej, a żadna rzeka ani sucha, ani mokra nam drogi nie przecina. Potem mój mąż zaczął wypytywać się o ceny robocizny. Wg Wojtka zrobienie czegoś tam czegoś będzie trwało trzy dni i kosztowało dwie flaszki. "A da się zrobić w dwa dni za trzy flaszki?" - zażartował Sebastian. Wojtek jednak z pełną powagą odpowiedział, że to jeszcze lepiej i że oczywiście. Następna usługa Wojtka miała kosztować trzy ciasta. "Co to są te trzy ciasta?" - zapytał Pan Właściciel Domu sądząc, że to jakiś slang. "No normalnie, trzy blachy ciasta, bo ja lubię ciasto" – skwitował Wojtek.
Tak wreszcie dojechali do Olsztyna koło 12.00 w nocy. Sebastian zawiózł Wojtka na imprezę, a sam zmęczony wrócił do domu. Przez te pół godziny jazdy Pana Właściciela Domu z Olsztyna do Studzianki Wojtek zadzwonił do mnie ze trzy razy z pytaniami czy już dojechał, bo przecież tak dawno się pożegnali, że już na pewno powinien być w domu (potęgował moje nerwy) i czy już umył samochód. Zdziwił się trochę, jak dowiedział się, że raczej po nocy Sebastian samochodu nie będzie mył. Pochwalił się też zarówno mnie, jak i podobno swojej dziewczynie, że Sebastian wytrzymał z nim aż trzynaście godzin, bo nigdy nikt z nim jeszcze tyle bez przerwy nie wytrzymał.
Autko jest bardzo fajne. Takie jak tamto, tylko długie, z twardym dachem (nie pada więc w nim deszcz, ani tym bardziej śnieg), ma ogrzewanie i jest zadbane, jak na dwudziestoletni samochód. W poniedziałek byliśmy u Wojtka na pierwszych poprawkach i spędziliśmy w warsztacie u jego taty cały dzień, ale to już kolejna długa historia.
Pierwsze auto oglądali w Brzeźnie, niestety było tak skorodowane, że Wojtek spędził pod nim około dwadzieścia sekund. Pojechali. Drugi samochód był do obejrzenia dopiero po godzinie czternastej. Siedziałam w pracy jak na szpilkach, bo nikt nie dawał mi znać. Dowiedziałam się od mojego taty, który pojechał z chłopakami (Wojtek nie ma prawa jazdy, a musiał być drugi kierowca, swoją drogą widzieliście kiedyś mechanika bez prawa jazdy?!), że Vitara nr 2 jest w dobrym stanie i że Wojtek ją pochwalił. Sprzedawał ją młody chłopak, który podobno miał kaprys żeby pojeździć sobie terenówką, ale ma daleko do dziewczyny, więc chce kupić coś co będzie lepsze na dłuższe trasy. Miał też w domu kanał, na którym pozwolił Wojtkowi po obstukiwać auto. Nasz mechanik przebrał się w fachowy kombinezon, a jeszcze właściciel samochodu i jego rodzice, patrzyli zszokowani i chyba trochę przerażeni jak ten wali młotkiem w podwozie samochodu. Obok Vitary stał nowiutki Golf rodziców chłopaka, którzy nie omieszkali się pochwalić, że mają taki ładny i zupełnie nowy samochód. "To coś?" - oburzył się Wojtek. "Nawet jakby mi dopłacali to i tak bym nie zamienił tego na tę Vitarę!" - wyparował, po czym zrobił wykład na temat beznadziejności golfów i w ogóle beznadziejności wszystkiego co nie jest terenowe. Gospodarze patrzyli po sobie, a Pan Właściciel Domu śmiał się w duchu.
O 18.00 Wojtek zadzwonił z informacją, że wracają zakupionym właśnie autem. Teraz dopiero się zaczęło. Jak opowiada Pan Właściciel Domu, Wojtek był w swoim żywiole. Wreszcie nie jechał jakąś tam osobówką, a niedużą, ale jednak terenówką. Nie było też mojego taty, przy którym pewnie trochę się hamował. Oczywiście w autku nie wszystko było idealnie. Brakowało żarówek przy wyświetlaczach, nie działał jeden głośnik z tyłu. Wojtek podczas jazdy postanowił powykręcać mniej ważne żarówki i powkręcać je tam, gdzie są bardziej potrzebne, chociaż chyba podobał mu się fakt, że nie było widać ile jest na liczniku prędkości. Potem zaczął przechodzić z przodu na tylne siedzenia i naprawiać głośniki, skakał, nie mógł usiedzieć w miejscu. Kiedy nie miał już co robić to zaczął "wypędzać z samochodu wilgoć" – polegało to na otwarciu wszystkich szyb w rozpędzonym aucie. Pan Właściciel Domu, jak potem skwitował właśnie Wojtek w pewnych sprawach był jednak nieugięty. Ta nieugiętość polegała na zabranianiu rozkręcania radia i prędkościomierza i takich tam szczegółach. Ich rozmowy też były niezwykłe. Wojtek powiedział, że zajmie się regulacją Vitary, w którą trzeba troszkę jeszcze pracy i pieniędzy włożyć. "Zobaczysz – mówił, jak to on – zrobimy ją tak, że będziesz mógł przejeżdżać koryta suchych rzek, a i pływać w tych mokrych, będziesz mógł brodzić w błocie po klamki i jeździć po każdych bezdrożach". Na nic zdawały się tłumaczenia, że musimy tylko dojechać do domu i nic więcej, a żadna rzeka ani sucha, ani mokra nam drogi nie przecina. Potem mój mąż zaczął wypytywać się o ceny robocizny. Wg Wojtka zrobienie czegoś tam czegoś będzie trwało trzy dni i kosztowało dwie flaszki. "A da się zrobić w dwa dni za trzy flaszki?" - zażartował Sebastian. Wojtek jednak z pełną powagą odpowiedział, że to jeszcze lepiej i że oczywiście. Następna usługa Wojtka miała kosztować trzy ciasta. "Co to są te trzy ciasta?" - zapytał Pan Właściciel Domu sądząc, że to jakiś slang. "No normalnie, trzy blachy ciasta, bo ja lubię ciasto" – skwitował Wojtek.
Tak wreszcie dojechali do Olsztyna koło 12.00 w nocy. Sebastian zawiózł Wojtka na imprezę, a sam zmęczony wrócił do domu. Przez te pół godziny jazdy Pana Właściciela Domu z Olsztyna do Studzianki Wojtek zadzwonił do mnie ze trzy razy z pytaniami czy już dojechał, bo przecież tak dawno się pożegnali, że już na pewno powinien być w domu (potęgował moje nerwy) i czy już umył samochód. Zdziwił się trochę, jak dowiedział się, że raczej po nocy Sebastian samochodu nie będzie mył. Pochwalił się też zarówno mnie, jak i podobno swojej dziewczynie, że Sebastian wytrzymał z nim aż trzynaście godzin, bo nigdy nikt z nim jeszcze tyle bez przerwy nie wytrzymał.
Autko jest bardzo fajne. Takie jak tamto, tylko długie, z twardym dachem (nie pada więc w nim deszcz, ani tym bardziej śnieg), ma ogrzewanie i jest zadbane, jak na dwudziestoletni samochód. W poniedziałek byliśmy u Wojtka na pierwszych poprawkach i spędziliśmy w warsztacie u jego taty cały dzień, ale to już kolejna długa historia.
piątek, 7 lutego 2014
Od motoryzacji mały oddech
Dobrze, że ten tydzień już się kończy, bo był zły, bardzo zły. Pan Właściciel Domu pojechał właśnie z moim tatą i kolegą – Wojtkiem w okolice Gdańska oglądać samochody, mnie odwiózł do pracy gdzie czeka mnie jeszcze dzisiaj jedna grupa małych, rozkrzyczanych i rozkosznych szkrabów, którym trzeba będzie pokazać jak mieszać kolory. W tym tygodniu nie dość, że skończył się węgiel – pogoda na szczęście ładna i w domu jest aż za ciepło, popsuł się samochód i okazało się, że naprawianie go nie ma sensu, to jeszcze przez kilka dni chodziłam do pracy z gorączką. Były jednak także malutkie iskierki pozytywów:
Przedszkolaki uczyły się mieszać kolory na zajęciach pod tytułem "Zabawa kolorem", miały namalować pory roku.
- Co namalowałeś Karolku?
- to płonący dom po wybuchu gazu.
- przecież miały być pory roku.
- to płonący dom po wybuchu gazu zimą – odpowiedział zadowolony z siebie Karol, po czym dodał: - może pani dać mi jeszcze kilka małych kartek, to zapisałbym innym dzieciom numery alarmowe, żeby wiedzieli gdzie w razie czego można dzwonić. - Jego tata jest strażakiem.
- Proszę pani – Karol podbiegł do mnie znów przed wyjściem z galerii – a wie pani, że mam przy sobie jabłuszko do zjeżdżania?
- To chyba sprzęt który zawsze warto mieć zimą, może się przecież trafić jakaś górka, tak?
- To też, ale jak ktoś będzie się topił w przeręblu, to mogę mu je podać i go wciągnąć, bo nie można nigdy podawać ręki. - Podpowiadam więc Wam wszystkim, żebyście za radą Karola zawsze mieli przy sobie jabłuszka do zjeżdżania.
Zajęcia następnego dnia. Boli mnie głowa, przyszły dwie grupy na raz, bo się coś komuś pomyliło. Przyjmujemy grupy do dwudziestu pięciu osób, tym czasem jedna dwudziestka piątka kręci się już po sali, pozostałe dwadzieścia osiem siedzi na podłodze i krzyczy, że chce malować, przyszło jeszcze kilkoro indywidualnie z rodzicami i nimi też trzeba się zająć. Hałas okropny, brakuje pędzli, próbuję dzieci przekrzyczeć, wychowawcy nie reagują. W końcu kiedy każdy ma już farbki, kartki, paletki, pędzelki i kiedy każde z dzieci zadało pytanie "Jak się robi zielony kolor?" przynajmniej dwa razy, siadam na chwilę na krześle. Jest mi gorąco, ledwo mówię i znów kuśtykam.
- Proszę pani – podchodzi do mnie mały, słodki, cały różowy aniołek z kucykami – pani to mi się tak bardzo podoba...
- dziękuję – odpowiadam i słyszę dalej:
- bo pani ma takie duże okrągłe oczy i taką czerwoną skórę, że wygląda pani jak klaun, a zapnie mi pani buta? - zapinam buta i okazuje się, że dzieci właśnie kończą malować. Każde chce się pochwalić portretem emocjonalnym, zainspirowanym zdjęciami Barbary Yoshidy, które wiszą na ścianie.
- Proszę pani ładnie?
- A skąd ten pomysł? - odpowiadam pytaniem na pytanie, widząc że sześcioletni chłopiec namalował wielki goły biust na środku kartki.
- zainspirowałem się tak jak pani mówiła zdjęciem. - wśród osiemdziesięciu zdjęć – portretów, jest jeden akt, akurat to zdjęcie zwróciło jego uwagę.
- No tak, ale na tym zdjęciu ta pani jest zupełnie bez ubrania, a u ciebie widać tylko piersi.
- Bo ona taka za goła, więc niżej przykryłem ją kocem – odpowiada zadowolony i wciąż czeka na pochwały. Chwalę oczywiście, że pięknie poprawił dzieło artystki. Potem czekam aż podejdzie do mnie następnych trzydzieścioro, w tym kilku Franków i ze cztery Agatki, które namalowały praktycznie identyczne prace, ale każde z nich oczekuje na indywidualny komplement, a ja dwoje się i troje, żeby je swoją opinią uszczęśliwić. "Bardzo ładnie" z pewnością nie wystarczy ;-)
Dzisiaj będą próbować namalować ruch. Zobaczymy co za perełki przyniesie ten dzień ;-)
Trzymajcie kciuki za samochód!
Przedszkolaki uczyły się mieszać kolory na zajęciach pod tytułem "Zabawa kolorem", miały namalować pory roku.
- Co namalowałeś Karolku?
- to płonący dom po wybuchu gazu.
- przecież miały być pory roku.
- to płonący dom po wybuchu gazu zimą – odpowiedział zadowolony z siebie Karol, po czym dodał: - może pani dać mi jeszcze kilka małych kartek, to zapisałbym innym dzieciom numery alarmowe, żeby wiedzieli gdzie w razie czego można dzwonić. - Jego tata jest strażakiem.
- Proszę pani – Karol podbiegł do mnie znów przed wyjściem z galerii – a wie pani, że mam przy sobie jabłuszko do zjeżdżania?
- To chyba sprzęt który zawsze warto mieć zimą, może się przecież trafić jakaś górka, tak?
- To też, ale jak ktoś będzie się topił w przeręblu, to mogę mu je podać i go wciągnąć, bo nie można nigdy podawać ręki. - Podpowiadam więc Wam wszystkim, żebyście za radą Karola zawsze mieli przy sobie jabłuszka do zjeżdżania.
Zajęcia następnego dnia. Boli mnie głowa, przyszły dwie grupy na raz, bo się coś komuś pomyliło. Przyjmujemy grupy do dwudziestu pięciu osób, tym czasem jedna dwudziestka piątka kręci się już po sali, pozostałe dwadzieścia osiem siedzi na podłodze i krzyczy, że chce malować, przyszło jeszcze kilkoro indywidualnie z rodzicami i nimi też trzeba się zająć. Hałas okropny, brakuje pędzli, próbuję dzieci przekrzyczeć, wychowawcy nie reagują. W końcu kiedy każdy ma już farbki, kartki, paletki, pędzelki i kiedy każde z dzieci zadało pytanie "Jak się robi zielony kolor?" przynajmniej dwa razy, siadam na chwilę na krześle. Jest mi gorąco, ledwo mówię i znów kuśtykam.
- Proszę pani – podchodzi do mnie mały, słodki, cały różowy aniołek z kucykami – pani to mi się tak bardzo podoba...
- dziękuję – odpowiadam i słyszę dalej:
- bo pani ma takie duże okrągłe oczy i taką czerwoną skórę, że wygląda pani jak klaun, a zapnie mi pani buta? - zapinam buta i okazuje się, że dzieci właśnie kończą malować. Każde chce się pochwalić portretem emocjonalnym, zainspirowanym zdjęciami Barbary Yoshidy, które wiszą na ścianie.
- Proszę pani ładnie?
- A skąd ten pomysł? - odpowiadam pytaniem na pytanie, widząc że sześcioletni chłopiec namalował wielki goły biust na środku kartki.
- zainspirowałem się tak jak pani mówiła zdjęciem. - wśród osiemdziesięciu zdjęć – portretów, jest jeden akt, akurat to zdjęcie zwróciło jego uwagę.
- No tak, ale na tym zdjęciu ta pani jest zupełnie bez ubrania, a u ciebie widać tylko piersi.
- Bo ona taka za goła, więc niżej przykryłem ją kocem – odpowiada zadowolony i wciąż czeka na pochwały. Chwalę oczywiście, że pięknie poprawił dzieło artystki. Potem czekam aż podejdzie do mnie następnych trzydzieścioro, w tym kilku Franków i ze cztery Agatki, które namalowały praktycznie identyczne prace, ale każde z nich oczekuje na indywidualny komplement, a ja dwoje się i troje, żeby je swoją opinią uszczęśliwić. "Bardzo ładnie" z pewnością nie wystarczy ;-)
Dzisiaj będą próbować namalować ruch. Zobaczymy co za perełki przyniesie ten dzień ;-)
Trzymajcie kciuki za samochód!
czwartek, 6 lutego 2014
Post motoryzacyjny
Jak nie kijem go to pałką.
Nasza Vitara nadaje się już tylko na złom. Ma już tak przegniłą ramę, że nie ma sensu jej kolejny raz spawać. Kiedy kupowaliśmy trzy lata temu to niewielkie autko, to dyskutowało na jego temat dwóch mechaników – ojciec i syn. Syn optymista mówił: "bierzcie – fajne autko", ojciec pesymista na to: "to nie ma najmniejszego sensu". Zgadzali się jednak w jednej sprawie: "ze trzy lata pojeździcie". Tak też się stało. Ramy niestety nie opłaca się wymieniać zostaliśmy więc bez środka transportu.
Sytuacja rysuje się tak:
Przez dwa dni jeździliśmy z sąsiadami, ale oni jeżdżą do pracy na 7.00, a my oboje na 9.00, wychodzą też wcześniej niż my, a my nie możemy się tyle zrywać. Do naszej wsi dojeżdża tylko jeden autobus, ale jest on jeszcze wcześniej niż sąsiedzi, poza tym z przystanku jest za daleko dla mojej chorej nogi, tym bardziej nie wchodzi więc w grę jazda autobusem do sąsiedniej wsi i eskapada kilka kilometrów do domu.
Na kilka dni przyjechał mój tata i jeździmy jego samochodem. Póki co droga jest dobrze odśnieżona i da radę nim do nas wjechać, mimo bardzo niskiego podwozia, chociaż wczoraj oczywiście udało nam się zawiesić i tata z mężem wyciągnęli samochód z zaspy dopiero dzisiaj rano.
Wyjście jest jedno. Trzeba jak najszybciej kupić nowe (nowe-stare oczywiście) auto. Co będzie jednak tak ekonomiczne jak Vitara, co będzie miało tak tanie części jak Vitara i co będzie terenowe? Odpowiedź brzmi – Vitara. Szukamy więc na gwałt w naszym i sąsiednich województwach Suzuki Vitary. W naszej starej dwudziestopięcioletniej Vitarze wszystkie części poza nieszczęsną ramą są dobre, będą więc służyć do ewentualnej wymiany, kiedy coś zepsuje się w nowo zakupionym aucie.
Mimo znacznego kryzysu, którego widmo rozciąga się przed nami, Pan Właściciel Domu jest dobrej myśli, więc dobrej myśli jestem i ja. "Kochanie nie martw się kupimy sobie kolejne małe, terenowe autko i będziemy je powoli niszczyć" – mówi. "Poza tym każdy grat, jakiego kupimy i tak będzie bardziej komfortowy niż nasza stara Vitara" – dodaje. Ma rację. Mimo, że teraz jeździmy kilkuletnią Toyotą mojego taty ze wszystkimi bajerami (dla nas bajer to nawet sprawne ogrzewanie), która niby jest taka fajna, to mąż narzeka: "boję się jechać nią nawet po asfalcie, bo zaczepia o każdą dziurę, chodzi tak cicho, że nie słyszę czy w ogóle już ją odpaliłem, to nie to co nasza kochana Vitara". Przypominam mu więc słowa sprzed raptem kilku dni, kiedy klął na Vitarę i mówił jak to nie znosi tego samochodu i jak bardzo ma go dosyć. "Tyle samo jest złości na to auto co i sentymentu" – podsumował. W sumie nawet tej złości na Vitarę się nie dziwię. Kiedy na dworze jest zimno, a w baku było mniej niż połowa paliwa, to co chwilę gasła, jej dach (a właściwie plandeka, bo to kabriolet była dziurawa, częściowo pozaklejana taśmą, a na złączeniach nieszczelna, ogrzewanie właściwie nie działało. Szyby musieliśmy rozmrażać dużo wcześniej przed wyjazdem z domu, kiedy wsiadaliśmy do auta, to siedzenia, kierownica – wszystko – pokryte było szronem, albo wilgotne (zależnie od pory roku). Wiatr w niej wiał niemiłosiernie, a czasem zacinał i deszcz i śnieg sypał się na głowy. Jeździła jednak i była z nami tyle czasu i lubiliśmy ją na swój sposób. Chociaż kiedy w ostatnim czasie okutani we wszystko co się dało jeździliśmy do pracy, to może lubiliśmy ją trochę mniej. Tak, każdy inny samochód będzie bardziej komfortowy. Szukamy więc Vitary. Najlepiej wersji LONG, nasza poprzednia była trzy drzwiowa i nie miała zupełnie bagażnika. Jak wpakowaliśmy psa, to torba podróżna była gdzieś pod nogami. Oczywiście tym razem wolelibyśmy żeby nie był to kabriolet, bo tym plandekom już nie ufamy. Kiedy kupowaliśmy przed przeprowadzką na Wonne Wzgórze naszą Vitarę, to wszystko ułożyło się idealnie. Nam została resztka pieniędzy, a ja akurat spotkałam po latach kolegę z klasy ze szkoły podstawowej i okazało się, że jest on mechanikiem i zajmuje się terenówkami, które są jego pasją. Jego znajomy miał do sprzedania Vitarę, którą kolega nam przejrzał i ponaprawiał drobne wady. Teraz więc do niego uderzyliśmy jak w dym i zgodził się pojechać z Panem Właścicielem Domu i moim tatą w Polskę w poszukiwaniu odpowiedniej Vitary. Jeśli ktoś z Was wie więc coś o kimś, kto chce sprzedać właśnie takie autko, to bardzo proszę dajcie znać!
Trzymajcie kciuki, żeby z weekendu mój mąż wrócił już na kołach!
Nasza Vitara nadaje się już tylko na złom. Ma już tak przegniłą ramę, że nie ma sensu jej kolejny raz spawać. Kiedy kupowaliśmy trzy lata temu to niewielkie autko, to dyskutowało na jego temat dwóch mechaników – ojciec i syn. Syn optymista mówił: "bierzcie – fajne autko", ojciec pesymista na to: "to nie ma najmniejszego sensu". Zgadzali się jednak w jednej sprawie: "ze trzy lata pojeździcie". Tak też się stało. Ramy niestety nie opłaca się wymieniać zostaliśmy więc bez środka transportu.
Sytuacja rysuje się tak:
Przez dwa dni jeździliśmy z sąsiadami, ale oni jeżdżą do pracy na 7.00, a my oboje na 9.00, wychodzą też wcześniej niż my, a my nie możemy się tyle zrywać. Do naszej wsi dojeżdża tylko jeden autobus, ale jest on jeszcze wcześniej niż sąsiedzi, poza tym z przystanku jest za daleko dla mojej chorej nogi, tym bardziej nie wchodzi więc w grę jazda autobusem do sąsiedniej wsi i eskapada kilka kilometrów do domu.
Na kilka dni przyjechał mój tata i jeździmy jego samochodem. Póki co droga jest dobrze odśnieżona i da radę nim do nas wjechać, mimo bardzo niskiego podwozia, chociaż wczoraj oczywiście udało nam się zawiesić i tata z mężem wyciągnęli samochód z zaspy dopiero dzisiaj rano.
Wyjście jest jedno. Trzeba jak najszybciej kupić nowe (nowe-stare oczywiście) auto. Co będzie jednak tak ekonomiczne jak Vitara, co będzie miało tak tanie części jak Vitara i co będzie terenowe? Odpowiedź brzmi – Vitara. Szukamy więc na gwałt w naszym i sąsiednich województwach Suzuki Vitary. W naszej starej dwudziestopięcioletniej Vitarze wszystkie części poza nieszczęsną ramą są dobre, będą więc służyć do ewentualnej wymiany, kiedy coś zepsuje się w nowo zakupionym aucie.
Mimo znacznego kryzysu, którego widmo rozciąga się przed nami, Pan Właściciel Domu jest dobrej myśli, więc dobrej myśli jestem i ja. "Kochanie nie martw się kupimy sobie kolejne małe, terenowe autko i będziemy je powoli niszczyć" – mówi. "Poza tym każdy grat, jakiego kupimy i tak będzie bardziej komfortowy niż nasza stara Vitara" – dodaje. Ma rację. Mimo, że teraz jeździmy kilkuletnią Toyotą mojego taty ze wszystkimi bajerami (dla nas bajer to nawet sprawne ogrzewanie), która niby jest taka fajna, to mąż narzeka: "boję się jechać nią nawet po asfalcie, bo zaczepia o każdą dziurę, chodzi tak cicho, że nie słyszę czy w ogóle już ją odpaliłem, to nie to co nasza kochana Vitara". Przypominam mu więc słowa sprzed raptem kilku dni, kiedy klął na Vitarę i mówił jak to nie znosi tego samochodu i jak bardzo ma go dosyć. "Tyle samo jest złości na to auto co i sentymentu" – podsumował. W sumie nawet tej złości na Vitarę się nie dziwię. Kiedy na dworze jest zimno, a w baku było mniej niż połowa paliwa, to co chwilę gasła, jej dach (a właściwie plandeka, bo to kabriolet była dziurawa, częściowo pozaklejana taśmą, a na złączeniach nieszczelna, ogrzewanie właściwie nie działało. Szyby musieliśmy rozmrażać dużo wcześniej przed wyjazdem z domu, kiedy wsiadaliśmy do auta, to siedzenia, kierownica – wszystko – pokryte było szronem, albo wilgotne (zależnie od pory roku). Wiatr w niej wiał niemiłosiernie, a czasem zacinał i deszcz i śnieg sypał się na głowy. Jeździła jednak i była z nami tyle czasu i lubiliśmy ją na swój sposób. Chociaż kiedy w ostatnim czasie okutani we wszystko co się dało jeździliśmy do pracy, to może lubiliśmy ją trochę mniej. Tak, każdy inny samochód będzie bardziej komfortowy. Szukamy więc Vitary. Najlepiej wersji LONG, nasza poprzednia była trzy drzwiowa i nie miała zupełnie bagażnika. Jak wpakowaliśmy psa, to torba podróżna była gdzieś pod nogami. Oczywiście tym razem wolelibyśmy żeby nie był to kabriolet, bo tym plandekom już nie ufamy. Kiedy kupowaliśmy przed przeprowadzką na Wonne Wzgórze naszą Vitarę, to wszystko ułożyło się idealnie. Nam została resztka pieniędzy, a ja akurat spotkałam po latach kolegę z klasy ze szkoły podstawowej i okazało się, że jest on mechanikiem i zajmuje się terenówkami, które są jego pasją. Jego znajomy miał do sprzedania Vitarę, którą kolega nam przejrzał i ponaprawiał drobne wady. Teraz więc do niego uderzyliśmy jak w dym i zgodził się pojechać z Panem Właścicielem Domu i moim tatą w Polskę w poszukiwaniu odpowiedniej Vitary. Jeśli ktoś z Was wie więc coś o kimś, kto chce sprzedać właśnie takie autko, to bardzo proszę dajcie znać!
Trzymajcie kciuki, żeby z weekendu mój mąż wrócił już na kołach!
poniedziałek, 3 lutego 2014
raz lepiej raz gorzej, ale byle do przodu!
Wydaje się że już lepiej.
Weekend był oddechem. Mróz zelżał, podobnie jak wiatr. Dom przestał cały złowrogo huczeć, samochód sam przestał skrzypieć, a my pogodziliśmy się już z myślą o zbliżającym się wielkimi krokami terminie zakupu kolejnej porcji węgla i z faktem nieszczelnego okna w naszej sypialni. Pan Właściciel Domu kupił przezroczysty silikon i zabezpieczył okno. W pokoju pozostał chemiczny zapach, a z okna wieje nadal. Okna są nowe i drewniane, a wygląda na to, że jedno się po prostu rozszczelniło. W tym tygodniu planujemy kupić dodatkową uszczelkę, na razie pozostał nam sposób tradycyjny, czyli zatykanie szpary starymi swetrami. Samochód przestał skrzypieć, ale za to zaczął dziwnie "ruszać" kołami, dzisiaj jedzie więc do lekarza, co jest kolejnym powodem do dużych nerwów. Do domu wracamy z sąsiadami. Nie tylko przydałby się lekarz, skutkiem rozszczelnienia okien jest katar, ból głowy i początkowa faza kaszlu. Póki co leczymy się metodami tradycyjnymi – miód, czosnek, kieliszek... Mam nadzieję, że przy tych metodach uda się pozostać. W tym tygodniu nie mogę wziąć zwolnienia, bo prowadzę warsztaty z dziećmi z okazji ferii i bardzo nie chciałabym ich odwoływać.
Dzisiaj miałam też ostatni dzień rehabilitacji, czy pomogło? Nie wiem. Na dzień dzisiejszy różnicy nie czuję. Dobra wiadomość jest jednak taka, że będziemy mogli wstawać godzinę później i trochę bardziej się wysypiać (chyba że wciąż jeździć będziemy z sąsiadami, a oni jeżdżą na 7.00).
Na odstresowanie za radą Asi z Siedliska pod Lipami pomogło też pieczenie. Zrobiłam wielką porcję jabłecznika, tak aby starczyło dla domowników, a także dla koleżanek i kolegów z męża i mojej pracy. Na obiad przygotowałam calzone – więc też pieczone. Kiedy w domu pachnie ciastem, to od razu robi się cieplej i lepiej.
Z Aniołem na spacery za bardzo chodzić nie mogłam, bo cały nasz świat – cale Wonne Wzgórze, pokryte jest jakby cienką warstwą szkła. Pan Właściciel Domu wysypał podwórko i schody wejściowe piaskiem, dalej jednak jest dla mnie za ślisko. Mogę więc chodzić albo po łące, gdzie jest zbyt nierówno, albo bardzo ostrożnie po podwórku wysypanym piachem. Mimo to poczłapałam trochę po nierównościach i pobawiłam się z tym fruwającym, a właściwie też się ślizgającym szczęściem – Aniołem. Tak minęły te dwa dni, na które czekamy cały tydzień i teraz znów zabieramy się do czekania. Byle do weekendu, byle do wiosny i oby nic złego się w ciągu tych kilku dni nie wydarzyło, czego i Wam życzę!
Na zdjęciach po kolei: Nasz domek w dzień i wieczorem, widok z zamglone gospodarstwo w dole, droga na Orzechowo (u podnóża naszej góry), widok na Studziankę już prawie z dołu naszej góry, widok z naszej łąki na siedlisko w dole, gdzie mieszka tylko jeden sąsiad, widok z naszej łąki na pola i daleko na ruiny siedliska, trochę zdjęć powstającego ganku, który na dalsze prace czeka już do wiosny i na koniec dzięcioł urzędujący na słoninie na ptasim drzewie przy oknie naszej sypialni.
Pozdrawiam ciepło!
Weekend był oddechem. Mróz zelżał, podobnie jak wiatr. Dom przestał cały złowrogo huczeć, samochód sam przestał skrzypieć, a my pogodziliśmy się już z myślą o zbliżającym się wielkimi krokami terminie zakupu kolejnej porcji węgla i z faktem nieszczelnego okna w naszej sypialni. Pan Właściciel Domu kupił przezroczysty silikon i zabezpieczył okno. W pokoju pozostał chemiczny zapach, a z okna wieje nadal. Okna są nowe i drewniane, a wygląda na to, że jedno się po prostu rozszczelniło. W tym tygodniu planujemy kupić dodatkową uszczelkę, na razie pozostał nam sposób tradycyjny, czyli zatykanie szpary starymi swetrami. Samochód przestał skrzypieć, ale za to zaczął dziwnie "ruszać" kołami, dzisiaj jedzie więc do lekarza, co jest kolejnym powodem do dużych nerwów. Do domu wracamy z sąsiadami. Nie tylko przydałby się lekarz, skutkiem rozszczelnienia okien jest katar, ból głowy i początkowa faza kaszlu. Póki co leczymy się metodami tradycyjnymi – miód, czosnek, kieliszek... Mam nadzieję, że przy tych metodach uda się pozostać. W tym tygodniu nie mogę wziąć zwolnienia, bo prowadzę warsztaty z dziećmi z okazji ferii i bardzo nie chciałabym ich odwoływać.
Dzisiaj miałam też ostatni dzień rehabilitacji, czy pomogło? Nie wiem. Na dzień dzisiejszy różnicy nie czuję. Dobra wiadomość jest jednak taka, że będziemy mogli wstawać godzinę później i trochę bardziej się wysypiać (chyba że wciąż jeździć będziemy z sąsiadami, a oni jeżdżą na 7.00).
Na odstresowanie za radą Asi z Siedliska pod Lipami pomogło też pieczenie. Zrobiłam wielką porcję jabłecznika, tak aby starczyło dla domowników, a także dla koleżanek i kolegów z męża i mojej pracy. Na obiad przygotowałam calzone – więc też pieczone. Kiedy w domu pachnie ciastem, to od razu robi się cieplej i lepiej.
Z Aniołem na spacery za bardzo chodzić nie mogłam, bo cały nasz świat – cale Wonne Wzgórze, pokryte jest jakby cienką warstwą szkła. Pan Właściciel Domu wysypał podwórko i schody wejściowe piaskiem, dalej jednak jest dla mnie za ślisko. Mogę więc chodzić albo po łące, gdzie jest zbyt nierówno, albo bardzo ostrożnie po podwórku wysypanym piachem. Mimo to poczłapałam trochę po nierównościach i pobawiłam się z tym fruwającym, a właściwie też się ślizgającym szczęściem – Aniołem. Tak minęły te dwa dni, na które czekamy cały tydzień i teraz znów zabieramy się do czekania. Byle do weekendu, byle do wiosny i oby nic złego się w ciągu tych kilku dni nie wydarzyło, czego i Wam życzę!
Na zdjęciach po kolei: Nasz domek w dzień i wieczorem, widok z zamglone gospodarstwo w dole, droga na Orzechowo (u podnóża naszej góry), widok na Studziankę już prawie z dołu naszej góry, widok z naszej łąki na siedlisko w dole, gdzie mieszka tylko jeden sąsiad, widok z naszej łąki na pola i daleko na ruiny siedliska, trochę zdjęć powstającego ganku, który na dalsze prace czeka już do wiosny i na koniec dzięcioł urzędujący na słoninie na ptasim drzewie przy oknie naszej sypialni.
Pozdrawiam ciepło!
czwartek, 30 stycznia 2014
narzekań garstka
Zaczęłam przed chwilą pisać post na bloga, ale skasowałam. Zaczęłam się trochę żalić. Bo ciągłe nerwy, bo samochód nie pali i dziwnie skrzypi, a my prześcigamy się w prorokowaniu co to może być. Pan Właściciel Domu zakłada najgorsze, nie znając się za bardzo, ja natomiast przekonuje jego i sama siebie, że to drobnostka nie znając się zupełnie. Tak właśnie ponarzekać sobie chciałam, że rano wstać trzeba, że na rehabilitacje i do pracy i do domu i już jest ciemno i już po osiemnastej i che się tylko spać, nie może człowiek dwóch stron książki przeczytać, bo oczy się kleją, a w nocy myszy spać nie dają. To co, że Wiedźma skacze po podłodze i stara się je przegonić. Uciszają się na chwilkę i znów, a kotka przecież pod deski nie wejdzie, a pod deskami klepisko i raj dla gryzoni. Zimno ciągle, węgiel się kończy i pieniędzy brak, a zima jeszcze długa przed nami i tak byle do weekendu, byle do wiosny, żeby nie patrzeć już jak wiatr przerzuca śniegowy zaspy z jednej strony drogi na drugą.
Tak naprawdę pojęczeć chciałam tak znacznie dłużej niż to wyżej, ale pomyślałam sobie, że nie będę. Między innymi dlatego, że przeczytałam na blogu Asi z Siedliska pod Lipami o tym stresie całym i kilka dni temu też na blogu Gorzkiej Jagody kilka ciekawostek i stwierdziłam: Na co tu narzekać? Przecież patrzę przez okno jak mąż bawi się z psem na podwórku, a Anioł skacze jak szalony i jest eksplodującym szczęściem na czterech łapach od czubka nosa, aż po sam ogonek i przekazuje te pozytywne emocje nawet przez okno. Przecież jak przyjeżdżamy do domu to natychmiast wylatuje do nas Miejski Pies i z radości robi się krótki (tak podwija ogon pod siebie i lata po całym domu), a Wiedźma zeskakuje z szafy i niby obrażona przechodzi obok, ale jednak zeskakuje! Potem jak już się odobrazi to śpi ze mną wtulona i rozpycha się w łóżku. Przecież póki co jest ciepło, a my mieszkamy w najpiękniejszym miejscu, które w sobotę zobaczymy znów w pełnej krasie (w tygodniu rano jest ciemno i po płudniu jak wracamy też jest ciemno) Przecież mamy siebie i nie raz przekonaliśmy się już, ze razem damy sobie radę ze wszystkim. Jest jeszcze garstka ludzi (chociaż z różnych powodów nam nie znanych chyba coraz mniejsza), dla których nie straszna zima zła i chcą nas odwiedzać i posiedzieć z nami przy stole i po prostu pogadać. No i mogę upiec sobie ciasto i chleb i bułeczki z różnymi nadzieniami i rogaliki i... i tak też zrobię i mam nadzieję, że zapach wydobywający się z piekarnika na dobre poprawi nam humory.
Tak naprawdę pojęczeć chciałam tak znacznie dłużej niż to wyżej, ale pomyślałam sobie, że nie będę. Między innymi dlatego, że przeczytałam na blogu Asi z Siedliska pod Lipami o tym stresie całym i kilka dni temu też na blogu Gorzkiej Jagody kilka ciekawostek i stwierdziłam: Na co tu narzekać? Przecież patrzę przez okno jak mąż bawi się z psem na podwórku, a Anioł skacze jak szalony i jest eksplodującym szczęściem na czterech łapach od czubka nosa, aż po sam ogonek i przekazuje te pozytywne emocje nawet przez okno. Przecież jak przyjeżdżamy do domu to natychmiast wylatuje do nas Miejski Pies i z radości robi się krótki (tak podwija ogon pod siebie i lata po całym domu), a Wiedźma zeskakuje z szafy i niby obrażona przechodzi obok, ale jednak zeskakuje! Potem jak już się odobrazi to śpi ze mną wtulona i rozpycha się w łóżku. Przecież póki co jest ciepło, a my mieszkamy w najpiękniejszym miejscu, które w sobotę zobaczymy znów w pełnej krasie (w tygodniu rano jest ciemno i po płudniu jak wracamy też jest ciemno) Przecież mamy siebie i nie raz przekonaliśmy się już, ze razem damy sobie radę ze wszystkim. Jest jeszcze garstka ludzi (chociaż z różnych powodów nam nie znanych chyba coraz mniejsza), dla których nie straszna zima zła i chcą nas odwiedzać i posiedzieć z nami przy stole i po prostu pogadać. No i mogę upiec sobie ciasto i chleb i bułeczki z różnymi nadzieniami i rogaliki i... i tak też zrobię i mam nadzieję, że zapach wydobywający się z piekarnika na dobre poprawi nam humory.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















