piątek, 28 marca 2014
Wiosna przywitana i... naprawdę przyszła!
Pogodę na III Przywitanie Wiosny zamówiłam już dawno, wiedziałam więc (mimo powątpiewań sceptyków), że będzie ładnie i tak też było. Punktualni goście zaczęli zjeżdżać się już o godzinie 15.00. Przyjechała Marta z Tomkiem z Siedliska Pasieka (znajdźcie ich w internecie, robią najlepszy miód, jaki jadłam) wraz ze swoimi dzieciakami Julką i Filipem, potem dotarła Ala z Markiem z Frączek i Kasia i Piotrek z Dolinki. Na tym punktualność jednak się skończyła. O części gości wiedziałam, że będą w godzinach późniejszych. Co do innych to zaczęłam jednak powątpiewać, że w ogóle się pojawią. Dotarli jednak nasi sąsiedzi z Liliowego Domku z brzegu wsi – Iza i Adam, wpadł nowy sąsiad Maciek, wraz z przyjaciółmi i zaczęła zjeżdżać się cała reszta, a części z tej reszty nie znaliśmy jeszcze osobiście. Przyejchała więc Marcelina z Rafałem z Tłokowa, wraz z Ewą z Derca, a także Karolina i Paweł z Czarnego Kierza (Pawła możecie znać z bloga Neowieśniak Codzienny) z Synkiem Wojtusiem. Paweł przyjechał wraz z drugim Pawłem i jego narzeczoną, a drugi Paweł Studiował ze mną na jednym wydziale, chociaż znaliśmy się bardziej z widzenia. Przyjechała też oczywiście Sylwia od Starych Mebli z Mariuszem i w końcu, kiedy już wszyscy mieli dobre humory mój brat i bratowa. Wreszcie kiedy goście byli w komplecie można było spalić Marzanne, z czego bardzo cieszyły się dzieci. Zima została więc pożegnana, a całe towarzystwo zajęło się jedzeniem, piciem i śpiewami. Od potraw niemal uginał się stół i chociaż nasz kociołek przygotowywany na ognisku niestety spłonął, podobnie jak Marzanna (a miało być tak pięknie), to goście przywieźli takie pyszności, że na pewno nikt nie był głodny. Skoro coś dla ciała, to i dla ducha. Najpierw jak zawsze śpiewać i grać na gitarze zaczął Marek z Frączek, a robi to naprawdę zawodowo, szybko dołączył się do niego Paweł (Neowieśniak), który przywiózł Banjo. Zabrzmiały piękne utwory, a Marek zajrzał Pawłowi przez rękaw i zaraz panowie się zgrali i mieliśmy istny koncert na banjo i gitarę. Drugi Paweł zajmował się w domu małą córeczką, ale i tak udało nam się go na chwilę wyciągnąć i pograł nam pięknie przez trochę (jego piosenek możecie posłuchać na youtubie, wystarczy wpsisać Paweł Borzeński i piosenki się pojawią, w końcu studiował muzykę). Kiedy goście zaczęli się rozjeżdżać zrobiło się cicho i spokojnie, doszedł do nas jeszcze drugi nowy sąsiad, który przyjechał bardzo późno – Andrzej i posiedzieliśmy jeszcze trochę w miłym gronie. Zebraliśmy też trochę karmy, chociaż niektórzy goście niestety o niej zapomnieli. Mimo to zawsze każdy worek i każda puszka się liczy. Musimy jak najszybciej przekazać ją biednym pieskom. Wiosne przywitaliśmy na dobre, ponieważ tydzień zaczął się dla nas nową rzeczywistością – przyleciały bociany! Po imprezie zostały piękne kwiaty w Wazonach (od Ali i Marka i od synka Karoliny i Pawła ;-), a także cudny drewniany Bocian dzieło Ewy z Derca i jej męża (poszukajcie prac Ewy i Tadeusza Maculewiczów z Derca w internecie - robią fantastyczne rzeźby ludowe!), trochę bałaganu, trochę cudzych misek i talerzy, które oczywiście oddamy i kilka zdjęć, z których większość jest autorstwa Marceliny i Rafała (fundacja Revita Warmia)i sąsiadów z Siedliska Pasieki, kilka też moich, ale ja bardzo nie lubię robić zdjęć na imprezach, a potem zawsze żałuję...
Miałam w tym tygodniu bardzo dużo pracy, stąd relacja dopiero teraz, jednak już na początku przyszłego nadrobię zaległości na Waszych blogach, obiecuję.
Program odlotowy ogród z naszym udziałem będzie piątego kwietnia o godzinie 11.15 (sobota), wiem że słaba godzina, ale będą pewnie powtórki. Telewizja TTV
Oprócz tego stanęło nad naszymi głowami widmo wiatraków. Rozpoczynamy więc poważną walkę z wiatrakami - dosłownie i w przenośni, trzymajcie kciuki!
środa, 19 marca 2014
Cuda wianki na Tymianki!
Jeśli ktoś nie zna Ori i nie wie ile dobrego robi dla bezdomnych zwierząt, to koniecznie musi ją poznać:
http://pelnialatawdomutymianka.blogspot.com/
Jak jej pomóc?
Można adoptować psiaka,
można przekazać jeden procent podatku na Dom Tymianka (co i my czynimy)
wreszcie można kupić coś na aukcji na rzecz Tymianków, którą organizuje Hana:
http://dzikakurawpastelowym.blogspot.com/p/dom-aukcyjny-tymianeks_11.html
Można tam naprawdę znaleźć cuda wianki, ale przede wszystkim przedmioty przekazane na aukcję z potrzeby serca, więc są to rzeczy warte każdej ceny, a kiedy je kupimy staną się bezcenne!
piątek, 14 marca 2014
Ogrodowe szaleństwo
Znów oszalałam! Oszalałam na punkcie zapachu wilgotnej po zimie ziemi, na punkcie zieleniącej się trawy, nasion, sadzonek, kamyków, deseczek i wszystkiego co może posłużyć mi do aranżacji ogrodu. Kiedy jestem z dala od domu to godzinami przeszukuję internet, oglądam ogrody botaniczne z całego świata, zdjęcia wiejskich ogrodów, ogrodów w stylu angielskim i tych rustykalnych, wciąż szukam nowych inspiracji i pomysłów. Zachwycam się zielonymi rzeźbami, a także żywymi konstrukcjami z wierzby, fascynują mnie nietypowe ogrodowe budowle, ale też zwykłe warzywniki.
Kiedy jestem w domu to każdą wolną chwilę, często kosztem porządnego obiadu poświęcam sianiu, grabieniu, przekopywaniu, przycinaniu i aż mi się buzia uśmiecha, kiedy wszystko jaśnieje, chociaż i tak pewnie dla kogoś kto wcześniej naszej działki nie widział ten ogrom wykonanych już przez ostatnie lata prac nie byłby zauważalny. Cieszę się każdym słonecznym dniem, kiedy mogę coś robić, cieszyłabym się też chyba z deszczu, bo wtedy przyroda wreszcie naprawdę ruszy. Nasiona warzyw zamówiłam w internecie i te, które już można posiałam, a w połowie maja ( o ile wszystko dobrze zrobiłam i o ile mi wyrosną) wysadzę je na grządki.Przy doprowadzeniu ogródka warzywnego do ładu roboty było co nie miara. W tamtym roku kiedy w lipcu złamałam nogę ogródek pozostał sam sobie. Zarósł mocno chwastami, za pierwsze przekopywanie zabrał się więc Pan Właściciel Domu. Potem grządki nakryliśmy warstwą ziemi z dna kompostu. Zamówiłam też konwalie, zawilce i inne wiosenne kwiaty, którymi obsadzimy sad. Dochodzą do mnie słuchy, że zima jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa, ale na razie przeganiam tę myśl i zamykam ją gdzieś w tyle głowy, ciesząc się każdym promieniem słońca i każdym źdźbłem trawy, żałując jedynie że na wszystkie moje pomysły i tak nie starczy mi czasu.
Póki co przygotowujemy się do kolejnego Przywitania Wiosny na Wonnym Wzgórzu. To już trzecia impreza z tej serii, odkąd mieszkamy w naszej chatce. Impreza nabiera rozmachu i przybywa na nią coraz to większa liczba gości. Mam nadzieję, że w tym roku dopisze zarówno pogoda, jak i goście.
Zbliża się też termin odcinka Odlotowego Ogrodu z naszym udziałem. Jeszcze przypomnę, ale emisja będzie piątego kwietnia w programie TTV.
Zdarzyła się też niedobra rzecz, która chwilowo ogranicza moje ogrodowe prace. Ponieważ nie mam jeszcze takiego czucia w stopie, to oczywiście poślizgnęłam się na błocie w drodze do samochodu, rano przed pracą i uderzyłam się właśnie w tę chora nogę. Noga zsiniała i znów mocniej boli i znów gorzej chodzę. Na weekend jedziemy do rodziców na wędzenie, mam więc nadzieję trochę odpocząć i nabrać sił do pracy i do zabawy na Przywitaniu Wiosny!
Pozdrawiam ciepło i gdyby ktoś z Was planował nas odwiedzić i witać z nami wiosnę, to proszę o kontakt i zapraszam!
piątek, 7 marca 2014
Nocne harce
Spaliśmy sobie smacznie. Nagle za naszym łóżkiem usłyszeliśmy pierwsze, jeszcze cichutkie "szuru-buru". W domu została tylko jedna mysz (resztę w niekrzywdzący sposób, sukcesywnie wynosiliśmy). Ta jedna mysz jest mądrzejsza od pozostałych i zupełnie niezainteresowana smakołykami w żywołapce. Pan Właściciel Domu jak zwykle zapukał w drewniany zagłówek łóżka, a mysz śmielej i głośniej odstukała gdzieś pod łóżkiem, nie robiąc sobie nic z przekleństw Pana Właściciela Domu, który grozi myszy, że jak ta się nie uspokoi to wysypie jej trutkę, albo zabije dziurki w podłodze, którymi ta się wydostaje. Trutka to jednak zbyt brutalne rozwiązanie, stanęło więc na tym, że z samego rana młotek i gwoździe pójdą w ruch. Mysz jednak nie dała za wygraną.
- Obudź tego kota wreszcie – zawołał Pan Właściciel Domu, wpatrując się w śpiącą słodko na poduszce między nami Wiedźmę. Czemu on jej nie obudzi, jak taki mądry? Żadne z nas nie chce narazić się kotu. W końcu jednak chrobotanie stało się nie do wytrzymania, a z doświadczenia wiemy, że kiedy tylko Wiedźma pojawia się na podłodze, to wszystkie myszy w domu truchleją i ciszę mamy przynajmniej na godzinę. Pogłaskałam więc delikatnie miękkie futerko i poprosiłam, żeby wstała. Nic z tego. Złapałam więc kota, żeby delikatnie zdjąć ją z łóżka. Znów nic z tego. Z łapek wysunęły się pazury i kurczowo złapały się poduszki, a z wielce przerażonej kociej paszczy wydał się ryk rozpaczy, niechęci i złości, jednym słowem jęczące MIAUUUU! Kiedy puściłam Wiedźma natychmiast ponownie przystąpiła do ścielenia sobie mojej poduszki i zwijania się w kłębek. Po przygotowaniu spania jednak zdecydowała się na mały spacer do miski (je w naszej sypialni, żeby Miejski Pies jej nie wyjadał), pochrupała chwilę i wróciła spać na wcześniej ugniecione miejsce. Ta niezwykła przechadzka do jedzenia i z powrotem dała jednak sporo i mysz ucichła. Do rana był spokój.
- To co, zabijesz myszy wejście pod podłogę – zagadnęłam po przebudzeniu męża.
- Nie, no co Ty, może ona ma tam dzieci? - odpowiedział szybko i zaraz dodał już w stronę podłogi – nie martw się myszko, nic nie będziemy przybijać, żyj sobie spokojnie, dam ci serka. - I jak go nie kochać? I jak tu pozbyć się myszy z domu?
Wczoraj za to późnym wieczorem na nogi zerwało nas głośne miauczenie. Otworzyłam okno. Miauczenia nie było już słychać, ale za to dobrze słyszalne były warki Wiedźmy. Pan Właściciel Domu zarzucił bluzę, przywdział kalosze i wybiegł z latarką w poszukiwaniu biednej Wiedźmy (już się na takich poszukiwaniach "biednej" Wiedźmy w przeszłości przejechaliśmy, bo okazało się że nasza "bezbronna" i "delikatna" kicia prawie morduje na podwórku dużo większe od siebie koty). Mieszkamy na tyle daleko od wsi, że raczej domowe zwierzęta ze Studzianki do nas nie zachodzą (odkąd po naszej przeprowadzce na Wonne Wzgórze Wiedźma przegoniła pomieszkujące w stodole koty), mimo to pierwszą myślą było, że to jakiś mały kociak się przybłąkał i że Wiedźma z nim walczy i zrobi mu krzywdę. Anioł ujadał jak oszalały, Pan Właściciel Domu przespacerował się wokół chatki, kotka ucichła, ale do domu nie wróciła. Dzisiaj okazało się, że dziwnym zwierzem, którego przeganiała Wiedźma był prawdopodobnie jakiś leśny drapieżnik. Z kompostu były wygrzebane resztki, które ostatnio porządnie zakopałam, żeby Anioł ich nie wyciągnął. Jakieś zwierze zjadło je ze smakiem. Bohaterska kotka wróciła w nocy Cała i zdrowa i jak zwykle kazała się nam posunąć, bezceremonialnie ścieląc sobie nasze łóżko.
Czekamy na silniejszy powiew wiosny! Pozdrawiam ciepło!
- Obudź tego kota wreszcie – zawołał Pan Właściciel Domu, wpatrując się w śpiącą słodko na poduszce między nami Wiedźmę. Czemu on jej nie obudzi, jak taki mądry? Żadne z nas nie chce narazić się kotu. W końcu jednak chrobotanie stało się nie do wytrzymania, a z doświadczenia wiemy, że kiedy tylko Wiedźma pojawia się na podłodze, to wszystkie myszy w domu truchleją i ciszę mamy przynajmniej na godzinę. Pogłaskałam więc delikatnie miękkie futerko i poprosiłam, żeby wstała. Nic z tego. Złapałam więc kota, żeby delikatnie zdjąć ją z łóżka. Znów nic z tego. Z łapek wysunęły się pazury i kurczowo złapały się poduszki, a z wielce przerażonej kociej paszczy wydał się ryk rozpaczy, niechęci i złości, jednym słowem jęczące MIAUUUU! Kiedy puściłam Wiedźma natychmiast ponownie przystąpiła do ścielenia sobie mojej poduszki i zwijania się w kłębek. Po przygotowaniu spania jednak zdecydowała się na mały spacer do miski (je w naszej sypialni, żeby Miejski Pies jej nie wyjadał), pochrupała chwilę i wróciła spać na wcześniej ugniecione miejsce. Ta niezwykła przechadzka do jedzenia i z powrotem dała jednak sporo i mysz ucichła. Do rana był spokój.
- To co, zabijesz myszy wejście pod podłogę – zagadnęłam po przebudzeniu męża.
- Nie, no co Ty, może ona ma tam dzieci? - odpowiedział szybko i zaraz dodał już w stronę podłogi – nie martw się myszko, nic nie będziemy przybijać, żyj sobie spokojnie, dam ci serka. - I jak go nie kochać? I jak tu pozbyć się myszy z domu?
Wczoraj za to późnym wieczorem na nogi zerwało nas głośne miauczenie. Otworzyłam okno. Miauczenia nie było już słychać, ale za to dobrze słyszalne były warki Wiedźmy. Pan Właściciel Domu zarzucił bluzę, przywdział kalosze i wybiegł z latarką w poszukiwaniu biednej Wiedźmy (już się na takich poszukiwaniach "biednej" Wiedźmy w przeszłości przejechaliśmy, bo okazało się że nasza "bezbronna" i "delikatna" kicia prawie morduje na podwórku dużo większe od siebie koty). Mieszkamy na tyle daleko od wsi, że raczej domowe zwierzęta ze Studzianki do nas nie zachodzą (odkąd po naszej przeprowadzce na Wonne Wzgórze Wiedźma przegoniła pomieszkujące w stodole koty), mimo to pierwszą myślą było, że to jakiś mały kociak się przybłąkał i że Wiedźma z nim walczy i zrobi mu krzywdę. Anioł ujadał jak oszalały, Pan Właściciel Domu przespacerował się wokół chatki, kotka ucichła, ale do domu nie wróciła. Dzisiaj okazało się, że dziwnym zwierzem, którego przeganiała Wiedźma był prawdopodobnie jakiś leśny drapieżnik. Z kompostu były wygrzebane resztki, które ostatnio porządnie zakopałam, żeby Anioł ich nie wyciągnął. Jakieś zwierze zjadło je ze smakiem. Bohaterska kotka wróciła w nocy Cała i zdrowa i jak zwykle kazała się nam posunąć, bezceremonialnie ścieląc sobie nasze łóżko.
Czekamy na silniejszy powiew wiosny! Pozdrawiam ciepło!
czwartek, 27 lutego 2014
Tłusty Czwartek
Jak nie obchodzę Walentynek, dnia kota i innych świąt, które moim zdaniem nie muszą być szczególnie wyróżnione, bo świętujemy je codziennie, tak jest kilka świąt w roku – tych bardzo naszych tradycyjnych, które warte są wyróżnienia. Takim właśnie świętem jest Tłusty Czwartek, bo obchodzenie go częściej byłoby chyba zbrodnią dla organizmu. Raz jednak w roku taki dzień, gdzie bezkarnie można spożywać pulchne pączusie jest wskazany, a poziom endorfin rośnie już na samą myśl. Nie ruszają mnie jednak liczne radiowe reklamy, atakujące nas w samochodzie od kilku dni, w których dumnie pyszni się wielki, napompowany pączek za niecałe 50 groszy. Taki pączek owszem wygląda imponująco, pachnie jednak starym tłuszczem, sztuczną wanilią i płynem do mycia naczyń. Smakuje za to watą, starym tłuszczem itd... Kiedy byłam dzieckiem i mieszkałam z rodzicami w Olsztynie, niedaleko mojej podstawówki była cukiernia. Taka zupełnie niepozorna, w samym środku jednego z osiedli, nie wiem czy jeszcze istnieje, Jagódka się chyba nazywała. Kiedyś w Tłusty Czwartek mama, która sama pączków nie robiła, kupiła nam w niej po jednym jeszcze ciepłym, smakowitym, okrągłym, wręcz idealnym pączusiu (moja rodzina nigdy nie była szczególnie "słodyczowa"). Ciasto było jednak tak pyszne, a różana marmolada tak delikatna i nie za słodka, że zaraz wysłała mojego brata po więcej. Szymon nastał się w kolejce, ale okazało się że pączków już nie ma. Pojechał więc następnego dnia, pączków też niestety nie było, bo jak się okazało cukiernia przygotowywała pączki tylko raz w roku właśnie w ostatni czwartek karnawału. Od tej pory co roku zamawialiśmy pączki w tej cukierni, nigdy potem nie jadłam też tak dobrych. Jest to jeden ze smaków mojego dzieciństwa, może trochę idealizowany. Smaku tego nie odtworzę, ale odkąd mieszkam na wsi to, to co jest możliwe staram się robić sama, a kiedy można się tym dzielić z innymi, to radość jest tym większa. Plan smażenia pączków knuł się w naszych głowach już od kilku dni. Pierwszy raz robiłam je w pierwszym roku naszego wieśniaczenia, w drugim roku przyrządziliśmy wariację na temat pączków, czyli pączki serowe. Tym razem postanowiliśmy jednak wrócić do tradycji. Jednak żeby pączki były do zjedzenia w czwartek, trzeba było zabrać się za nie we środę. Wróciliśmy wcześniej z pracy. Pan Właściciel Domu poszedł na spacer z Aniołem, a ja w tym czasie przygotowałam zaczyn. Prababcia Antonina – specjalistka od ciast drożdżowych i to podobno jedyna w naszej rodzinie (oprócz teraz mnie, co piszę to z niekłamaną dumą) spoglądała na mnie krytycznie z ramek na ścianie. Zaczyn jednak stanął przy piecu i szybko podwoił swoją objętość, ku radości babci, która jakby pokiwała z aprobatą głową. Potem tylko dużo mąki, mleka, dwanaście jaj (pączków musi przecież starczyć dla domowników, sąsiadów, dla wszystkich kolegów i koleżanek Sebastiana z pracy i wszystkich pracowników Biura Wystaw Artystycznych) inne cuda, sprawiające że pączki są pączkami i zaczęło się gniecenie. Ciasto bardzo się kleiło – za bardzo, a zapasy mąki w domu zbliżały się ku końcowi. Z szafki wygrzebałam mąkę razową. "Raz kozie śmierć!" - Pomyślałam wsypując ją do ciasta. Tymczasem Pan Właściciel Domu zaczął rozgrzewać tłuszcz – to on jest specjalistą od smażenia pączków, ja za to byłam bardzo dumna, że przygotowuję pączki razem z mężem. Wybrałam najbardziej gęsty dżem z naszych domowych dżemów – dzieł mojej mamy – porzeczkowy, ciemny, kwaskowy, z kawałkami owoców. Po pierwszych próbach i kilku pączkach, które w wyniku pęknięć straciły swoje nadzienie, doszliśmy do wprawy. Ja lepiłam pyszne mini pączki (takie wychodziły najlepiej) z łyżką dżemu w środku, a Pan Właściciel Domu smażył, przekręcał, wyjmował i posypywał cukrem pudrem. Wyszły świetnie, bez jasnej obwódki, widać, że domowe, małe, ale odpowiednio wyrośnięte, z wierzchu mocno przypieczone, w środku żółciutkie i pełne nadzienia, a mąka razowa nie zmieniła ich smaku. Musicie mi wierzyć na słowo, bo w ferworze przygotowań nie zrobiłam im zdjęcia. Rano zapakowałam koszyk Sebastianowi, drugi zabrałam ze sobą. U mnie w pracy pączki zniknęły w zastraszającym tempie, więc chyba smakowały, a ja wszystkim mówiłam, że to przecież mój mąż je smażył! W każdym razie tradycji stało się za dość. Teraz czas na śledzie!
Pozdrawiam Was i słodkiego dnia życzę!
Pozdrawiam Was i słodkiego dnia życzę!
wtorek, 25 lutego 2014
Las
Niedziela zaskoczyła nas iście wiosenną, piękną pogodą.
Słońce oświetliło Wonne Wzgórze szybko zamieniając twarde po nocy koleiny na miękkie i zasysające buty błotko. Z radością, ale i z małą obawą zauważyliśmy, że nie tylko przebiśniegi zakwitają, ale również inne wiosenne kwiatki powystawiały zielone liście. Mimo to nie zdejmujemy jeszcze z nich choinkowych okryć. Noce są bardzo zimne. Sikorki szaleją przy budkach lęgowych. Mamy nawet wrażenie, jakby jedna karmiła drugą, która siedzi w środku. Wybraliśmy się na spacer do lasu. Na razie jeszcze samochodem, bo choć do lasu doszłabym spokojnie, to pewnie miałabym potem problem z powrotem po tym jak spędziłabym sporo czasu wśród leśnych ścieżek. Na skróty przez łąki (tam młodniki i dalej las zaczynają się już przy domu) nie da się teraz chodzić. Oprócz licznych pajączków, budzących się gąsienic, czy muszek ukrytych w trawie, zaczęła się też plaga kleszczy. Anioł jest oczywiście zabezpieczony, jednak żadne obroże, czy kropelki nie dają stu procentowej pewności, potem ciężko znaleźć w jego nie za czystej psiej sierści zaplątane wstrętne "kleszczochy", a i ze swoich spódnic potrafię zdjąć kilkanaście na raz. Po takim spacerze po zeszłorocznej trawie mam wrażenie, jakby ciągle coś po mnie chodziło. Jak na razie zostały nam więc drogi, pełne uroczych nierówności i kałuż. Takimi właśnie drogami ruszyliśmy do "ronda" gdzie składowane jest drewno i gdzie można zatrzymać się autkiem. Anioł dostał w prezencie plandekę do samochodu, żeby aż tak strasznie nie brudził siedzeń i żeby nie spadał z tylnej kanapy. Na początku nie był zachwycony, ale szybko się przyzwyczaił.
Las, mimo bardzo ciepłego słonecznego poranka przywitał nas chłodem. Wśród drzew ziemia wciąż jest twarda jak kamień, poszycie leśne pokryte jest szronem, a w wielu miejscach leży śnieg. W lesie wiosna zaczyna się dopiero na kilkunastu metrach nad naszymi głowami – w koronach drzew. Tam cały świat ćwierka, skrzeczy, pogwizduje, szeleści. Między gałęziami prześwitują smugi słońca, oświetlając tylko wybrane fragmenty leśnego krajobrazu, pozostałe ukryte są w cieniu. Poszliśmy nieznanymi ścieżkami i doszliśmy nad piękne rozlewisko, podobne, jak jedno z licznych tuż obok naszego domu, jednak tamto jest w tej chwili niedostępne, ze względu na drogę do niego prowadzącą przez kleszczowe łąki. Rozlewisko całe skute lodem. Słońce docierało tylko gdzieniegdzie, ale jego zbyt słabe promienie nie wygrywały walki z chłodem. Mimo jasnych promieni wszystko było jakby niebieskie. Doszliśmy do końca drogi, jej dalsza część była zalana, chwilę wcześniej widać było ślady wycofujących kół jakiejś za pewne wielkiej terenówki (niczym innym nie byłoby szans na dojazd aż tak daleko), Anioł wbiegł na lód, ale Pan Właściciel Domu natychmiast go do siebie przyciągnął (w lesie Anioł biega na dziesięciometrowej lince, bo bardzo lubi sobie uciec za zwierzyną). Mimo tego zmarzniętego, wszechobecnego błękitu czuć było, że gdzieś tu promienieje życie. Pod lodem coś szemrało, a kiedy podchodziliśmy bliżej widać było "to coś" coraz wyraźniej. Po środku zalanej, skutej lodem drogi w zupełnym spokoju przepływał sobie wiosenny strumyczek. Anioł pochłeptał trochę wody i ruszyliśmy z powrotem, dalsza trasa z niesprawną do końca kończyną nie miała racji bytu. Spacer i wyjątkowe leśne powietrze dały nam wiele siły, oczyściły umysły, mogliśmy więc zabrać się do budowy na razie trochę prowizorycznego stojaka na drewno (docelowo będzie on w innym miejscu, więc na razie jest prowizoryczny).
Pozdrawiam wiosennie!
piątek, 21 lutego 2014
Walentynki, ksiądz i znów ten Wojtek.
Spokojnie nam ostatnio życie płynie. Tak już chyba bywa, że po nerwach związanych z tym, że poprzedni samochód już po prostu "się skończył" i z emocjami towarzyszącymi kupnu kolejnego musi nastać odrobina spokoju. Walentynek nigdy nie obchodzimy. Wychodzimy z założenia, że jak ludzie się kochają to mają walentynki codziennie, dnia kota też nie obchodzimy, bo nasza najbardziej rozpieszczona istota, która potrafi ukraść wędlinę z kanapki również ma swoje święto cały czas (bo jak się kocha kota to... wiadomo). Mimo to Pan Właściciel Domu zrobił mi niespodziankę i w piątek czternastego lutego zaprosił mnie do kina, na wielce romantyczny film "Pod mocnym Aniołem". Że to akurat w dzień walentynek, to przypadek zupełny, ważne, że piątek i nie trzeba było myśleć o wstawaniu do pracy. Film niezwykle walentynkowy (hehe), kto widział ten wie, kto nie widział temu polecam. W każdym razie lekka trauma po nim zostanie nam chyba w głowach na długo.
W sobotę po walentynkach natomiast mieliśmy bardzo ważnego gościa. Zabrałam się więc za gotowanie obiadu i pieczenie ciasta. Ksiądz – bo o nim tu mowa przyjechał punktualnie, przywiózł nam bardzo ładny kalendarz z Madonnami, bo jak powiedział "tak myślałem, że dla was raczej Madonny, niż papież", wyświęcił chałupę i...
"Zobaczycie teraz jak wygląda ksiądz pod spodem" – popatrzyliśmy na siebie zdziwieni, a ksiądz hop koloratkę wyjął i hop sutannę zrzucił i po cywilnemu już z nami zasiadł. Ksiądz w naszej parafii to, jak już kilkukrotnie pisałam naprawdę fajny gość, dlatego miło spędziliśmy czas i dlatego chce się go zapraszać. Oczywiście duszpasterz nie był nam dłużny i zaprosił nas do siebie do kościoła. Tu nastały chwilowe tłumaczenia, czemu nas tam jeszcze nie widział, co skwitował jasno: - Nie pogrążajcie się. - Jak co roku stanęło na tym, że wreszcie się tam pojawimy.
Tydzień znów zaczął się od spotkań z Wojtkiem od terenówek. Wojtek przetransportował naszą starą Vitarę z parkingu do warsztatu. Przetransportował ją w sposób dla nas dość dziwny, a dla niego chyba charakterystyczny. Po prostu do niej wsiadł i ruszył polnymi drogami tak szybko, jak my nigdy nią nie jeździliśmy, a my chcieliśmy brać lawetę... Pan Właściciel Domu starał się utrzymać tępo. Ja starałam się nie patrzeć jak nasze stare autko jechało sobie, a podwozie sobie. Miałam wrażenie jakby zaraz buda miała odpaść od podwozia, a koła potoczyć się gdzieś hen. Dojechaliśmy jednak szczęśliwie do warsztatu, gdzie Wojtek wziął się za demolowanie starej Vitary. Powykręcał z niej wszystko co się dało, poczynając od radia, wszystkich obudów, drzwi, światełek, kończąc na amortyzatorach, jakiś tam sprężynach i Bóg wie czym jeszcze. Teraz samochód w środku wygląda jak znaleziony na złomie, chociaż i tak już niewiele mu do takiego wyglądu brakowało wcześniej. Mimo to dwóch kupców (mechaników – kolegów Wojtka) prawie się o nią bije. Następnego dnia znów umówiliśmy się rano z Wojtkiem. Pojechaliśmy pod jego blok, dzwoniliśmy przez jakiś czas, ale Wojtek nie odpowiadał. Zrezygnowaliśmy wreszcie i ruszyliśmy do pracy. Popołudniu się odezwał i poinformował nas, że zatruł się pizzą i nie dał rady rano wstać, bo bardzo źle się czuł. "Gdyby to nie była tak głupia wymówka, że aż niemożliwa, to chyba bym mu nie uwierzył" – stwierdził Sebastian. Następnego dnia rano znów pojechaliśmy po Wojtka, tym razem wstał, chociaż twierdził, że pizza go trzyma. Na mój gust był po prostu pijany i na kilometr czuć było od niego dymem, na pewno nie papierosowym, ani z ogniska. Okazało się, że tę felerną pizzę owszem zjadł, ale popił ją dużą ilością piwa i zapalił do tego sporo różnych rzeczy. Wojtek jednak święcie wierzy, że to pizza mu zaszkodziła. No cóż, skoro codziennie robi to samo, a raz akurat zjadł pizze, to co miało na niego zły wpływ? To chyba jasne, że pizza! Wypił jednak litrową colę (ach to zdrowe odżywianie Wojtka), co postawiło go na nogi i zajął się w końcu naszym samochodem. Oprócz całego dobra, które przy nim zrobił, to połamał schowek, zgubił obcęgi, które Pan Właściciel Domu miał w środku i niechcący zabrał czapkę Sebastiana, co Pan Właściciel Domu podsumował słowami: "Niech sobie lepiej już ją weźmie". Założył też nowe amortyzatory, które okazały się za krótkie i tył samochodu stuka. To "walenie" naprawił wkładając do bagażnika cegły, których mój mąż pozbył się na pierwszym zakręcie. Jeszcze jego naprawa silnika była rewelacyjna. Nie chciał żebyśmy wydawali pieniądze na uszczelkę, która kosztuje pewnie z całe 20 zł, więc silnik obłożył kartonami. W autku po czarach Wojtka został niezły bałagan, zanim więc Sebastian ruszył po mnie do pracy, to wziął się za wyrzucanie śmieci. Wszędzie leżą fragmenty silnika, jakieś nowe i stare części i różne inne dziwadła. Nasz mechanik wymyślił i zadanie dla mnie, ponieważ nasz dwudziesto ponad letni samochód ma oryginalną instrukcję obsługi w postaci grubej cegły. "Ty Natalka to mi wyglądasz na taką co lubi czytać książki co?" - Kiwnęłam głową. -"No to zaznaczyłem Ci rozdziały przeznaczone dla ciebie." "Pewnie o sprzątaniu?" "Zgadłaś. O sprzątaniu i pielęgnacji wnętrza i podwozia, chyba, że będziesz chciała jeździć, to jeszcze rozdział trzeci Ci zaznaczę."
W przyszłym tygodniu na szczęście będzie zajmował się tym co potrafi najlepiej, czyli konserwacją ramy, mostami i podwoziem. Tutaj też trzeba go pilnować. Wojtek wymyślił bowiem sobie, że wstawi nam podwozie, które kosztuje prawie tyle ile zapłaciliśmy za samochód. Mówi, że każde inne jest beznadziejne. Ciężko mu wytłumaczyć, że to nasze jest OK i potrzebujemy tylko zwykłych amortyzatorów (każde są beznadziejne, oprócz tych z tamtego podwozia), bo jeździmy po terenie tylko kilka minut dziennie, a większość po asfalcie i że nie ma być to samochód do orania pola, czy na wyprawy po klamki w błocie. Wojtek jednak twierdzi, że to podwozie, które chce nam wstawić, jest tak dobre, że przeżyje samochód. Tylko po co nam potem samo niezniszczalne podwozie? W tej kwestii musimy postawić na swoim. Trzymajcie więc kciuki za asertywność Pana Właściciela Samochodu ;-)
Pozdrawiam ciepło i wiosennie. Wreszcie i u nas główki wystawiły przebiśniegi.
W sobotę po walentynkach natomiast mieliśmy bardzo ważnego gościa. Zabrałam się więc za gotowanie obiadu i pieczenie ciasta. Ksiądz – bo o nim tu mowa przyjechał punktualnie, przywiózł nam bardzo ładny kalendarz z Madonnami, bo jak powiedział "tak myślałem, że dla was raczej Madonny, niż papież", wyświęcił chałupę i...
"Zobaczycie teraz jak wygląda ksiądz pod spodem" – popatrzyliśmy na siebie zdziwieni, a ksiądz hop koloratkę wyjął i hop sutannę zrzucił i po cywilnemu już z nami zasiadł. Ksiądz w naszej parafii to, jak już kilkukrotnie pisałam naprawdę fajny gość, dlatego miło spędziliśmy czas i dlatego chce się go zapraszać. Oczywiście duszpasterz nie był nam dłużny i zaprosił nas do siebie do kościoła. Tu nastały chwilowe tłumaczenia, czemu nas tam jeszcze nie widział, co skwitował jasno: - Nie pogrążajcie się. - Jak co roku stanęło na tym, że wreszcie się tam pojawimy.
Tydzień znów zaczął się od spotkań z Wojtkiem od terenówek. Wojtek przetransportował naszą starą Vitarę z parkingu do warsztatu. Przetransportował ją w sposób dla nas dość dziwny, a dla niego chyba charakterystyczny. Po prostu do niej wsiadł i ruszył polnymi drogami tak szybko, jak my nigdy nią nie jeździliśmy, a my chcieliśmy brać lawetę... Pan Właściciel Domu starał się utrzymać tępo. Ja starałam się nie patrzeć jak nasze stare autko jechało sobie, a podwozie sobie. Miałam wrażenie jakby zaraz buda miała odpaść od podwozia, a koła potoczyć się gdzieś hen. Dojechaliśmy jednak szczęśliwie do warsztatu, gdzie Wojtek wziął się za demolowanie starej Vitary. Powykręcał z niej wszystko co się dało, poczynając od radia, wszystkich obudów, drzwi, światełek, kończąc na amortyzatorach, jakiś tam sprężynach i Bóg wie czym jeszcze. Teraz samochód w środku wygląda jak znaleziony na złomie, chociaż i tak już niewiele mu do takiego wyglądu brakowało wcześniej. Mimo to dwóch kupców (mechaników – kolegów Wojtka) prawie się o nią bije. Następnego dnia znów umówiliśmy się rano z Wojtkiem. Pojechaliśmy pod jego blok, dzwoniliśmy przez jakiś czas, ale Wojtek nie odpowiadał. Zrezygnowaliśmy wreszcie i ruszyliśmy do pracy. Popołudniu się odezwał i poinformował nas, że zatruł się pizzą i nie dał rady rano wstać, bo bardzo źle się czuł. "Gdyby to nie była tak głupia wymówka, że aż niemożliwa, to chyba bym mu nie uwierzył" – stwierdził Sebastian. Następnego dnia rano znów pojechaliśmy po Wojtka, tym razem wstał, chociaż twierdził, że pizza go trzyma. Na mój gust był po prostu pijany i na kilometr czuć było od niego dymem, na pewno nie papierosowym, ani z ogniska. Okazało się, że tę felerną pizzę owszem zjadł, ale popił ją dużą ilością piwa i zapalił do tego sporo różnych rzeczy. Wojtek jednak święcie wierzy, że to pizza mu zaszkodziła. No cóż, skoro codziennie robi to samo, a raz akurat zjadł pizze, to co miało na niego zły wpływ? To chyba jasne, że pizza! Wypił jednak litrową colę (ach to zdrowe odżywianie Wojtka), co postawiło go na nogi i zajął się w końcu naszym samochodem. Oprócz całego dobra, które przy nim zrobił, to połamał schowek, zgubił obcęgi, które Pan Właściciel Domu miał w środku i niechcący zabrał czapkę Sebastiana, co Pan Właściciel Domu podsumował słowami: "Niech sobie lepiej już ją weźmie". Założył też nowe amortyzatory, które okazały się za krótkie i tył samochodu stuka. To "walenie" naprawił wkładając do bagażnika cegły, których mój mąż pozbył się na pierwszym zakręcie. Jeszcze jego naprawa silnika była rewelacyjna. Nie chciał żebyśmy wydawali pieniądze na uszczelkę, która kosztuje pewnie z całe 20 zł, więc silnik obłożył kartonami. W autku po czarach Wojtka został niezły bałagan, zanim więc Sebastian ruszył po mnie do pracy, to wziął się za wyrzucanie śmieci. Wszędzie leżą fragmenty silnika, jakieś nowe i stare części i różne inne dziwadła. Nasz mechanik wymyślił i zadanie dla mnie, ponieważ nasz dwudziesto ponad letni samochód ma oryginalną instrukcję obsługi w postaci grubej cegły. "Ty Natalka to mi wyglądasz na taką co lubi czytać książki co?" - Kiwnęłam głową. -"No to zaznaczyłem Ci rozdziały przeznaczone dla ciebie." "Pewnie o sprzątaniu?" "Zgadłaś. O sprzątaniu i pielęgnacji wnętrza i podwozia, chyba, że będziesz chciała jeździć, to jeszcze rozdział trzeci Ci zaznaczę."
W przyszłym tygodniu na szczęście będzie zajmował się tym co potrafi najlepiej, czyli konserwacją ramy, mostami i podwoziem. Tutaj też trzeba go pilnować. Wojtek wymyślił bowiem sobie, że wstawi nam podwozie, które kosztuje prawie tyle ile zapłaciliśmy za samochód. Mówi, że każde inne jest beznadziejne. Ciężko mu wytłumaczyć, że to nasze jest OK i potrzebujemy tylko zwykłych amortyzatorów (każde są beznadziejne, oprócz tych z tamtego podwozia), bo jeździmy po terenie tylko kilka minut dziennie, a większość po asfalcie i że nie ma być to samochód do orania pola, czy na wyprawy po klamki w błocie. Wojtek jednak twierdzi, że to podwozie, które chce nam wstawić, jest tak dobre, że przeżyje samochód. Tylko po co nam potem samo niezniszczalne podwozie? W tej kwestii musimy postawić na swoim. Trzymajcie więc kciuki za asertywność Pana Właściciela Samochodu ;-)
Pozdrawiam ciepło i wiosennie. Wreszcie i u nas główki wystawiły przebiśniegi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































