poniedziałek, 2 września 2013
Nie jest tak, że nie dzieje się nic
Oczywiście leżę w łóżku i hoduję sadełko, tak też mniej więcej minął mi ostatni miesiąc i tak minie następny. Jest brzydka pogoda, może to dziwne, ale trochę mnie ona cieszy. Przykro jest oglądać słoneczne dni przez okno i wiedzieć, że za bardzo nie można z nich skorzystać. Za szybą duje silny wiatr, ptaki pochowały się w budkach i dziuplach naszego starego sadu, co chwile widzę spadające gruszki, słodkie i jędrne, których w tym roku, podobnie jak śliwek jest zatrzęsienie. Krew mnie zalewa, że większość z nich się zmarnuje, nie jestem na siłach, żeby przerobić je na aromatyczne powidła, dżemy czy musy ba, dość dużym wysiłkiem jest ugotowanie obiadu, którego bez pomocy niestety nie dam rady zrobić, bo pozycja siedząca powoduje silny ból w kostce i natychmiastowy obrzęk, nie mówiąc już o staniu. Nie jest jednak tak źle. Leki pomagają, więc staram się umilać życie pieczeniem prostych ciast, głównie tart ze świeżymi owocami, z naszego ogrodu. Mąż ustawia mi fotel przy stole, krzesło pod nogę i podaje wszystkie składniki, a ja ugniatam ciasto i wylepiam nim cudną ceramiczną formę z Bolesławca, którą dostałam od mamy na dwudzieste szóste urodziny. Krem mąż musi przygotować już sam, pod moim czujnym okiem, a najprzyjemniejsza część, czyli ozdabianie jak zawsze pozostaje moim zadaniem. Szukam teraz ciekawych przepisów na ciasta z gruszkami, więc jeśli ktoś takowym dysponuje to poproszę.
W słoneczne dni staram się wychodzić na zewnątrz, żeby zobaczyć się z Aniołem. Chociaż na chwilkę wypuścić go w ciągu dnia. Kładzie się wtedy pod moim leżakiem na plecach, a ja głaszczę go po brzuszku, pies czuje że coś jest nie tak i delikatniej się ze mną obchodzi. W weekendy jeżdżę z Panem Właścicielem Domu i Aniołem na dalszy spacer. Oni idą się przejść, a ja siedząc w samochodzie przy otwartych drzwiach wsłuchuję się w bzyczenie lasu i czekam, aż na górce zobaczę psa i będę mogła go zawołać, ciesząc się z jego wariackiego biegu w moją stronę. Ostatnio spróbowaliśmy spaceru na wózku inwalidzkim, drogi jednak u nas nierówne i piaszczyste, kilka razy mało co nie wypadłam z siedziska, zahaczając o kamień. Bardzo mi żal, że nie mogę pracować w ogrodzie, sporo moich sadzeniowych planów odłożyć trzeba na przyszły rok. Mimo aktualnej sytuacji staramy się też utrzymywać kontakty towarzyskie. Zrobiliśmy piżama party w naszej sypialni. To znaczy ja byłam w piżamie, a Sebastian i nasi goście mieli party. Pan Właściciel Domu przy łóżku ustawił mały stolik z talerzykami, przekąskami i napojami. Furorę zrobiły nasze sery, które teraz produkujemy dwa razy w tygodniu. Było bardzo miło, aż w końcu film mi się urwał, bo po prostu zasnęłam, a goście po cichutku poszli spać. Świętowaliśmy też urodziny Piotrka z Leśnej Doliny, który niedługo po moim złamaniu nogi mało co nie obciął sobie kciuka siekierą i ma rękę w gipsie (albo miał, bo chyba dzisiaj mieli mu to ustrojstwo ściągnąć). Na grila w dolinie przyszło sporo mieszkańców naszej wsi i było przesympatycznie. Anioł też był na urodzinach i był zaskakująco grzeczny, najadł się pieczonych smakołyków i został wygłaskany przez wszystkich gości.
Potem była akcja o kryptonimie „Lola”, a już teraz „Saba”. Zobaczyłam to maleństwo na tak zwanym „fejsie” i chociaż wciąż staram się pomagać biednym zwierzakiem, to tym razem poczułam, że albo sami ją weźmiemy, albo znajdziemy dom. Sebastian jak ją zobaczył, to poczuł dokładnie to samo. W mojej sytuacji nie jest to najlepszy moment na wzięcie psa. Rozsyłałam jej zdjęcie przez Internet i mmsami. Wtedy zadzwonił z pracy mój kochany mąż, który wpadł na pomysł bardzo prosty i bardzo dobry, który mi nie przyszedł na myśl: „A dzwoniłaś do Kasi i Piotrka?” – no nie dzwoniłam. Jakiś czas temu odeszła ich Pimpka (znajda, której uratowali życie). Zawsze warto spróbować. Namawiałam ich chociaż na dom tymczasowy, żeby mała nie trafiła do schronu, bo znajoma która ją miała ma już swoje trzy psy i nie mogła jej dłużej trzymać. Oddzwonili niedługo potem z informacją, że żaden dom tymczasowy. Biorą psa! Milena z Lolą, która została Sabą przyjechała jeszcze tego samego dnia. Suczka ma około trzech miesięcy, ktoś ją porzucił pod drzwiami rodziców Mileny. Miała różową obróżkę z dzwoneczkiem i bardzo uśmiechnięty, dziecięcy pyszczek. Obszczekała moje kule, dostała łapką od Kotusia – kota Kasi i Piotrka i po odjeździe Mileny, szczęśliwa i bezpieczna zasnęła na ułożonej dla niej kołderce, którą trzeba było przysunąć blisko ludzi, bo kilka metrów dalej spać nie chciała. Teraz Saba, bo takie imię dostała przyzwyczaja się do nowych opiekunów. Na pewno będzie bardzo szczęśliwa.
W przyszłą sobotę (7.09.2013) w naszym sadzie odbędzie się koncert zespołu Fade Out i oficjalna premiera ich teledysku, który powstał w naszej wsi i w którym zagrały dzieci z naszej wioski. Gdyby ktoś miał chęć nas tego dnia odwiedzić i posłuchać fajnej muzyki, to serdecznie zapraszamy! Zespół gra muzykę instrumentalną, trochę jazu, trochę słowiańskich klimatów. Teledysk nagrał mój kolega ze studiów, jest to bardzo ciepły i trochę sentymentalny film. Jak zawsze prosimy każdego, kto się skusi o przyniesienie czegoś do jedzenia i picia, dobry humor oraz zabranie ciepłych ubrań i kocyków.
Zaznaczam, że nie jest to impreza dla tych którzy nie lubią zwierząt, robaków, natury.
Pozdrawiam wszystkich ciepło i bardzo Wam dziękuję za słowa wsparcia pod poprzednim postem, są dla mnie ważne szczególnie teraz kiedy czuję się taka bezsilna, bo nic nie mogę zrobić zupełnie sama i wtedy kiedy chcę. Jestem na etapie rozmów z gazetą i prawnikiem i mam nadzieję, że sprawa nie zostanie zamieciona pod dywan.
czwartek, 15 sierpnia 2013
szpitalne perypetie
Dawno nic nie pisałam, nie komentowałam też postów na Waszych blogach, ale powód mam niebłahy.
Wyjazd na festiwal nie skończył się dla mnie pomyślnie. Ba, nawet za dobrze się nie zaczął.
Po koncercie Raz Dwa Trzy i kilku miłych chwilach, które udało mi się spędzić na bankiecie szłam sobie po terenie pola namiotowego, kiedy to zobaczyłam zbiegowisko. Ku mojemu przerażeniu na ziemi leżała moja mama. „Natalia leć po tatę, złamałam nogę i jedzie po mnie karetka”. Pobiegłam szybko, niestety brama od podwórka rodziców była już zamknięta. Płot jednak nie dochodzi do samego jeziora i na teren można dostać się wzdłuż linii brzegowej. Jedyną przeszkodą jest strumień, który w tym miejscu wpada do Jezioraka. Jak zwykle zwinne skoczyłam przez wodę, jednak i mnie, podobnie jak mamę zawiodła mokra trawa i wylądowałam w strumieniu. Po chwili już obie leżałyśmy w karetce i jechałyśmy na tortury na najgorszy oddział chirurgii urazowej na świecie.
Czemu najgorszy?
O piątej rano obudziło mnie gwałtowne wyrwanie poduszki spod głowy, przestraszona usiadłam z wrażenia, tym czasem pielęgniarka szybko ustawiła mi łóżko do pozycji siedzącej, odsłoniła też rolety i zapaliła światło, ze słowami, że o ósmej jest obchód i musimy odpowiednio być przygotowane na wizytę ordynatora. Pisząc przygotowane, mam na myśli siebie i mamę, bo trafiłyśmy do jednej sali z dokładnie takim samym urazem (teraz możecie się śmiać). Świta pana ordynatora, ordynusem zwanego przychodziła niczym mroczni rycerze, bez słowa i uśmiechu (nie usłyszałyśmy nawet nazwisk lekarzy prowadzących, nie mówiąc już o zwyczajnym dzień dobry). Leki przeciwbólowe dostawałyśmy nawet cztery godziny od zlecenia, na oddziale panowała też atmosfera strachu, która nie pozwoliła prosić o inne rzeczy. Kilka osób wypisało się na własne żądanie, nas przy zdrowych zmysłach trzymało to, że byłyśmy razem. W pewnym momencie przyszły białe anioły, o twarzach ponurych i zimnych jak kamień i zabrały mnie z sali razem z łóżkiem. Powiedziały, że jadę do innej sali. Na moje pytanie, co z mamą powiedziały, że niewiedzą. W tym czasie moja mama bez słowa wyjaśnień trafiła do gipsowni. Leżała tam kilka godzin przy wciąż otwartych drzwiach i świecących prosto w twarz jarzeniówkach. Nikt nie wyjaśnił dlaczego tam się znalazła i jak długo to potrwa, ponure postacie w gumowych rękawiczkach przemykały tylko bez słowa. W rogu sali stały wózki inwalidzkie. Moja dzielna mama z nogą zapakowaną w gips od stopy po udo wdrapała się na wózek i znalazła mnie w innej sali. Wtedy wpadła „siostra miłosierdzia” drąc się, że jesteśmy terrorystkami i sterroryzowałyśmy oddział, bo mama bez pozwolenia wzięła wózek i stworzyła zagrożenie w ruchu, na szpitalnym korytarzu (gipsownia i sala gdzie leżałam ja były niemal naprzeciwko siebie). Przyleciał też ordynus, który również zaczął się na nas wydzierać. Krzyków zresztą nie było końca. Kosmetyczka nie może stać na podłodze, po szpitalu nie można chodzić w sandale (nie miałam nic innego, w końcu pojechałam do rodziców na weekend, a sandał był sportowy i dobrze trzymał zdrową nogę), można być tylko w koszuli nocnej, lub piżamie, a ja byłam w sukience (jaka jest definicja koszuli nocnej i dlaczego luźna sukienka bez zamków i guzików nie może pełnić roli koszuli nocnej?). Nadszedł wreszcie dzień operacji. Cały dzień na czczo i bez leków przeciwbólowych, a tu po południu okazuje się, że operacji jednak nie będzie. „Może jutro, a może któregoś dnia” – powiedział ordynus (był to poniedziałek, a do szpitala trafiłyśmy w piątek). Wreszcie jednak nadszedł oczekiwany dzień operacji. Pani anestezjolog była u nas, jednak również się nie przedstawiła i nawet nie wiedziałyśmy, że to ta osoba, która będzie nas znieczulać do zabiegu, bo nie różniła się niczym od pielęgniarek, dała nam ankietę do wypełnienia, nic nie powiedziała i wyszła, nie czekając na żadne pytania. Rano weszła pielęgniarka i powiedziała do mamy podając jej lek tonem bardzo rozkazującym i oschłym: „proszę to połknąć, rozebrać się do naga, a ja zaraz przyjdę i sprawdzę czy dostosowała się pani do moich poleceń”, za chwilę wpadł ordynus i powiedział (oczywiście wykrzyczał, a nie powiedział, bo chyba inaczej nie umie), że nie będę miała operacji, bo mam nie zmyte paznokcie. Na próżno były moje tłumaczenia, że mąż zapomniał zmywacza dowieść i że zaraz przyjedzie i powinien zdążyć przed operacją. „Zabiegu nie będzie!” – wyszedł, zostawiając mnie ze łzami w oczach, a mamę płaczącą zabrali na blok. Nasz koszmar jednak dopiero się zaczynał. Po operacji nasze dwukostkowe złamanie razem z kilkoma pęknięciami i zwichnięciami (aż dziw, że wszystko trafiło nam się identycznie) bolało jeszcze bardziej, a leków przeciwbólowych bardzo skąpili. Kiedy mama płakała z bólu, pielęgniarka krzyczała na nią że nie ma czasu się nią zajmować i żeby szybko mówiła co jej jest, a nie się mazała. Inna pielęgniarka powiedziała, że zło wraca, bo dwa lata wcześniej jej mąż (pastor) złamał nogę na podwórku u moich rodziców i ewidentnie cieszyła się, że teraz my tu leżymy (pastor ma wrodzoną łamliwość kości), obwiniała też o wypadek swojego męża mojego tatę (pastor spadł ze schodka) i mówiła jakby mój tata dosłownie pastora popchnął, nie wspominając już, że pastor przyszedł do mojego taty, bo tata chciał dać mu pieniążki na zorganizowanie zabawy dla dzieci.
Przetrwałyśmy, chociaż w bardzo złym stanie psychicznym, to przetrwałyśmy. W całym szpitalu była tylko jedna miła pielęgniarka, cudownie ciepły i sympatyczny rehabilitant, dwie sympatyczne salowe i jeden miły lekarz, na którego akurat ja trafiłam. Był sympatyczny bardzo, ale jak się miało okazać później tylko sympatyczny... Mamie niestety trafił się ordynus, który nawet nie poinformował jej jak przebiegła operacja.
Doczekałyśmy się powrotu do domu. Po mamę przyjechał tata, po mnie brat, bo ma większy i wygodniejszy samochód niż my, a w końcu na Wonne Wzgórze miałam ponad sto kilometrów. W domu czekał już mąż, który wziął tydzień wolnego w pracy, żeby pomóc mi oswoić się z nową sytuacją, jaką są kule. Myślałam, że wszystko jest na dobrej drodze. Byłam na kontroli, zrobili zdjęcie, wyjęli szwy, w przychodni w Olsztynie wszyscy byli sympatyczni. Mama trafiła gorzej, bo w Iławie wciąż przyjmował ją Ordynus, który nie odzywał się do niej nawet słowem. Na domiar złego okazało się, że w jednej z ran (obie byłyśmy cięte z dwóch stron stopy) zrobiły się krwiaki.
Bałam się tylko o pracę, w końcu dopiero pracować zaczęłam i byłam jeszcze na okresie próbnym. Z tym jednak też się ułożyło i Pani Dyrektor powiedziała, że nie będzie szukać nikogo na moje miejsce i w październiku, jak skończy mi się zwolnienie mogę wracać do galerii. Pani Dyrektor właśnie namówiła mnie również, na pójście na prywatną wizytę, do najlepszego specjalisty w województwie, u którego sama się kiedyś leczyła. „Co mi szkodzi?” – pomyślałam i z dobrym nastawieniem umówiłam siebie i mamę i pojechałyśmy do sławnego ortopedy. Tego samego dnia rano, mama w Iławie miała wyciągane szwy. Pan doktor nauk medycznych zobaczył zdjęcie mojej nogi i od razu zapytał. „Czy może pani jutro przyjechać do szpitala? Musimy jak najszybciej reoperować, bo inaczej noga będzie niesprawna” – przeraziłam się. Jak to? Mogę zostać kaleką? Mama nie miała nawet zdjęcia, bo święty pan ordynus uznał że robienie zdjęcia nie jest zasadne, za to okazało się, że w nogę wdała się martwica, której również ordynus nie zauważył. Następnego dnia rano stawiłyśmy się obie w szpitalu i mimo, że operowało nas dwóch różnych lekarzy, okazało się, że w nodze mamy jest taki sam błąd. Jedną z mocujących kość śrub, zamiast właśnie w kość wbito nam w chrząstkę stawową rozrywając staw i sprawiając mocne skrzywienie stopy. Pan doktor nie chciał oficjalnie przyznać, że to błąd lekarski, ale zawołał od razu kilku lekarzy pokazując zdjęcia. Wszyscy milczeli i kręcili głowami. Mamę też przyjęli od razu na oddział i znów wylądowałyśmy na jednej sali. Tu wszystko nas zdziwiło. Uśmiechnięte salowe, pielęgniarki, lekarze. Wszyscy życzliwi, gotowi pomów. Każdy mówi dzień dobry, tłumaczy co i jak. Można być w sukience, sandale, trzymać kosmetyczkę na podłodze, siedzieć razem na jednym łóżku ( w Iławie, pani piguła chciała nas za to zabić), można też spać z zamkniętymi drzwiami, tak żeby nie budziły hałasy z korytarza, a rano pielęgniarki wchodzą na paluszkach sprawdzając czy czegoś nie potrzeba, nie budząc jednak śpiących pacjentów, lekarze przedstawiają się, a anestezjolog obejrzał nas, osłuchał i pozwolił wybrać rodzaj znieczulenia, dokładnie opisując na czym każde z możliwych polega. To bardzo stary szpital, ale wolę stare łóżko i salę, niż nowoczesne łóżko na pilota, które się zacina, a pielęgniarki mówią, że tak ma być i śpi się na siedząco (jak oczywiście w Iławie). Natychmiast odbyła się operacja. Nikt nie każe nam czekać na leki przeciwbólowe, dlatego też jestem w stanie pisać. Najgorsze jednak jest to, że po trzech tygodniach od poprzedniej operacji, całą drogę dochodzenia do siebie musimy obie znów przejść od początku. Ponieważ zarówno rodzice, jak i ja większą część życia spędziliśmy w Olsztynie, to mamy tu pełno znajomych i przyjaciół, dlatego wciąż mamy gości, odwiedzili nas przyjaciele rodziny, koleżanka z mojej pracy (co mnie tak pozytywnie zaskoczyło, że aż się wzruszyłam, bo przecież zdążyłam tam popracować raptem miesiąc, ale tak bardzo ją polubiłam, że sprawiła mi ogromną radość), kolega z uczelni mojego męża z synkiem, no i oczywiście nasza najbliższa rodzina, co bardzo dodaje nam sił i otuchy. Mam nadzieję, że na weekend obie pojedziemy już do swoich domów, za co i Wy, bardzo proszę trzymajcie kciuki.
PS. Niedawno minęła nasza pierwsza rocznica ślubu, spędziliśmy ją w łóżku, a właściwie ja, bo nie mogłam jeszcze wstawać po operacji, ale kochany mąż nazbierał mi polnych kwiatów, które przypominały mi, że wciąż jeszcze jest lato.
Jak tylko trochę dojdę do siebie na pewno ponadrabiam zaległości na Waszych blogach.
poniedziałek, 15 lipca 2013
Cud serowarzenia
Naszym wielkim marzeniem jest, aby nasze gospodarstwo było kiedyś niemal samowystarczalne. Chcielibyśmy, aby nasz ogród rodził tyle warzyw i owoców, żebyśmy nie musieli kupować tych napompowanych chemią (w tym przypadku jesteśmy na dość dobrej drodze, choć to dopiero początki), żeby zwierzęta, jakie mamy zamiar hodować dawały jajka i mleko (nigdy nie trzymalibyśmy zwierząt po to żeby je zjeść, przyjaciół się przecież nie je), a z otrzymanego mleka robilibyśmy sery i inne mleczne pyszności. Na razie jednak musimy zadowolić się jajkami od Pani R., i mlekiem od Pani S. Jednak i te wiejskie specjały, chociaż może nie z własnej obory i kurnika są wielkim przysmakiem. Jest mleko, postanowiliśmy więc zrobić pierwszy ser. Już zimą próbowałam swoich sił w produkcji twarogu, który wyszedł mi od razu całkiem dobrze. Ser to jednak wyższa szkoła jazdy (wiem, że wiele z Was produkuje pyszne sery i pewnie uważa, że to łatwizna). Tutaj przydały się umiejętności Pana Właściciela Domu (ja jestem za mało dokładna). Otóż Pan Właściciel Domu z uwagą przeczytał najróżniejsze przepisy, z racji wieloletniego przesiadywania w laboratorium jest też bardzo dokładny (ja bym wszystko robiła na oko). Z pracy przywiózł termometr i pipetę. Tym razem ja byłam kuchcikiem, a mąż SEROWARZYŁ. Moim zadaniem, oprócz mierzenia czasu (aż tak dokładnie pewnie nie musiało być, ale nawet czas mieszania, wg zaleceń Pana Właściciela Domu, mierzony był stoperem) było też skomponowanie zestawu ziół z naszego ogródka. Świeża bazylia, tymianek, oregano, grubo mielony pieprz. Zapach unosił się w całym domu, a ja kichałam od nadmiaru przypraw.
Jest kilka rzeczy w kuchni, które uważam za kuchenny cud. Takim cudem jest na przykład rośnięcie zaczynu potrzebnego do wypieku chleba i w ogóle cała frajda z przyrządzaniem domowego zakwasu i chleba Kolejnym takim odkrytym przez nas kuchennym cudem jest skrzep, który tworzy się na mleku po dolaniu podpuszczki. Nasze sery obciekały dobę, teraz pływają w solance, a wieczorem wyjmę je, aby znów trochę odciekły. Dziś znów wznawiamy produkcję. W piątek jedziemy do moich rodziców i mamy zamiar uwędzić część serów i zrobić kiełbasę, której produkcji nauczyliśmy się już jakiś czas temu. Reszta sera pójdzie do zjedzenia na świeżo i zostanie zanurzona w oliwie z przyprawami. Już nie mogę się doczekać.
Dzisiaj Pan Właściciel Domu skupia się na czytaniu o bakteriach, które należy dodawać do różnych serów długo dojrzewających, myślę, że połączenie jego talentu kulinarnego (którego nie pozwalam mu rozwijać, bo tez uwielbiam gotować) i doświadczenia labolatoryjnego z pewnością pozwoli mu stać się mistrzem serowarstwa, choćby tylko mistrzem Wonnego Wzgórza (na którym w gwoli przypomnienia znajduje się jeden dom), ale to i tak już coś!
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam wszystkich na Festiwal nad Jeziorakiem, w Siemianach w najbliższy weekend. Wystąpi między innymi Rad Dwa Trzy, Grażyna Łobaszewska i oczywiście Czerwony Tulipan. Będzie też wielu innych artystów kabareciarzy i tych o bardziej poetyckich duszach. My właśnie tam wraz z Aniołem spędzimy najbliższych parę dni. Trzymajcie się!
piątek, 28 czerwca 2013
małe życia
Ostatnio mam troszkę mniej czasu na pisanie bloga, bo znów zaczęłam pracować, co ogromnie mnie cieszy, bo w końcu jestem już prawie rok po studiach i wciąż nie miałam pracy. Udało się wreszcie pracę dostać, w miejscu, które zawsze podziwiałam i to w moim zawodzie, czyli zawodzie plastyka. Dlatego też, żeby po roku po studiach nie wypaść zupełnie z wprawy postanowiłam też od czasu do czasu popisać o wystawach i artystach, myślę, więc że możecie takich postów o sztuce spodziewać się w najbliższym czasie.
Dzisiaj jednak napiszę zupełnie o czym innym.
Nie raz już opisywałam naszą cudowną drogę do domu. Rozciągające się pola zbóż, czerwone dachy, stare, powyginane drzewa. Dzisiaj jednak chciałam tę drogę opisać z zupełnie innej perspektywy, z perspektywy życia, które wręcz inwazyjnie na naszą drogę wkracza i czasem utrudnia nam wręcz dojazd.
Nie chodzi mi tu tym razem o krowy, na które trzeba czekać, kiedy przeganiane są przez drogę, nie chodzi o wszędobylskie kury Pani R., o brykające po polu źrebaki, które są tak słodkie, że musimy zwolnić żeby się trochę na nie pogapić, nie chodzi nawet o goniące nas psy (które ostatnio gonią nas trochę mniej), czy o Pana Bociana, majestatycznie spacerującego środkiem drogi, ale o życie znacznie drobniejsze. Na drodze pełno jest żab, ślimaków i ... kuropatw! Pan Właściciel Domu dzielnie kręci kierownicą omijając wszystkie żyjątka, często też zbieramy je z drogi, tak żeby nie zrobić im krzywdy. Dzisiaj jednak rano po raz kolejny zaskoczyły nas właśnie kuropatwy. Te nie za mądre ptaszki biegną środkiem drogi przed samym samochodem i nie bardzo mają chęć schować się gdzieś w trawach. Dzisiaj biegła sobie mama, z całym przedszkolem maluchów. Biedaki nie nadążały i przewracały się uciekając z górki. Zatrzymaliśmy auto, a kiedy wyszłam z samochodu, tuż przy moich nogach siedziały maleńkie kurczaczki w drobne cętki, mniejsze niż pięść. Bohaterska mama uciekała drogą, śmiesznie zadzierając nogi, nie oglądając się na dzieci, które myślały, że jak schowają głowę, to już nikt ich nie zobaczy. W końcu kilku odważniaków ruszyło w trawy, a za nimi po chwili te mniej odważne rodzeństwo. Został tylko jeden, wciąż myśląc, że go nie widać. Delikatnie objechaliśmy maleństwo i ruszyliśmy w dalszą już spokojną drogę do Olsztyna. Odważna mama na pewno wróci do swojego „kurczakowego” przedszkola.
poniedziałek, 10 czerwca 2013
Niedziela w markecie?
Takim rozrywkom stanowczo mówimy
NIE!
Zacznę jednak od początku.
Niektórzy, może nawet większość,
na randki chodzą do kina, potem kolacja i tak dalej ;-)
Mnie mąż na randkę zabrał na...
FESTIWAL SERA!
Przez cały miniony weekend na podzamczu
zamku w Lidzbarku Warmińskim, dawnej perły Warmii, siedzibie biskupów
warmińskich, a więc w samym sercu Księstwa Warmińskiego odbyło się święto sera.
To była krótka decyzja: „Jedziemy na randkę!”.
Wystroiłam się, jak to przystoi
przy niedzieli, spakowaliśmy Anioła, bo przecież Stróż musi być z nami i
ruszyliśmy – pyr pyr pyr – polnymi wertepami (bo drogami ciężko to nazwać) na
skróty w stronę Dobrego Miasta. Do samego Lidzbarka droga była już lepsza i
dość szybko zajechaliśmy pod mury okazałego zamku. Miło było wjechać do miasta,
w którym po pierwszym roku studiów spędziłam kilka tygodni na plenerze
malarskim. Powoli przypominałam sobie wszystkie miejsca, knajpki, pizzerie, no
i przede wszystkim zabytki, z których znaczna większość była wtedy w remoncie,
a teraz odnowione uśmiechały się do nas, ukazując cały swój urok i
monumentalizm średniowiecznych zabudowań, czy dziewiętnastowiecznego ewangelickiego kościoła. Weszliśmy na podzamcze i...
Zdziwiliśmy się. Tłumy ludzi, do straganów nie można się dopchać, a ilość
stoisk wcale nie była tak imponująca, jak informacje w radiu i telewizji
regionalnej na temat wydarzenia. Wróciliśmy do samochodu, wzięliśmy Anioła i
poszliśmy na spacer po starówce, w której architekturze poprzedni system
odcisnął niestety znaczące piętno. Miasto opustoszałe. Lodziarnie, kawiarnie
pootwierane, a ludzie tylko gdzieniegdzie przemykają bocznymi uliczkami. Na
placu siedziało kilku chłopców w za szerokich spodniach, z dumą palących
papierosy. Poszliśmy dalej i naszym oczom ukazała się wielka gotycka brama,
zwana w Lidzbarku, podobnie jak w Olsztynie Wysoką Bramą, jednak znacznie
bardziej imponująca niż ta olsztyńska. Wypiłam jakiś ohydny mrożony sok w
jednej z budek i wróciliśmy do samochodu. Aniołek znów musiał na trochę zostać,
a my licząc na mniejsze tłumy wróciliśmy na serowy jarmark. Teraz była już
szansa na dopchanie się do stoisk i popróbowanie specjałów z mleka krowiego,
koziego i owczego. Zjadłam oscypka na ciepło z żurawiną, a Sebastian wypił
regionalne piwo. I co już? Nic specjalnego. Chociaż uwielbiamy swojską żywność
i jarmarki, to ten nas nie powalił na kolana. Ruszyliśmy więc do muzeum. Tutaj
każde z nas znalazło coś dla siebie. Sala z orężem od XIV wieku, aż do początku
XX. Wszystkie hełmy, armaty, miecze, czy pistolety oryginalne i robiące ogromne
wrażenie, szczególnie te najstarsze pamiętające czasy bitwy pod Grunwaldem,
gdzie walczyła też (oczywiście po polskiej stronie) Chorągiew Warmińska. Potem
przepaściste lochy, gdzie była wystawa pokazująca prace konserwatorskie nad
odkrytymi niedawno freskami na krużgankach dziedzińca zamkowego (najstarsze z
około 1380 roku). Obejrzeliśmy też kilka imponujących kominków i ruszyliśmy do
sal zamkowych. Tam dopiero cuda. Portrety biskupów warmińskich (jednym z nich
był Ignacy Krasicki, na zamku mieszkał też w swoim czasie Mikołaj Kopernik a i
inni duchowni zamieszkujący niegdyś budowlę są bardzo znani nie tylko
zainteresowanym historią i kulturą tej krainy historycznej), komnaty biskupie,
kaplica w stylu wczesnego rokoka, pięknie malowane i inkrustowane meble, wystawa
naczyń kuchennych ( mi najbardziej spodobała się misa do duszenia mięsa, o
wyglądzie ogromnej brytfanki, a Panu Właścicielowi Domu oczywiście konew do
ważenia piwa). Potem wreszcie moja ulubiona część – rzeźba średniowieczna,
głównie warsztat elbląski, warmiński, ale i pomorski. Na takiej rzeźbie głównie
wzorowali się ludowi twórcy warmińscy, o których pisałam pracę magisterską. Na
koniec wielka wystawa malarstwa polskiego i nazwiska takie jak: Ruszczyc,
Fałat, Ślewińki, Stanisławski, Mehoffer, Wyczółkowski, a także pastele między
innymi Witkacego. Na poddaszu natomiast malarstwo znacznie nowocześniejsze.
Zobaczyć można tam pokaźną kolekcję obrazów Dwurnika. Pełni wrażeń wróciliśmy
po Anioła i poszliśmy na spacer wokół zamku, wzdłuż zamkowej fosy. Anioł, mimo
że wcześniej dawaliśmy mu pić z plastikowego kubeczka, to jednak taka
zielonkawa woda jest z pewnością pyszniejsza, wpakował się więc do fosy i stał
kilka minut chłodząc się i chłepcząc wodę. Był zachwycony. Po spacerze mokry wpakował się do
samochodu. Wolimy jednak jeździć ze szczęśliwym i śmierdzącym mokrym psem -
psem, niż takim, któremu gorąco. Zakończyła się wiec nasza randka w muzeum, po
drodze nie ominął nas niestety i tytułowy niedzielny market w Dobrym Mieście,
przemknęliśmy przezeń z prędkością światła (no prawie) i znów wertepami
ruszyliśmy do domu, aby zaszyć się w kuchni i razem ugotować bardzo późny
obiad.
| Widok z okna zamkowego na jarmark |
| krużganki |
| zdjęcie nieostre, trzeba było działać szybko, bo wątpie czy można było robić zdjęcia. Wystawa oręża. |
| Miejsce kąpieli Anioła |
| Na koniec Wiedźma śpięca w "domku" na parapecie |
| i coś słodkiego na deser! |
Pozdrawiam wszystkich ciepło!
wtorek, 4 czerwca 2013
Muzyka wspomnień i troszkę kwiatów ;-)
Nie tylko Wonnym Wzgórzem
człowiek żyje. Dlatego też kilka wolnych chwil tym razem postanowiliśmy spędzić
w Siemianach na Jeziorakiem. W czwartek miał być koncert naszych przyjaciół z
EKT, którego nie mogliśmy przecież opuścić. Nie chodzi tu już do końca o
muzykę, ale o klimat, atmosferę i przemiłe spotkanie, zakrapiane kilkoma
kroplami mocnych trunków. Oczywiście pisząc o koncercie nie mogę nie wspomnieć
o tym, że zespół po raz kolejny nie przyjechał w pełnym składzie i nigdy już w
tym składzie nie przyjedzie. Chociaż wszystkim brakuje Mesaliny – pełnego
ciepła i cudownie śpiewającego, to przy każdej piosence mamy wrażenie, że też
stoi na scenie. Kiedy chłopcy wysiadają z busa, wciąż czekam, żeby się z nim
serdecznie uściskać, a potem mam wrażenie, że słyszę jego głos, choćby w
chórkach.
Uwielbiam tę atmosferę, która
szybko ogarnęła nas i całą licznie zgromadzoną publiczność. Szanty i piosenka
turystyczna, bo przecież EKT – Gdynia to Elitarny Klub Turystów z Gdyni, tak
cudnie brzmią tylko nad Jeziorem, czy morzem. Spotkaliśmy kilka miłych osób,
dobrze i trochę mniej nam znanych znajomych. Poznaliśmy też parę nowych, co
zawsze bardzo nas cieszy. Głowę ogarnęły wspomnienia, bo przecież te koncerty i
ta muzyka zawsze kojarzą się z miłymi chwilami. Poszaleliśmy na parkiecie, a potem zaczął się już tylko nasz mały
prywatny koncert. Jacek – perkusista, jest też świetnym gitarzystą i kiedy
odkłada pałki, bierze w ręce gitarę i gra wszystko o co się poprosi. Gra mi
nawet mojego ulubionego Turnaua i inne trudne do zagrania piosenki, których moi
(też przeze mnie ogromnie doceniani) ogniskowi grajkowie nie potrafią
(niektórzy też nie chcą ;-) zagrać. Ciepły wieczór i śpiewy zawładnęły nami w
stu procentach i spać poszliśmy dopiero, kiedy zaczęło robić się jasno. Zmęczenie
dawało się we znaki, a przygotować mieliśmy się na kolejny pełen wrażeń
wieczór.
W piątek pojechaliśmy na długi
spacer do lasu i wykąpać w leśnym jeziorze Anioła. Zaopatrzyliśmy się w szampon
i ręcznik. Anioł wszedł chętnie do wody, ale kiedy zobaczył co się święci,
zaczął wyć tak jakbyśmy chcieli go utopić, aż jacyś ludzie przyjechali
rowerami, pod pretekstem zapytania nas o coś, a my dobrze wiemy, że przyjechali
sprawdzić, czy nie krzywdzimy psa. Sami zachowalibyśmy się tak samo, więc nie
mamy do tych Państwa pretensji, a Anioł wył naprawdę przerażająco na pół lasu. Podczas spaceru znalazłam też czterolistną koniczynkę, rosła sobie na środku drogi i uśmiechała się do mnie. Dałam ją Sebastianowi, ale on powiedział, że trzeba było ją zostawić dla kogoś innego, przecież my i tak mamy szczęście. Szczęścia jednak nigdy za wiele, więc zasuszyłam ją w książeczce zdrowia Szczęściarza, która wciąż jeździ z nami samochodem i czekać będzie sobie koniczynka na moment kiedy się przyda.
Wieczorem przybyła moja Mała
Sylwia od Starych Mebli i to nie sama. Miło było zobaczyć ją tak roześmianą i
szczęśliwą, taką, jakiej jej jeszcze nigdy nie widziałam.
Oprócz Sylwii, przyjechały
jeszcze dwie przemiłe osoby – Ola i Marek. Piosenki Marka, pewnie wielu z Was
zna, niektóre z nich towarzyszyły mi w dzieciństwie, kiedy śpiewała mi je mama.
Na podwórku zespół weselny, więc mimo oszałamiającego zapachu jeziora i cudnych
widoków przenieśliśmy się do domowego zacisza, gdzie Marek i Ola zagrali. Dwie
gitary, okulele i harmonijki ustne. Ola przepięknie śpiewała "Sarajewo", Nohawicy
w wersji oryginalnej, dośpiewywałam tylko po cichu refren po polsku. „Noc
Czerwcowa” i inne ballady, również wciąż dźwięczą mi w uszach. Marek nie
przejmował się, że publiczność mają raptem sześcioosobową i wręcz prowadził
koncert. Uczył nas refrenów, żebyśmy mogli śpiewać razem, opowiadał o historii kolejnych piosenek, które napisał. Kilka z nich
były to tłumaczenia ludowych piosenek bałkańskich. Każdy utwór był połączeniem
liryki i humoru. Był też mały koncert życzeń i standard w postaci Pod Budą, a
także właśnie ta piosenka Marka, którą mama mi nuciła: „Bo każdy chłopiec
powinien mieć misia, bo każdy miś powinien chłopca mieć, tak jak Puchatek miał
swojego Krzysia, bo najlepiej śpi się z misiem to się wie, bo każdy chłopiec
powinien mieć misia, dziewczynka też jeżeli tylko chce...” Słodko się zrobiło i
cudnie, bo nawet te piosenki Marka, które napisał dla dzieci, do końca
dziecięce nie są. Polecam Wam wszystkim ;-)
W sobotę usiedliśmy nad jeziorem
tylko we dwoje i było cudnie. Potem dosiadł się Misiek i jeszcze kilka innych
osób i znów gitara i tak zwane Miśkowe szlagiery: „Dla takiej jak Ty”, „Na
parterze w mojej chacie”, kilka szant, a potem już tylko „Misiek Blues”. Znów
przywitał nas różowy horyzont, dlatego też w niedzielę nie daliśmy rady
pojechać do domu i zawitaliśmy na Wonne Wzgórze dopiero w poniedziałek, gdzie
przywitały nas zjedzone do korzonków kapusty i... wszystko wielkie i pachnące.
Przyroda przez te kilka dni pokazała nam swoje możliwości. Zobaczcie sami.
| Taki krzew nam się kiedyś spodobał i sobie rośnie. Nie pamiętam jego nazwy. Ktoś może kojarzy? |
| Drobne kwiaty tawuły, mamy ich dwa rodzaje, ale tylko te już kwitną. |
| kwiatki z bajki, kojarzą mi się z dzieciństwem. Szczepkę dostaliśmy od Kasi z Leśnej Doliny, a reszta przekopana jest z pola. |
| to kupiliśmy ostatnio i już zapomnielśmy nazwy. Skoplikowana jakaś ;-) |
| Zaczynają się moje ulubione fiolety, lawendowo ;-) |
| Zakwitł też szczypior, którego kwiaty uwielbiam. |
| w tle łubin, obok mięta - dzika przekopana z bagien i ta domowa - cytrynowa, też będzie kwitła na fioletowo. |
| zmiana koloru ;-) |
| pierwsze pomidorki. |
| smakowita bardzo ;-) |
| Zrobiłam zdjęcie tylko tej pani, ale także i agrest ma owocki i maliny ;-) |
| nasza kochana łąka. |
| Jeszcze powrót do ogródka i rozkwitły pierwsze piwonie. |
| schody do domku i anielski pies. W tle jeszcze trochę bałaganu, ale staramy się powoli wszystko sprzątać. |
Dziękuję wszystkim za miłe i pełne wsparcia komentarze pod poprzednim postem. Przez miesiąc nie wchodziłam w ogóle na Wasze blogi, bo musiałam zrobić sobie mały komputerowy urlop. Już nam przeszło i wiemy, że Szczęściarz jest w niebie. Obiecuję nadrobić zaległości. Dzięki i pozdrawiam.
wtorek, 7 maja 2013
Oststni oddech
Szczęściarz spadł ze schodów.
To nie był pierwszy raz.
Od jakiegoś czasu jego łapki
rozjeżdżały się nawet na prostej drodze, a po raptem trzech, jedynych schodkach
prowadzących z podwórka do domu wolał wchodzić z asekuracją. Na łapach wyrosły
mu krwawe guzy, które trzeba było opatrywać kilka razy dziennie, a największa
narośl na podbrzuszu była już wielkości główki dziecka.
Tym razem leżał pod schodami na
plecach i nie mógł się podnieść, a spod niego leciała cienka stróżka moczu.
Wybałuszył oczy i patrzył na mnie błagalnie. Położyłam go w wygodniejszej
pozycji. Byłam zmęczona ciągłym nocnym wstawaniem, sprowadzaniem, czy
znoszeniem bydlądka po schodach, a potem jeszcze cięższym wciąganiem na górę,
zmianą opatrunków, karmieniem z ręki, bo inaczej już nie jadł, podawaniem miski
z wodą, mycia pod ogonkiem... Byłam jednak w stanie wykrzesać z siebie jeszcze
więcej i trwać tak, do póki nie poczułam na sobie tego właśnie błagalnego
spojrzenia, w którym była bezradność i bezsilność. Już kilka tygodni temu
przestaliśmy słyszeć radosne szczekanie, które przerodziło się w próby wydania
z siebie tego niskiego barytonowego hau hau, żeby wydusić tylko piskliwe
hałłł... Od kilku dni nie słyszeliśmy już nic, oprócz miarowego popiskiwania od
czasu do czasu i dźwięku szorujących o deski łapek, które próbowały same wstać.
-Sebastian, jedziemy ze
Szczęściarzem! Już czas!.
-Nie dam rady... – pierwsza myśl
Pana Właściciela Domu, który już po chwili zreflektował się i zaczęliśmy
szykować się do wyjazdu. Szczęściarz cierpliwie czekał. Przed oczami stanęła
nam ta brudna czarna kula, która stała pod sklepem. Wtedy też nie mógł chodzić.
Potem operacja i pierwsza gonitwa za samochodem, pierwsze spacery i radosne
szczekanie w cztery strony świata i czekanie na drodze na swojego opiekuna, aż
wróci z pracy. Potem już tylko coraz mniej biegania, chodzenia i wszystkiego
coraz mniej, w końcu zrobiło się i mniej psa, a więcej cierpienia i choroby.
Zadzwoniłam do kliniki, pełna zaufania do lekarzy, którzy zajmowali się Piesiem
z największym zaangażowaniem i czułością. Po chwili wydukałam o co mi chodzi:
-
Pies jest z zaawansowanym rakiem, nie wstaje już sam, chcemy
go uśpić. – powiedziałam drżącym głosem i właśnie tego dnia, przez cały ten
czas bywania w klinice w Kortowie nawet raz w tygodniu, trafiłam na
weterynarza, którego poziom empatii wahał się koło zera.
-
To od dzisiaj pani wie, że pies ma raka? Jest długi weekend.
-
Nie, nie od dzisiaj,
ale w weekend się bardzo pogorszyło.
-
Dzisiaj nie usypiam psów, nie będę mieć co zrobić z ciałem,
proszę przyjechać po weekendzie. Dzisiaj mamy święto.
-
To, to że mamy święto oznacza, że pies ma się męczyć?
-
Pies jest naszym pacjentem?
-
Tak.
-
To u kogo się leczy? – tu wymieniłam nazwisko naszego Pana
Doktora i kilku innych lekarzy, którzy w między czasie zajmowali się Szczęściarzem.
– Dobrze, proszę przyjechać.
Po drodze milczeliśmy, ale i
staraliśmy się usprawiedliwiać swoją decyzję, zastanawiać się czego chce
Piesio, próbowaliśmy też zmieniać temat...
Po problemach z wyjściem z
samochodu Piesio zaczął normalnie iść, a w klinice napił się sam wody.
Wątpliwości zaczęły ściskać nam gardło. Rozsądek jednak wziął górę.
Pan doktor znów nie okazał za
wiele serca. Płakaliśmy oboje, kiedy Szczęściarz dostał zastrzyk uspokajający.
Staliśmy na środku poczekalni, Pies leżał przy nas. Głaskaliśmy go po główce i
czuliśmy pełne współczucia spojrzenia ludzi, którzy czekali ze swoimi dużo
zdrowszymi zwierzętami. Panowała przerażająca cisza. Weterynarz nawet nie
pomyślał, żeby zabrać nas z naszą małą tragedią do oddzielnego pomieszczenia.
Po zastrzyku Szczęściarz nie mógł już zupełnie wstać. Sebastian podpisał zgodę
i wreszcie mogliśmy uciec gdzieś, gdzie wszyscy nie będą na nas patrzeć.
Położyliśmy Psa na stole i głaskaliśmy go po pyszczku. Dostał narkozę. Oddychał
spokojnie, spał. Okropnie długo to trwało, nie wiedzieliśmy co się dzieje. Nie
byliśmy nigdy przy usypianiu psa i nie wiedzieliśmy czy to już, czy jeszcze
nie. Czy ktoś do nas przyjdzie, czy mamy iść, czy zostać. W końcu przyszła
studentka, której zapytaliśmy się co dalej.
–Dostanie jeszcze jeden zastrzyk,
wtedy przedawkujemy narkozę, nie musicie państwo przy tym być. - Jak mielibyśmy
przy tym nie być i go zostawić?
- My chcemy przy tym być! –
oburzył się Sebastian. Nie zostawilibyśmy go samego. Pan nieczuły wreszcie się
pojawił. Nic nie mówił, nie pytał się co jest psu, nic. Nic go nie obchodziło.
Jak zaczęłam coś do niego mówić, to po prostu wyszedł zostawiając moje słowa
zawieszone w powietrzu. Po chwili wrócił z ostatnim zastrzykiem. Trzymałam rękę
przy nosku i czułam jak oddech staje się wolniejszy i wreszcie się zatrzymuje.
To koniec męczarni. Już jest w psim niebie. Wracając było tak pusto, śmialiśmy
się przez łzy wspominając zabawne zachowania Piesia i obiecaliśmy sobie już nie
płakać.
Ten dzień przeznaczyliśmy na
odpoczynek i wyciszenie. Wieczorem, nie rozmawiając już o Piesiu, położyliśmy
się do łóżka. Teraz był moment dla Sebastiana, który cały czas bardzo mnie
wspierał i tylko ukradkiem ocierał łzy.
-
Tak jest pusto... A jeszcze niedawno zza łóżka wystawały te
jego krzywe, śmieszne uszy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)