Na Wonnym Wzgórzu jakby powiało jesienią, chociaż osobiście wolę nazywać to po prostu późnym latem, przecież jeszcze wciąż rozkwitają nowe kwiaty w dużej ilości, a z ogrodu zbieramy spore plony i nie są to tylko dyniowate kojarzone głównie z jesienią (ale też z PÓŹNYM LATEM), a fasolka, bób, sałata, pomidory i inne pyszności. Powoli jednak niektóre grządki pustoszeją, a ja uparcie wyrzucam na nie zielone resztki, żeby trochę wzbogacić tę naszą twardą, zbitą ziemię. Posiałam też kilka nowości – zobaczymy co z tego będzie, a wśród nich rzodkiewka biała z wierzchu i czerwona w środku i rzepa – Golden Ball. Oczywiście nie mogło też zabraknąć mojej ulubionej rukoli i szpinaku, z którego nie wiem czy coś będzie, bo też kupiłam jakąś inną odmianę o dużych spiczastych nasionach i na razie nie kiełkuje, ale może potrzebuje więcej czasu. Lato zatrzymuję też letnimi strojami. Chociaż w pracy wszyscy przychodzą obleczeni w długie spodnie, rajstopy, a nawet kurtki, to ja uparcie latam z gołymi nogami i krótkim rękawkiem, w spodniach nie chodzę, ale dzień założenia do spódnicy, czy sukienki rajstop jest dla mnie moim pierwszym dniem jesieni.
Bociany już odleciały, zawsze odlatują pod koniec sierpnia, jakoś w okolicy moich urodzin. To jeden z nielicznych powodów dla których nie lubię sierpnia. Oprócz tego to miesiąc pięknej aury i spadających gwiazd. Ten sierpień był też miesiącem bardzo miłych spotkań – spotkanie z okazji zakończenia lata (Lato jeszcze się nie skończyło, pamiętajcie!) w Czarnym Kierzu – pełne śpiewów, z uroczym koncertem Pawła (Neowieśniak Codzienny), ale i nocnym spacerem polnymi drogami, prowadzącymi donikąd, a czasem dokądś i wykrzyczanymi (bo to już chyba nie do końca był śpiew) piosenkami związanymi z wędrówkami, z dzieciństwem, no cudnie i tyle.
Tydzień później urodziny Kasi i Piotra z Leśnej Doliny, po których musiałam swoje odchorować, ale też było super. Poza tym miałam okazje zjeść zbierane własnoręcznie przez Kasie rydze w naszych studziankowych lasach (a dokładnie w... a nie będę zdradzać, bo jeszcze ktoś następne wyzbiera), nie jadłam ich już kilka lat! No właśnie – grzyby. Zaczął się czas grzybobrań, a my przez te imprezy i dalszą budowę ganku (ostatnio wstawiliśmy okna) nawet nie byliśmy jeszcze na grzybach. Mimo jednak tego naszego niebycia, to z drogi z samochodu udało mi się wypatrzeć pięknego borowika, na tyle dużego, że po wypatrzeniu jeszcze trzech koźlaków zjedliśmy grzybki w śmietanie i jeszcze zupę grzybową.
Powoli zbliża się też czas rykowisk. Byki, jeszcze nieśmiało dają o sobie znać nocami. Musimy jak najszybciej zabezpieczyć młody sad, bo już jakiś wstrętny bykostwór objadł nam trochę czereśnię, jakby nie miał wystarczająco opadłych jabłek i śliwek w starej części sadu. Oprócz saren i jeleni stałym gościem naszego podwórka jest ostatnio borsuk. Borsuk od może dwóch tygodni codziennie przychodzi około 20.00. Na początku mogliśmy go dokładnie obserwować bo podchodził tuż pod okno tarasowe, gdzie rośnie stara śliwka, a śliwki spod drzewa były nad wyraz pyszne. Zastanawiamy się tylko co Pan Borsuk robił z pestkami? Teraz śliwki się skończyły, więc nasz sąsiad przemyka tylko przy dużym oknie i biegnie do sadu na jabłka. Nie jest jednak taki głupi żeby jeść te z ziemi. Zjada te najładniejsze, które poukładane są na ławce, żeby jeszcze trochę dojrzały. Raz udało mi się zrobić mu kilka zdjęć, chociaż było już ciemno i zdjęcia są słabiutkiej jakości. Trochę też się obawiam, bo podobno borsuki polują także na koty. Chociaż nasza Wiedźma to przecież najszybszy i najwredniejszy kot, miałaby dać złapać się w szpony borsuka? Mimo to kiedy nie ma jej w nocy, to śpię trochę niespokojnie. Martwię się o wredną istotkę, a wredna jest wyjątkowo, bo ostatnio przynosi nawet po pięć myszy dziennie, niektóre chyba są smaczniejsze bo zjada je na parapecie, inne zostawia dla nas.
Spróbowaliśmy też wreszcie po dwóch miesiącach dojrzewania naszego pierwszego żółtego sera – jest miękki, ma ładne dziurki, blado żółty kolor i jest pyszny! Ostatnio produkujemy tak dużo sera, że starcza nam do jedzenia, do podarowania sąsiadom i znajomym, a także jako dodatek do różnych potraw. Zdarzają się też wpadki, np. mleko, które skwaśniało. Nic to jednak strasznego, przerobiliśmy je na twaróg, którego wyszło tak dużo, że naleśnikami z twarogiem (i z jabłkami z naszego sadu) najedliśmy się my i wszyscy pracownicy olsztyńskiego Biura Wystaw Artystycznych, a dwa krążki twarogu wciąż leżą w lodówce.
No i na koniec jeszcze informacja o mojej kolejnej wystawie tym razem w Olsztynie, w halo Galerii , czyli w siedzibie MOKu w Kamienicy Naujackiej na Dąbroszczaków. Otwarcie już w piątek o 18.00, a gdyby ktoś miał chęć wpaść do Olsztyna, to wystawa będzie prawie przez miesiąc aż do pierwszego października.
Pozdrawiam wszystkich późno letnio!
PS. Czy ktoś mi powie co to za kwiat na ostatnich trzech zdjęciach - takie żółte kwiaty zebrane w kiście na długiej bordowej łodydze i z zielonymi liśćmi z bordowymi żyłkami. Dostałam go od Piotra z Anielskiego Domu już ze dwa lata temu i teraz pierwszy raz zakwitł.
środa, 3 września 2014
piątek, 8 sierpnia 2014
Wieści ze wzgórza i okolic :)
Czas mija nie ubłagalnie, a u nas wciąż dużo się dzieje, chociaż wydaje się że nie dzieje się nic, a czas płynie wolno. Odkąd pisałam ostatni raz na drzewach zdążyły dojrzeć pierwsze jabłka, ugotowałam kompoty i sporo posuszyłam, ale jabłonie w tym roku tak obrodziły, że za miesiąc z jabłkami nie będzie co robić. Wciąż nowe opadają na trawę i są świetnymi zabawkami dla Anioła, który biega za tymi najtwardszymi jak za piłką. Również droga na Wonne Wzgórze, wokół której rosną skarłowaciałe już, stare jabłonki gdzieniegdzie usiana jest drobnymi, gnijącymi już owocami. W powietrzu unosi się kwaśny zapach octu. W upalne dni nie robiliśmy nic wokół domu, oprócz wieczornego podlewania oczywiście, które stało się czynnością obowiązkową przy takiej suszy. Cieszyliśmy się tylko, że nasza studnia jest tak głęboka, bo wokół Wonnego Wzgórza źródła wody powysychały, a sąsiadom pokończyła się też woda w studniach. Najbardziej żal było mi zwierząt, w taką pogodę trzeba wystawiać miski z wodą, bo może jakieś zabłąkane spragnione zwierze przywędrować w nasze okolice i chcieć się napić. W tym suchym, upalnym czasie, a nie padało u nas ponad trzy tygodnie, miałam też wystawę w Bartoszycach. To dość surrealistyczne przeżycie, bo chociaż czasów PRLu nie pamiętam, to trochę poczułam się jak w tamtych czasach. Pani Dyrektor ośrodka nie dojechała, bo utknęła w korkach, z resztą tak jak kiedy pierwszy raz przyjechałam z pracami - też jej wtedy nie było, mój mąż wysnuł więc teorię, że Pani Dyrektor nie istnieje. Dostałam też podziękowanie w teczce z namalowaną różą, które zostało głośno odczytane z wyraźnym zaznaczeniem Ą i Ę, jak na dawnej akademii. Najważniejszy jednak był fakt, że mimo iż nie znam nikogo z Bartoszyc, że upał był straszliwy, to trochę osób na wernisażu się pojawiło, a prace chyba się podobały. Ciekawy był też pan z jakiejś regionalnej telewizji, który wywęszył, że moje prace są na deskach ze stodoły, zapytał natychmiast czy nie chciałabym kupić stodoły, a kiedy zapytałam czy stodoła jest na Warmii, czy już na Mazurach pan nie potrafił odpowiedzieć, chociaż jak się pochwalił jest z tych terenów. Brak wiedzy ludzi, który wynika z totalnego braku zainteresowania choćby swoją najbliższą okolicą i ich malkontenctwo mnie przeraża. Wróćmy jednak do miłych rzeczy. Na wernisaż przyjechali moi rodzice, moja teściowa, nasi sąsiedzi z Tłokowa prowadzący fundację Revita Warmia, a także mój wujek Piotr – z Anielskiego Domu (mimo że o kulach) i jego przyjaciel – świadek na moim ślubie – Józek. Miłe to było spotkanie i na pewno ubarwiło wernisaż. Szczególnie wizyta wujka, który jest osobą rozpoznawalną. Kilka pań zapragnęło zrobić sobie z nim zdjęcie, a żeby głupio nie było, to poprosili o zdjęcie z artystką i koniecznie z jej rodziną, hehe. Na wystawie pojawiła się także jedna przesympatyczna pani, która przyszła chyba tylko dlatego, żeby zaprosić wszystkich na swoją wystawę w SWOJEJ AUTORSKIEJ GALERII. Ciągle powtarzała, że po moim wernisażu wszystkich tam zabiera. AUTORSKA GALERIA nazywa się EL, zwróciłam więc uwagę, że to tak samo jak taka znana galeria w Elblągu. "No tak" – odpowiedziała z dumą pani – "ale moja galeria nazywa się od mojego imienia Elżbieta, a tamta... tamta to w jakimś tam starym kościele..." Pani Elżbieta najpierw zwracała się do mnie proszę pani, potem pani Natalio, pani Natalko, a na końcu już bardzo się zaprzyjaźniłyśmy i zostałam Nataleczką. Zachęcała mnie też bardzo do wzięcia udziału w plenerze malarskim w Bartoszycach w następnym roku, bo właśnie wtedy w centrum kultury odbywać się będzie jej wystawa, autorska wystawa. Podziękowałam pięknie mówiąc, że nie wiem czy praca mi na taki wyjazd pozwoli i na to usłyszałam, że muszę zaplanować to dużo wcześniej, bo na plener bardzo ciężko się dostać i muszę dużo wcześniej zadzwonić do Pani Dyrektor (widmo), która ewentualnie zaprosi mnie do udziału. Tyle o wernisażu, po prace, mimo obietnicy odwiezienia muszę jechać do Bartoszyc sama, ale na pocieszenie powiem, że szykuje się następna wystawa, dostałam już umowę i jest to naprawdę fajne miejsce.
Ostatnio mieliśmy też drugą rocznicę ślubu, wiem że to może żadne osiągnięcie, ale po pierwsze miłe wspomnienie, a po drugie rocznicę tę traktuję jak pierwszą, bo podczas pierwszej byłam z nogą w gipsie, krótko po operacji i na silnych lekach przeciwbólowych i najzwyczajniej w świecie jej nie pamiętam. Z okazji rocznicy na kilka dni pojechaliśmy do Siemian. Nareszcie udało nam się trafić na piękną, upalną pogodę. Pan Właściciel Domu przeklinał już, że jeśli znów będzie zimno i deszcz, to więcej w tym roku do Siemian nie jedzie, bo Siemianom pech przynosi. Rzeczywiście od początku tego roku, kiedy tylko obieraliśmy kierunek Siemiany, to po całym słonecznym tygodniu nagle pogoda się zmieniała o 180 stopni. Od każdej reguły musi być jednak wyjątek. Udało nam się wreszcie popływać naszą czarną strzałą, pokąpać w leśnych jeziorkach, których wokół Siemian jest mnóstwo i posłuchać gitarowych śpiewów naszych starych i nowych znajomych.
Tym razem pogoda też się zmieniła, ale na szczęście już po naszym powrocie. Niebo zakryła gęsta szara maź. Taka szarość nie mija zbyt szybko, jest tak wilgotna i tak ciężka, że byle wiatry, które zrywają się wieczorami jej nie przegonią. Ziemia ze smakiem pochłania wielkie krople, które lecą na wysuszoną na wiór powierzchnię, a okoliczni rolnicy oddychają z ulgą, bo jak powiedziała pani S. od której kupujemy mleko "trawa jałowa, kury nie chcą się nieść, a krowy mleka dawać". Teraz deszczu mamy aż za dużo i cieszymy się bardzo że mieszkamy na wzgórzu, bo u podnóża naszej góry zrobiło się jezioro i płynie mała rzeczka. Mamy nadzieję, że do wieczora deszcz się już wypada i ciepłe promienie słóca znów pozwolą dojrzewać pomidorom w ogródku.
Na koniec tych, którzy zainteresowani się moimi pracami zapraszam na moją stronę na facebooku, która powstała w maju, ale dopiero ze dwa tygodnie temu pojawiły się na niej jakieś zdjęcia, więc można powiedzieć, że jest świeża, a dla zachęty jedno zdjęcie.
www.facebook.com/natalia.tejs.artystycznie
POZDRAWIAM CIEPŁO!
A i jeszcze jedno! Musiałam włączyć weryfikację obrazkową, której bardzo nie lubię, bo nikt nie powinien sprawdzać czy jesteście robotami, ale wybaczcie mi, dostawałam ogrom głupich wiadomości dziennie, więc to tylko na jakiś czas.
Ostatnio mieliśmy też drugą rocznicę ślubu, wiem że to może żadne osiągnięcie, ale po pierwsze miłe wspomnienie, a po drugie rocznicę tę traktuję jak pierwszą, bo podczas pierwszej byłam z nogą w gipsie, krótko po operacji i na silnych lekach przeciwbólowych i najzwyczajniej w świecie jej nie pamiętam. Z okazji rocznicy na kilka dni pojechaliśmy do Siemian. Nareszcie udało nam się trafić na piękną, upalną pogodę. Pan Właściciel Domu przeklinał już, że jeśli znów będzie zimno i deszcz, to więcej w tym roku do Siemian nie jedzie, bo Siemianom pech przynosi. Rzeczywiście od początku tego roku, kiedy tylko obieraliśmy kierunek Siemiany, to po całym słonecznym tygodniu nagle pogoda się zmieniała o 180 stopni. Od każdej reguły musi być jednak wyjątek. Udało nam się wreszcie popływać naszą czarną strzałą, pokąpać w leśnych jeziorkach, których wokół Siemian jest mnóstwo i posłuchać gitarowych śpiewów naszych starych i nowych znajomych.
Tym razem pogoda też się zmieniła, ale na szczęście już po naszym powrocie. Niebo zakryła gęsta szara maź. Taka szarość nie mija zbyt szybko, jest tak wilgotna i tak ciężka, że byle wiatry, które zrywają się wieczorami jej nie przegonią. Ziemia ze smakiem pochłania wielkie krople, które lecą na wysuszoną na wiór powierzchnię, a okoliczni rolnicy oddychają z ulgą, bo jak powiedziała pani S. od której kupujemy mleko "trawa jałowa, kury nie chcą się nieść, a krowy mleka dawać". Teraz deszczu mamy aż za dużo i cieszymy się bardzo że mieszkamy na wzgórzu, bo u podnóża naszej góry zrobiło się jezioro i płynie mała rzeczka. Mamy nadzieję, że do wieczora deszcz się już wypada i ciepłe promienie słóca znów pozwolą dojrzewać pomidorom w ogródku.
Na koniec tych, którzy zainteresowani się moimi pracami zapraszam na moją stronę na facebooku, która powstała w maju, ale dopiero ze dwa tygodnie temu pojawiły się na niej jakieś zdjęcia, więc można powiedzieć, że jest świeża, a dla zachęty jedno zdjęcie.
www.facebook.com/natalia.tejs.artystycznie
POZDRAWIAM CIEPŁO!
A i jeszcze jedno! Musiałam włączyć weryfikację obrazkową, której bardzo nie lubię, bo nikt nie powinien sprawdzać czy jesteście robotami, ale wybaczcie mi, dostawałam ogrom głupich wiadomości dziennie, więc to tylko na jakiś czas.
wtorek, 22 lipca 2014
W Tłokowie
Wreszcie trafił się nam naprawdę upalny weekend. Niestety jak upał to nasz kajak był daleko, ale i tak było wyjątkowo.
W piątek odwiedziliśmy naszych ulubionych sąsiadów, jak zawsze przyjechaliśmy tylko na chwilę – po sałatę, która w moim ogródku zgorzkniała, a u Kasi wyrosła pięknie, a posiedzieliśmy cały wieczór, zostawiając w lodówce smakołyki na grilla, które dzień wcześniej przygotowywałam i zapomnieliśmy o bożym świecie, który przecież i tak jest daleko od naszego świata.
W sobotę postanowiliśmy zrobić sobie dzień lenia, chociaż słońce zmęczyło aż nadto, a na 16.30 jechaliśmy do Jezioran na oficjalne otwarcie portalu Revita Warmia i na wystawę Rafała Mikułowskiego – szanownego prezesa Fundacji Revita Warmia. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze po miód do Siedliska Pasieki i ruszyliśmy do Jezioran. Kiedy ostatnio tylko na chwilę byliśmy w jeszcze nieotwartej Galerii w Jezioranach, żeby zostawić moje prace na sprzedaż to wszystko było w remoncie. Tymczasem niespodzianka! Cudna kamieniczka, w której przez długi czas był sklep mięsny zamieniła się w prawdziwie artystyczne miejsce, a każdy jej fragment poczynając od mebli, poprzez oświetlenie i kończąc na niezliczonych pracach artystów, ale i dzieci i młodzieży na ścianach jest dopełnieniem naprawdę artystycznego, twórczego klimatu, aż dziw bierze że to wszystko udało się zrobić zaledwie w miesiąc! Strona Revita Warmia też jest piękna i naprawdę ciekawa – zapraszam wszystkich do czytania artykułów, które się na niej pojawiają. Dla mnie osobiście strona ta jest jeszcze kolejnym potwierdzeniem, że warto wciąż inwestować w swoje marzenia związane z Warmią i naszym siedliskiem.
Były takie tłumy, że nie dałam rady zrobić zdjęć, więc chociaż jedno, na którym widać trochę klimat tego miejsca.
Po części oficjalnej w Galerii wraz z tłumem gości przenieśliśmy się do starego jeziorańskiego spichlerza, gdzie w tych obdrapanych, zniszczonych wnętrzach fantastycznie prezentowały się prace Rafała Mikułowskiego. Każde pęknięcie na ścianie, każda odchodząca od niej wiekowa warstwa farby była jakby dopełnieniem obrazów Rafała. Sam spichlerz także zrobił na nas wielkie wrażenie i podobnie jak gospodarze wydarzenia mamy nadzieję i ochotę na więcej!
Po wernisażu jeszcze impreza w Tłokowie u Marceliny i Rafała, ale wcześniej korzystając z okazji ruszyliśmy bocznymi drogami z aparatem w poszukiwaniu tematów do moich prac i chociaż ostatnio odwiedzając kolejne wsie już trochę traciłam nadzieję, to tym razem można powiedzieć, że zebrałam fantastyczny łup w postaci wielu zdjęć starych drzwi, okien, ganków (może kiedyś pokarzę Wam gotowe prace).
Przy skręcie w drogę polną w stronę Marceliny i Rafała rośnie zachęcając wszystkich do skrętu serdeczne drzewo.
Dojechaliśmy wreszcie do Tłokowa. Nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie jechać, ale postanowiliśmy kierować się za innymi i w tumanach kurzu zajechaliśmy na... parking! Parking i to zastawiony ogromem samochodów. Potem podwórko z nakrytym stołem i poczęstunkiem dla gości i przede wszystkim piękny, przepiękny warmiński dom, a w środku jak w muzeum. Mi jednak najbardziej spodobał się strych – pracownia i od razu zmusiłam męża do deklaracji – u nas też mi taki zrobisz, prawda? Nie miał wyboru. Zgodził się. Na imprezie oczywiście oprócz czegoś dla ciała – pysznego poczęstunku – serów, sałatek i potraw z grilla było także i coś dla duszy, ale o tym za chwilę. Ponieważ ludzie bardzo szybko zjedli pyszne, profesjonalnie wykonane przez miłośników zwierząt i życia na Warmii ludzi sery, to nieśmiało z torby wyjęliśmy swoje skromne produkty – serek i chlebek. Tadeusz – artysta ludowy z Derca (robi wraz z żoną piękne rzeźby, o których już kiedyś wspominałam) szybko zaczął zachęcać gości do próbowania i zasmakowało! Kilka osób podeszło do nas z pytaniem czy można od nas nasze produkty kupić. Aż przykro było mi odpowiadać, że na razie niestety robimy to tylko dla siebie i swoich przyjaciół.
No to teraz coś dla duszy – pokaz zdjęć Jacka Sztorca, pięknie nazwanego przez gospodarza "Cichym poetą warmińskiego krajobrazu", zdjęcia jednak prezentowały się znacznie lepiej, kiedy bardziej się ściemniło i koncert dał nasz kolega, niektórym znany z bloga Neowieśniak Codzienny - Apolinary Polek. Wielu piosenek Pawła słuchałam już wcześniej jednak na żywo i w takim cudnym wnętrzu – w oborze – galerii, gdzie stare cegły i spróchniałe deski kontrastują z kryształowymi żyrandolami, kutymi elementami i obrazami na ścianach jego muzyka brzmiała jeszcze piękniej. Paliły się świece, a publiczność siedziała na ławkach, krzesłach, ludwikowskiej kanapie i na miękkich kocach i kilimach. Oczywiście był bis i pewnie, gdyby nie szacunek do artysty byłyby i kolejne bisy. Paweł zakończył pięknie koncert słowami jednej ze swoich piosenek, mówiąc o tych, którzy nie szanują naszego warmińskiego krajobrazu "Niech jezioro odwróci od nich twarz i spadnie na nich cisza". Na pewno jeśli na koncercie była jedna taka osoba, która może pogubiła się trochę w tym po której naprawdę jest stronie, to wiedziała, że to słowa do niej.
Te zdjęcia nawet w najmniejszym stopniu nie oddają uroku tego miejsca i klimatu imprezy, ale ja jak zwykle nie robię zdjęć na imprezach, a potem żałuję. Może z resztą i lepiej, opis może tylko pobudzić wyobraźnię.
Bardzo żałowaliśmy, że musieliśmy już wracać, ale w domu zostały same psy i Wiedźma na podwórku. Trzeba więc było zacząć myśleć o wieczornych, a właściwie już nocnych spacerach.
Następnego dnia wreszcie zrobiliśmy utęsknionego grilla, a właściwie ułożyliśmy kilka cegieł i ruszt na ognisku. W tle puściliśmy sobie płytę Pawła wraz z zespołem Dobry Diabeł, którą dostaliśmy w prezencie i mojemu mężowi, słuchającemu ostrej muzyki nawet przestało przeszkadzać, że nie ma perkusji. Polecam wszystkim, którzy słuchają poezji śpiewanej i szeroko pojętej piosenki dla wrażliwych inaczej ;-)
A od wczoraj w całym domu unosi się zapach jabłek i mięty – to za sprawą kompotu i papierówek, które się suszą, żeby zachować trochę lata na zimę.
A to już mój ogródek :D
Pozdrawiam ciepło!
W piątek odwiedziliśmy naszych ulubionych sąsiadów, jak zawsze przyjechaliśmy tylko na chwilę – po sałatę, która w moim ogródku zgorzkniała, a u Kasi wyrosła pięknie, a posiedzieliśmy cały wieczór, zostawiając w lodówce smakołyki na grilla, które dzień wcześniej przygotowywałam i zapomnieliśmy o bożym świecie, który przecież i tak jest daleko od naszego świata.
W sobotę postanowiliśmy zrobić sobie dzień lenia, chociaż słońce zmęczyło aż nadto, a na 16.30 jechaliśmy do Jezioran na oficjalne otwarcie portalu Revita Warmia i na wystawę Rafała Mikułowskiego – szanownego prezesa Fundacji Revita Warmia. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze po miód do Siedliska Pasieki i ruszyliśmy do Jezioran. Kiedy ostatnio tylko na chwilę byliśmy w jeszcze nieotwartej Galerii w Jezioranach, żeby zostawić moje prace na sprzedaż to wszystko było w remoncie. Tymczasem niespodzianka! Cudna kamieniczka, w której przez długi czas był sklep mięsny zamieniła się w prawdziwie artystyczne miejsce, a każdy jej fragment poczynając od mebli, poprzez oświetlenie i kończąc na niezliczonych pracach artystów, ale i dzieci i młodzieży na ścianach jest dopełnieniem naprawdę artystycznego, twórczego klimatu, aż dziw bierze że to wszystko udało się zrobić zaledwie w miesiąc! Strona Revita Warmia też jest piękna i naprawdę ciekawa – zapraszam wszystkich do czytania artykułów, które się na niej pojawiają. Dla mnie osobiście strona ta jest jeszcze kolejnym potwierdzeniem, że warto wciąż inwestować w swoje marzenia związane z Warmią i naszym siedliskiem.
Były takie tłumy, że nie dałam rady zrobić zdjęć, więc chociaż jedno, na którym widać trochę klimat tego miejsca.
Po części oficjalnej w Galerii wraz z tłumem gości przenieśliśmy się do starego jeziorańskiego spichlerza, gdzie w tych obdrapanych, zniszczonych wnętrzach fantastycznie prezentowały się prace Rafała Mikułowskiego. Każde pęknięcie na ścianie, każda odchodząca od niej wiekowa warstwa farby była jakby dopełnieniem obrazów Rafała. Sam spichlerz także zrobił na nas wielkie wrażenie i podobnie jak gospodarze wydarzenia mamy nadzieję i ochotę na więcej!
Po wernisażu jeszcze impreza w Tłokowie u Marceliny i Rafała, ale wcześniej korzystając z okazji ruszyliśmy bocznymi drogami z aparatem w poszukiwaniu tematów do moich prac i chociaż ostatnio odwiedzając kolejne wsie już trochę traciłam nadzieję, to tym razem można powiedzieć, że zebrałam fantastyczny łup w postaci wielu zdjęć starych drzwi, okien, ganków (może kiedyś pokarzę Wam gotowe prace).
Przy skręcie w drogę polną w stronę Marceliny i Rafała rośnie zachęcając wszystkich do skrętu serdeczne drzewo.
Dojechaliśmy wreszcie do Tłokowa. Nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie jechać, ale postanowiliśmy kierować się za innymi i w tumanach kurzu zajechaliśmy na... parking! Parking i to zastawiony ogromem samochodów. Potem podwórko z nakrytym stołem i poczęstunkiem dla gości i przede wszystkim piękny, przepiękny warmiński dom, a w środku jak w muzeum. Mi jednak najbardziej spodobał się strych – pracownia i od razu zmusiłam męża do deklaracji – u nas też mi taki zrobisz, prawda? Nie miał wyboru. Zgodził się. Na imprezie oczywiście oprócz czegoś dla ciała – pysznego poczęstunku – serów, sałatek i potraw z grilla było także i coś dla duszy, ale o tym za chwilę. Ponieważ ludzie bardzo szybko zjedli pyszne, profesjonalnie wykonane przez miłośników zwierząt i życia na Warmii ludzi sery, to nieśmiało z torby wyjęliśmy swoje skromne produkty – serek i chlebek. Tadeusz – artysta ludowy z Derca (robi wraz z żoną piękne rzeźby, o których już kiedyś wspominałam) szybko zaczął zachęcać gości do próbowania i zasmakowało! Kilka osób podeszło do nas z pytaniem czy można od nas nasze produkty kupić. Aż przykro było mi odpowiadać, że na razie niestety robimy to tylko dla siebie i swoich przyjaciół.
No to teraz coś dla duszy – pokaz zdjęć Jacka Sztorca, pięknie nazwanego przez gospodarza "Cichym poetą warmińskiego krajobrazu", zdjęcia jednak prezentowały się znacznie lepiej, kiedy bardziej się ściemniło i koncert dał nasz kolega, niektórym znany z bloga Neowieśniak Codzienny - Apolinary Polek. Wielu piosenek Pawła słuchałam już wcześniej jednak na żywo i w takim cudnym wnętrzu – w oborze – galerii, gdzie stare cegły i spróchniałe deski kontrastują z kryształowymi żyrandolami, kutymi elementami i obrazami na ścianach jego muzyka brzmiała jeszcze piękniej. Paliły się świece, a publiczność siedziała na ławkach, krzesłach, ludwikowskiej kanapie i na miękkich kocach i kilimach. Oczywiście był bis i pewnie, gdyby nie szacunek do artysty byłyby i kolejne bisy. Paweł zakończył pięknie koncert słowami jednej ze swoich piosenek, mówiąc o tych, którzy nie szanują naszego warmińskiego krajobrazu "Niech jezioro odwróci od nich twarz i spadnie na nich cisza". Na pewno jeśli na koncercie była jedna taka osoba, która może pogubiła się trochę w tym po której naprawdę jest stronie, to wiedziała, że to słowa do niej.
Te zdjęcia nawet w najmniejszym stopniu nie oddają uroku tego miejsca i klimatu imprezy, ale ja jak zwykle nie robię zdjęć na imprezach, a potem żałuję. Może z resztą i lepiej, opis może tylko pobudzić wyobraźnię.
Bardzo żałowaliśmy, że musieliśmy już wracać, ale w domu zostały same psy i Wiedźma na podwórku. Trzeba więc było zacząć myśleć o wieczornych, a właściwie już nocnych spacerach.
Następnego dnia wreszcie zrobiliśmy utęsknionego grilla, a właściwie ułożyliśmy kilka cegieł i ruszt na ognisku. W tle puściliśmy sobie płytę Pawła wraz z zespołem Dobry Diabeł, którą dostaliśmy w prezencie i mojemu mężowi, słuchającemu ostrej muzyki nawet przestało przeszkadzać, że nie ma perkusji. Polecam wszystkim, którzy słuchają poezji śpiewanej i szeroko pojętej piosenki dla wrażliwych inaczej ;-)
A od wczoraj w całym domu unosi się zapach jabłek i mięty – to za sprawą kompotu i papierówek, które się suszą, żeby zachować trochę lata na zimę.
A to już mój ogródek :D
Pozdrawiam ciepło!
środa, 16 lipca 2014
W deszczowej aurze
Znów weekend wyjazdowy! Szybko podjęliśmy decyzję, żeby spędzić trochę czasu nad jeziorem, a nawet nad Jeziorakiem u moich rodziców, szczególnie że przecież cały tydzień był tak piękny i słoneczny. W piątek jednak zaczęło się chmurzyć, a nam podczas jazdy do rodziców miny trochę rzedły, mieliśmy bowiem pomysł, żeby wreszcie się trochę opalić i popływać naszą czarną strzałą (kajakiem, jaki dostałam kiedyś w prezencie od jeszcze narzeczonego na urodziny, a czarną, bo kajak jest cały czarny - także w środku, żeby pasowały mi do niego wszystkie kostiumy kąpielowe :-). Przywitał nas silny wiatr i wielkie fale na Jezioraku, ale i pieczona kaczka z jabłkami i krewetki w sosie z masła i białego wina - trochę nas tym jedzeniem przekupili. My jak zwykle dostarczyliśmy ser i chleb. Wiatr nie pozwolił jednak posiedzieć nad jeziorem, bo kolacja by wystygła, więc zasiedliśmy przy domowym stole. Wieczorem wiatr ustał i choć pochmurnie to zrobiło się ciepło. Rano jednak wszystko się wyjaśniło. Wiatr ustał, bo już nawiał wszystkie możliwe chmury, całą sobotę lał więc gęsty deszcz. Z naszych planów nici, mogliśmy tylko popijać piwko i patrzeć na wzburzone, prawie czarne wody Jezioraka. W niedzielę wreszcie nie padało, udało się w końcu pojechać nam do koni. W Siemianach niedawno powstało sanatorium dla starych i schorowanych koni, często uratowanych przed rzezią, czy z rąk okrutnych właścicieli - oprawców. W boksach stały dwa piękne konie i klacz kucyka z młodym. Dobytku pilnował pocieszny pies, chociaż chyba też po przejściach - młodzik jeszcze, mieszaniec huskyego. Łagodny i cieszący się do wszystkich. Na bramie wejściowej ośrodka dla koni wisi tabliczka "Nieupoważnionym wstęp wzbroniony" - zawahaliśmy się, ale zobaczyliśmy w środku ludzi z dziećmi, którzy wyjaśnili nam, że przychodzą karmić konie często i że jak się ma dobre zamiary to można wejść. Kiedy częstowaliśmy marchewkami i jabłkami wyścigowego konia po złamaniu nogi, to ślepa klacz po drugiej stronie z zazdrości rżała i przywoływała nas, aż mi serce pękało. Wyczuło nas też w końcu stadko, które było daleko na łąkach i nagle wyłoniło się z za górki i galopem przybiegło po darowiznę. Od teraz na pewno naszym stałym punktem wizyty w Siemianach będzie wizyta u koni, chociaż ich strasznych historii wypisanych przy boksach nie byłam w stanie czytać. Ludzie są okrutni.
Po wizycie u koni spacer z Aniołem po lesie i kąpiel w jednym z wielu leśnych jezior wokół Siemian, bardzo głębokich i czystych. Mogłabym w nim pływać godzinami, gdyby nie to, że Pana Właściciela Domu, który kąpał się pierwszy, a teraz pilnował Aniołka na brzegu zaczęły atakować muchy końskie. No cóż, wyszło słońce i muchy zaraz się pojawiły. Wyszło słońce, więc akurat mogliśmy szykować się do powrotu do domu. Zabraliśmy jednak ze sobą pamiątkę w postaci świeżych ryb, które tata rano kupił w gospodarstwie rybackim i które usmażyłam na obiad. W weekend w Siemianach jest Festiwal nad Jeziorakiem, na który zawsze jeździliśmy zagra m.in. Wolna Grupa Bukowina, czy Renata Przemyk, więc polecam tym którzy mają bliżej, my jednak tym razem wybraliśmy rodzime wydarzenia. W sobotę w nowo otwartej galerii w Jezioranach jest uroczyste otwarcie portalu Revita Warmia - który stworzyli nasi sąsiedzi z Tłokowa, a potem wernisaż Rafała Mikułowskiego w starym Spichlerzu w Jezioranach. Jak było na pewno napiszę w przyszłym tygodniu, a teraz już zmykam, bo czeka mnie kilka wolnych od pracy dni!
Po wizycie u koni spacer z Aniołem po lesie i kąpiel w jednym z wielu leśnych jezior wokół Siemian, bardzo głębokich i czystych. Mogłabym w nim pływać godzinami, gdyby nie to, że Pana Właściciela Domu, który kąpał się pierwszy, a teraz pilnował Aniołka na brzegu zaczęły atakować muchy końskie. No cóż, wyszło słońce i muchy zaraz się pojawiły. Wyszło słońce, więc akurat mogliśmy szykować się do powrotu do domu. Zabraliśmy jednak ze sobą pamiątkę w postaci świeżych ryb, które tata rano kupił w gospodarstwie rybackim i które usmażyłam na obiad. W weekend w Siemianach jest Festiwal nad Jeziorakiem, na który zawsze jeździliśmy zagra m.in. Wolna Grupa Bukowina, czy Renata Przemyk, więc polecam tym którzy mają bliżej, my jednak tym razem wybraliśmy rodzime wydarzenia. W sobotę w nowo otwartej galerii w Jezioranach jest uroczyste otwarcie portalu Revita Warmia - który stworzyli nasi sąsiedzi z Tłokowa, a potem wernisaż Rafała Mikułowskiego w starym Spichlerzu w Jezioranach. Jak było na pewno napiszę w przyszłym tygodniu, a teraz już zmykam, bo czeka mnie kilka wolnych od pracy dni!
piątek, 11 lipca 2014
Wytrzepany kot
Śpię sobie smacznie, w tle Niemcy masakrują Brazylię, a mój mąż zapatrzony w panów biegających po trawie za piłką jak w święty obraz. Przez te upały Wiedźma prowadzi nocny tryb życia, a gorące dnie przesypia. Nagle rozlega się pukanie do okna (pisałam już kiedyś o tym, że nasza kotka puka łapą jak chce wejść i o perypetiach związanych z jej naturalnie wrednym charakterem, nie będę się więc powtarzać). Zapatrzony w ekran mąż nie odwracając oczu od kiedyś powiedziałoby się szklanego ekranu, a teraz to nie wiem z czego one są napiszę więc od pudełka wstaje i otwiera Wiedźmie okno. Słyszę te wszystkie dźwięki, mam czujny sen. Mimo to jednak śpię. Nagle wśród tych znanych mi domowych głosów szeleszczenia kołdry, chrupania chrupek przez kota i skakania po meblach, a także głośnym domaganiu się tego, czego akurat kot chce ze snu wyrywa mnie coś w tylu "pipi" - pisk. Potem tylko "buch buch" - Wiedźma goni coś po podłodze i znów "pipi" i Pan Właściciel Domu: "Natalia, ona przyniosła z podwórka mysz!". Zdarza jej się często przynosić myszy, nawet kilka myszy dziennie, ale zawsze nie wpuszczamy jej z ofiarą do domu, bo po prostu zauważamy ten fakt nie wpatrując się w mecz. Zazwyczaj są to też myszy martwe. No cóż. Musiałam wkroczyć do akcji, bo nie chciałam żeby ta brutalna istota zrobiła z myszą to co samo co Niemcy z Brazylią i to jeszcze na mojej podłodze, albo co gorsza np. w moim łóżku. Zerwałam się i chwyciłam kota z myszą w paszczy za grzbiet. Pan Właściciel Domu dzielnie otworzył mi okno, a ja z bijącym sercem zaczęłam wytrzepywać kota. Nie była zachwycona tym trzepaniem, ale ofiary nie puszczała. Nie żebym znęcała się nad biedną kicią, ale jeszcze kilka mocniejszych trzepnięć i mysz została wypuszczona z paszczy, a kot zamknięty w pokoju i przekupiony smakołykami, żeby nie jęczał za zabawką zza okna. Myszka uciekła, jednak Wiedźmę musieliśmy wypuścić na podwórko, bo z jej awanturami wytrzymaliśmy tylko pół godziny.
Taka tam historyjka ;-)
Taka tam historyjka ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































