wtorek, 21 stycznia 2014

Ciepło - zimno



Nadeszła wreszcie zima. Wonne Wzgórze pokryło się cienką warstwą śniegu (oby nie było go więcej). Droga stała się twarda i nie zasysa już butów. Można bez problemu przejść suchą stopą i przejechać autem. Są też oczywiście minusy. W ostatniej chwili przed przyjściem mrozu zdążyliśmy okryć świerkowymi gałązkami kiełkujące w ogrodzie rośliny cebulowe, wrzosy i piwonie. Wielka pnąca róża i nowe drzewka owocowe już dawno otulone były geowłókniną, im nie zagraża więc niebezpieczeństwo. Zmartwił mnie również posadzony jesienią bez, który puścił już malusieńkie zielone listeczki. Wokół niego także postawiłam świerkowe gałązki, ale czy to coś da?
Ranek był zimny. Za oknem szron aż skrzył się na drzewach, a w domu z ust leciała para. Paliliśmy w kominku wilgotnym, wygrzebanym spod śniegu, a czasem i błota drewnem, temperatura jednak w porywach podskakiwała do trzynastu stopni. Wiedzieliśmy już, że to koniec palenia resztkami. Nadszedł czas na zamówienie drewna. W nadleśnictwie nie ustalili jeszcze cen na Nowy Rok i choć dzwoniłam co kilka dni, Leśniczy wciąż nie mógł nam drewna sprzedać. Wiedzieliśmy, że dłużej tak nie wytrzymamy. Pan Właściciel Domu zaczął gorączkowe poszukiwania opału. Okazało się, że wszystkie okoliczne składy świecą pustkami. Drewno zamówiliśmy więc z dość daleka. Wyjechaliśmy wcześniej z pracy i szczęśliwi czekaliśmy na dostawę. Przyjechały piękne bukowe szczapy, całe pięć metrów! Mąż porąbał je na drobne ustawił cudną piramidkę w kominku, dołożył gazety, podpalił i... Nic. Gazety się spaliły drewno nawet się nie zajęło. Po kilku próbach na szczapkach pojawił się niewielki płomień, były też efekty dźwiękowe – cały kominek zaczął syczeć. Dym buchał straszliwie. Drewno mimo swojej ceny i składanych nam obietnic było mokre. Ubraliśmy się w ciepłe swetry, golfy, opatuliliśmy w kołdry, koce i poszliśmy spać. Rano stopni było aż osiem. Co tu robić? Zastanawialiśmy się gorączkowo, czy zamówić inne drewno, które też może okazać się mokre, czy może węgiel i przerzucić się na piec? Okazało się jednak, że znajomy z pracy od Sebastiana ma dojście do suchego drewna. Znów odbyliśmy gorączkową naradę. Kupić, czy nie kupować? Wzięliśmy wolne. Pan Właściciel Domu pojechał na rekonesans i przywiózł na próbę kilka szczap. Zrobiliśmy dokładnie tak samo jak z poprzednim drewnem, którego stos leżał już przed domem. Odczekaliśmy kilka minut. Drewno było zmrożone i lodowate. Nie paliło się. Nie było na co czekać. Zamówiliśmy węgiel, który przyjechał w ciągu godziny. W ciągu tej godziny również ogień w kominku buchnął ciepłym płomieniem. Drewno było już rozgrzane i okazało się, że jest jednak suche. Węgiel już jechał. Znów narada, burza mózgów. W gruncie rzeczy mamy więc pięć metrów drewna mokrego, pięć suchego i tonę węgla. W domu jest ciepło i miło. Nie straszne są nam więc na razie podmuchy lodowatego wiatru, który chce wywiać z domu nasze ciepełko, nie straszny nam mróz i śnieg. W domku jest ciepło!
Drewno powoli układamy na ganku, do którego również powoli powstaje daszek. Na wiosnę daszek dostanie również dachówkę. Wtedy zbudujemy nową wiatę na drewno, na którą Pan Właściciel Domu już ma pomysł. Zbudujemy wiatę na drewno, które tym razem zamówimy u Leśniczego już wiosną i wtedy spokojnie przygotujemy je do zimy. Przez ten czas podeschnie pewnie również te pięć metrów mokrego buka. Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Pozdrawiam Was ciepło!

piątek, 10 stycznia 2014

WIATR

Noc. Wiatr gwizdał w kominach, tak przerażająco jakby krzyczał głosami tych, którzy zginęli w Studziance podczas obu wojen i w późniejszych niepewnych czasach. Dachówki dzwoniły. Drzewa za oknem uginały się od podmuchów, gadały - skrzypiały błagając wiatr o litość. Nie mogłam spać. W takich chwilach każdy sęk na drewnianym suficie wydaje się okiem, każdy słój wyciągniętą ręką. Czarna postać o ogromnym cieniu zleciała z hukiem z szafy i zaczęła ostrzyć swoje złowieszcze pazury na moim fotelu - obudziła się Wiedźma. Chciała wyjść na zewnątrz, czuła jednak niepokojącą aurę usiadła więc tylko na parapecie nerwowo machając ogonem. Mąż chyba też nie spał spokojnie. Co chwilę przewracał się na łóżku. Na pewno czuwał nasłuchując czy wiatr nie urywa gałęzi w sadzie, czy nie strąca dachówek i czy nie kiwa gankiem.Wiedźma zamiauczała rozrywając tę i tak wątpliwą już ciszę na strzępy. W nocy każdy dźwięk wydaje się wyostrzony. Wstałam z łóżka. Nie chciało mi się dokładać do kominka, zapytałam za to uprzejmie kota, czy nie raczy jednak wyjść na zewnątrz. Kiedy otworzyłam okno Wiedźma ucieka w popłochu, a we mnie uderzyła fala wiatru. Ciepłego wiatru. Noc była jasna, widać było wyraźnie latające po sadzie liście i drobne gałęzie. Niebo gwieździste, świecił wygięty w cienki pałąk księżyc. Wróciłam do łóżka wciąż nasłuchując. Tylko chwilę cieszyłam się z myśli, o zbawiennym, bo osuszającym nasze błota wietrze. Wydaje się, że jeszcze sekundę temu patrzyłam przez okno na rozgwieżdżone niebo, a teraz usłyszałam dźwięki ulewy. Wiatr szarpał chmurami to przeganiając je z nad Gór Studzianki i całej leżącej w dolinie wsi, to znów nasyłając je nad nasze domy i zmuszając do wylewania strumieni wody. Wiedźma przestała kręcić się po pokoju, wskoczyła za to na moje plecy i pomiaukując zaczęła prosić o pieszczoty (a właściwie to zaczęła mnie swoimi krzykami zmuszać do głaskania, nagradzała mnie ciszą, lub miłym mruczeniem). Posuwam się zaspana, robiąc miejsce nieznośnemu stworzeniu, które co noc wtula się we mnie, pełniąc jednocześnie funkcje małego grzejniczka. Moja ręka już na wpół śpiąca przesuwa się po czarnym miękkim futerku. Zadzwonił budzik. Nakryłam twarz kołdrą. "Kochanie, chyba wstajemy" – usłyszałam i miałam ochotę odpowiedzieć: "To ja CHYBA nie". Pan Właściciel Domu był jednak niewinny i pewnie sam się nie wyspał, zostawiłam więc tę złotą myśl dla siebie i powoli zwlekłam się z łóżka. Mąż wyszedł na spacer z Aniołem, a ja zabrałam się za śniadanie i ratowanie resztki żaru w kominku. Mimo tej zaledwie jednej czerwonej szczapki w domu było ciepło i przyjemnie, a kiedy włożyłam kawałek bardziej wysuszonego drewna ogień natychmiast buchnął całą swoją rudością. Sebastian wrócił ze spaceru sam. Jakieś stadko jeleni ukryło się na noc przed wiatrem w zagajniku brzozowym tuż obok naszego domu, Anioł poczuł zew. "Uciekł, jak tylko wyszliśmy za drogę" – mówi mąż. Pies nie wraca. Kiedy wołałam jego imię, wiatr chwytał każdą głoskę i rozrzucał w różne strony. Nie słyszałam wśród tych szumów i huków swojego własnego głosu, jak więc miał usłyszeć go w ferworze gonitwy nasz pies? Czas wyjeżdżać do pracy. Psa nie ma. Zdarzały się już takie sytuacje i wtedy wsiadaliśmy do samochodu i zamiast do Olsztyna jechaliśmy szukać Anioła, który zawsze słysząc auto zbiegał z górki, na położoną w dole drogę i z radością wsiadał na tylne siedzenie. Potem zawsze był zawiedziony, że nie jedzie na wycieczkę, tylko wraca na własne podwórko, skoro mógł przecież jeszcze polatać za tym dzikiem. Tym razem jednak nie było potrzeby szukania zguby. Kiedy tylko zatrzasnęliśmy drzwi samochodu zza zakrętu wyłoniła się kupka nieszczęścia. Nasz pies, który zazwyczaj zgrywa owczarka (jest kundelkiem, ale jak ma dobry nastrój i wygnie pierś do przodu to nawet weterynarz potrafi się pomylić), tym razem był najbardziej skundlony na świecie. Ledwo przebierał łapami, sierść miał mokrą i potarganą, uszy klapnięte, przy czym jedno zupełnie się wygięło, jęzor wywalił tak, że nie spodziewałam się, iż może być tak długi. Pysk miał jednak głupawo uśmiechnięty, a oczy świecące. Podleciał do samochodu, oparł się błotnistymi łapami o szybę, zostawiając ślady, mówiące wszystkim z miasta: "oni mają psa" i popatrzył na mnie przez chwilę wielce zadowolony. Nie mogłam otworzyć drzwi, bo zaraz zmuszona byłabym się przebrać. Pan Właściciel Domu pokazał mu miskę z jedzeniem i zmęczone psisko pobiegło do swojego pokoju na zasłużony odpoczynek. A my ruszyliśmy jak zwykle w podróż do Olsztyna narażeni na wicher, który próbował zaatakować nasze małe autko. Tak na Wonnym Wzgórzu wieje często i wcale nie musi się to nazywać Ksawery!
Dobrze, że już piątek!


Na koniec chciałam pokazać wam tekst, który dopiero odkryłam o historii Studzianki. Zapraszam Was do przeczytania:

http://www.warmiaznanainieznana.pl/czytaj.php?strona=studzianka

środa, 8 stycznia 2014

Czas błota

Pogoda zaskakuje. W styczniu w naszym ogrodzie wciąż kwitną rumianki i prymulki. Wciąż, a może już? Mam wrażenie, że pąki drzew nabrzmiały, ale wolę nie przyglądać się im z bliska. Boje się, że szlag trafi nasze, sadzone w listopadzie drzewka owocowe. Ze względu na oszczędności nie kupowaliśmy jeszcze w tym roku opału. Kominek świetnie zdaje egzamin, a palimy w nim tym co znajdziemy wokół domu. Przy okazji porządkujemy więc podwórko. Niestety ze względu na to, że nie palimy w centralnym musieliśmy włączyć bojler, bo mieliśmy już dosyć porannych kąpieli w lodowatej wodzie. To pewnie nie będzie oszczędność, ale zobaczymy przy rachunku...W każdą sobotę wychodzimy na zewnątrz i szukamy drewna i spróchniałych belek, które nie nadają się już do planowanych przez nas budów. Pan Właściciel Domu tnie je swoją ulubioną zabawką, a potem układamy je przy kominku. Pod koniec tygodnia, reszta drewna, która zostaje akurat jest sucha, niestety musimy znów szukać kolejnych zwalonych na obrzeżach siedliska drzew, suszyć je i tak w kółko. W tym przypadku ciepła pogoda nas cieszy. Ciężko byłoby wygrzebywać drewno spod śniegu, pewnie trzeba by było również szybciej zamówić suchy i co za tym idzie bardziej wydajny opał. Decyzja jednak zapadła i postanowiliśmy drewno zamówić. Jednak teraz jak na złość nadleśnictwo nie podało jeszcze cen na Nowy Rok i musimy czekać. Mimo ciepłej aury pogoda nas nie rozpieszcza i choć są słoneczne chwile, to przeważnie leje deszcz rozmywając coraz bardziej ziemię na naszym wzgórzu. Chodzę coraz więcej i chociaż po godzinnym spacerze z psem wracam kulejąc to walczę i staram się dużo spacerować. Niedługo zaczynam też rehabilitację. Niestety błoto uniemożliwia mi często swobodne spacery, jest ślisko i niebezpiecznie. Kalosze nie trzymają dobrze kostki, za to systematycznie zasysane są przez podłoże. Coraz częściej biorę też udział w pracach gospodarskich, takich jak wyżej opisywane wyszukiwanie, czy układanie drewna. Bardzo to lubię i czuję satysfakcję, kiedy jestem w stanie choć trochę pomóc mężowi. Zaczynamy też wreszcie realizować postanowienia... ubiegłoroczne. Jednym z nich jest budowa ganku. W starym roku stanęła wstępna konstrukcja, jednak zastał nas śnieg i nie mogliśmy postawić konstrukcji pod dach. Ostatni wolny poniedziałek był ładny, wzięliśmy się więc do pracy. Takimi metodami, jakimi robimy nasz ganek (pomijając że to w ogóle pierwsza rzecz jaką budujemy własnoręcznie, a właściwie Pan Właściciel Domu buduje, a ja tylko asystuje) tak naprawdę potrzebowalibyśmy dwóch sprawnych mężczyzn i dodatkowo jednej osoby do obsługi technicznej. Niestety mój mąż musi w tym przypadku pełnić rolę półtora sprawnego mężczyzny, a ja tej pozostałej połowy i obsługi technicznej dodatkowo. Mimo to konstrukcja dachu powoli zaczęła powstawać. Mąż przy pierwszym przęśle przywiązał nitkę, sprawdził poziomy, każdy szczyt miał kończyć się na wysokości napiętej nici. Schody zaczęły się jednak przy... schodach. Nie było jak ustawić drabiny. Wcześniej wchodziłam na kilka stopni drabiny i podtrzymywałam belki, a Sebastian starał się jak najszybciej je poprzykręcać, tak żeby nie zdążyły popękać mi plecy pod ich ciężarem. Tym razem jednak duża drabina potrzebna była do przymocowania ostatniej belki, a mała nie sięgała spod schodów do szczytu ganku, który za chwilę miał stanąć. Żeby Wam to uwypuklić powiem, że daszek jest dwuspadowy, wcześniej zbudowana była już podmurówka z cegieł i właśnie te przeklęte schodki. Tutaj też Sebastian wykazał się pomysłowością, chociaż ja ledwo to przeżyłam. Gdyby nie to, że bardzo chcę mieć ganek i jestem w gorącej wodzie kąpana, to chyba nie podjęłabym się tego zadania. Stałam na schodkach, a belki podtrzymywałam na... widłach! Czułam się jak jakiś akrobata, który na kiju nosi piłkę, albo wieże z klocków. Ja trzymałam konstrukcje dachu! Sebastian przykręcił belki z jednej strony i natychmiast przestawił drabinę na drugą stronę ganku. Wciąż trzymałam, ale miałam wrażenie, że zaraz ręce mi zwiędną, widły wylecą z rąk, a belki wylądują na mojej głowie. Zaznaczyć chciałam jeszcze, że choć nasze beleczki to najcieńsze belki, jakie znaleźliśmy to jednak nie mają nic wspólnego z tymi, z których robi się teraz więźby dachowe nawet na całych domach. To belki rozbiórkowe z naszej stodoły, które podtrzymywały ogromny dach kryty ceramiczną dachówką, są więc grube i mają swoją wagę. Jeszcze tylko drabina na środek, mąż na razie połączył jednym wkrętem belki i już mogłam puścić. Potem podokręcał resztę, tak żeby nic nie odpadło, a ja byłam już tylko pomocą techniczną. Wróciliśmy do domu, kuśtykając już całkiem mocno umagdziłam szybki obiad i mimo, że we wtorek musieliśmy pojawić się w pracy, postanowiliśmy opić nasz sukces. Jeśli tylko nie będzie padało, to mimo okropnego błota postanowiliśmy już zadaszyć nasz ganek. Na razie będą to tylko deski i folia ochronna, na wiosnę, kiedy ganek zamurujemy, to pokryjemy go też dachówką. Czeka nas przy nim jeszcze mnóstwo pracy. Trzymajcie kciuki!

NA koniec jeszcze rysunek instruktażowy, jak zrobić ganek za pomocą wideł ;-) Wiem, że nie jest on godny plastyka, ale mam nadzieję, że oddaje sens. Ten krasnal z widłami to ja, a ten na drabinie to Pan Właściciel Domu.

piątek, 3 stycznia 2014

Świątecznie

Ostatnio o wszystkim piszę z opóźnieniem, ale to przez notoryczny brak czasu i ostatnie problemy z internetem.
Święta spędziliśmy jak zawsze u moich rodziców. Na szczęście nie było już żadnych ekscesów pogodowych. Dlatego też przygotowania były spokojne i pełne radosnego oczekiwania. Nie czekamy może ze zbyt wielkim utęsknieniem na kolejne narodziny Pana, za to oboje (Pan Właściciel Domu i ja) z niecierpliwością czekaliśmy na moment kiedy to wraz z najbliższymi zasiądziemy do wigilijnego stołu. Od połamania nóg widziałam się z rodzicami tylko przy okazji wizyt u lekarzy, nie było więc okazji po prostu posiedzieć i pogadać. Mama zawsze mówi, żeby na święta nic nie przywozić, bo ona lubi gotować i wszystko chce zrobić sama, nie wyobrażamy sobie jednak żeby wszystko było na głowie tylko dwóch osób, szczególnie, że po naszym lipcowym połamaniu nóg mama chodzi znacznie gorzej niż ja i jest już po trzeciej operacji tej samej nogi, którą podobno pan ordynator iławskiego szpitala dobrze zoperował. Ja radzę sobie za to całkiem dobrze i prawie już nie kuleję. W pracy dostałam kilka dni wolnego więc z zapałem zabrałam się za przygotowywania. W poniedziałek przed Wigilią mąż musiał jeszcze pojechać do Olsztyna, włączyłam więc radio, licząc na jakieś kolędowe dźwięki i zabrałam się za pieczenie cielęciny, która dwa dni pływała w zalewie z wina, masła i tymianku, rolady boczkowej, za wykańczanie galaretką i owocami sernika (sernik to ulubione ciasto mojego taty, dlatego zawsze piekę właśnie sernik) i za pieczenie drożdżowych rogalików z leśnymi grzybami i cebulką i wersji na słodko z jabłkiem i cynamonem. Zrobiłam też kruche ciastka wg przepisu Prababci Antoniny. Część z nich pojechała z nami, a reszta zapakowana w zgrabne paczuszki powędrowała do dziadków i wujków Pana Właściciela Domu. Po powrocie do domu Pan Właściciel Domu przygotował sałatkę jarzynową i następnego dnia, po zapakowaniu prezentów i oczywiście naszego Anioła Stróża ruszyliśmy na podbój Siemian. Suchą drogą śmignęliśmy dość szybko, mogliśmy więc pomóc przy ostatnich świątecznych przygotowaniach i spokojnie pójść na spacer. Anioł dostał świąteczną kość, a my usiedliśmy przy pięknym stole z rodzicami i Romkiem (to przyjaciel rodziców, który u nich mieszka), czekając na brata i jego żonę, którzy musząc obskoczyć dwie Wigilie i dojeżdżają do nas później i oczywiście na zbłąkanego wędrowca. Zawsze puszczamy kolędy w wykonaniu Czerwonego Tulipana, na kanapie w pobliżu chrapie Jogurt – pies rodziców (on jak zwykle przespał godzinę cudów, widocznie nie miał nam nic do powiedzenia), kręcą się też kotki Mięta i Frida, próbując czasem zrzucić bombkę z choinki. Obie uważają, że to pięknie przystrojone drzewko stoi w rogu specjalnie dla ich uciechy. Płomienie w kominku ogrzewają atmosferę, na stole palą się świece, zastawa na stole, wszystkie lampy, zegary, każdy przedmiot ma jakąś historię, której wspomnienie wywołuje uśmiech. Ogromny obraz przytachany przez przyjaciela na plecach, lampa ze śmietnika w Berlinie, zegar kupiony na wspólnej wycieczce... Mama jak mała dziewczynka zawsze najbardziej nie może doczekać się prezentów, chociaż sama osobiście zrobiła zmówienie u świętego Mikołaja. Wreszcie nadjeżdżają ostatni biesiadnicy (bo nasza Wigilia to taka rodzinna biesiada), szybko coś jedzą, wypiją i... Ulubiona chwila mamy – otwieranie prezentów. W zwyczaju jest u nas dawać prezenty dla małżeństw, a nie dla pojedynczych osób, dostaliśmy więc między innymi kociołek do gotowania na ognisku, już więc zapraszam wszystkich na nasze wiosenne i letnie imprezy z pysznym, pachnącym dymem jadłem!
Mama zaszalała ze świątecznymi potrawami. Oprócz oczywiście barszczu, pierogów i ryby po grecku, którą uwielbiam, czy standardowego śledzia, na wigilijnym stole zamiast karpia w galarecie, którego co roku jedli tylko rodzice stanęły pulpety z karpia w galarecie. Niewielka odmiana, a wszystkim bardzo smakowało. Mama upiekła też udziec z dzika, zrobiła pasztety (z dzika i z królika), umagdziła makaron do rosołu, a na świąteczny obiad podała królika z borowikami – pychota! Mimo, że mieliśmy jeszcze trochę wolnego, to wróciliśmy na Wonne Wzgórze drugiego dnia świąt i oddaliśmy się spokojnie odpoczynkowi i zajmowaniem się stęsknioną za nami Wiedźmą, która urządzała z radości galopady po całym domu i wynajdowała każdą okazję, aby władować się na kolana.


Na jednym ze zdjęć jest dom moich rodziców. Mama żałuje, że zrobiła zdjęcia nas wszystkich przy stole, jednak tyle było radości i zawirowań, że nikt o tym nie myślał. Zrobiła za to na drugi dzień zdjęcie mojemu bratu i mnie. Nie jesteśmy już odświętnie ubrani i trochę zmęczeni po całonocnych rozmowach co widać na naszych buziach, ale i tak podoba mi się to zdjęcie, więc wstawiam.

Impreza sylwestrowa? Z kulejącą żoną nie dałoby się nawet potańczyć. W ostatniej chwili więc zaczęliśmy szukać kompanów do popatrzenia w ogień w kominku i do pokrzyczenia "Przed breją" i "Po brei". Tu należy się Wam wyjaśnienie. Breja, to tradycyjna warmińska zupa (swoją drogą niezbyt apetyczna), składająca się z ugotowanej w wodzie grubo zmielonej mąki. W tę papkę wrzucało się usmażoną cebulę, a w domach bogatszych także i skwarki. Breję podawano zawsze w noc sylwestrową. Kiedy siadano do kolacji ostatniego dnia grudnia, gospodarz wychodził przed dom i wołał "Przed breją", a z innych chat odpowiadały mu takie same okrzyki. Analogicznie po godzinie dwunastej wołało się "Po brei". Dzisiaj już tylko my tak wołamy, a we wsi, jeśli nawet nas słyszą, to dziwią się, skąd takie dziwne sylwestrowe okrzyki. Wracając jednak do tematu, zbyt dokładnie tych kompanów sobie nie szukaliśmy, bo zostaliśmy sami. Sami z naszymi zwierzakami, kominkiem, świeczkami i bardzo wykwintną, zupełnie nie warmińską kolacją. Krewetki, łosoś, caprachio, zapas mocnych trunków i cała romantyczna, ciepła atmosfera naszej chaty, umilały nam czas w oczekiwaniu na dwunastą. Nie jestem fanką fajerwerków ze względu na zwierzęta, nasze jednak na szczęście się nie boją. Wyszliśmy więc o dwunastej z butelką szampana na podwórko i patrzyliśmy na otaczające nas z każdej strony pokazy sztucznych ogni - te z Jezioran, z Dobrego Miasta i oczywiście z Olsztyna. Mieszkamy wysoko, więc wszystko było pięknie widać. Potem leżąc już w łóżku i popijając szampana prosto z butli jeszcze długo snuliśmy marzenia, a wszystkie one dotyczyły naszego domu na Wonnym Wzgórzu. Mam nadzieję, że w tym roku część marzeń uda się spełnić. Wam również życzę spełnienia marzeń i snucia kolejnych, które spełniać będziecie w następne "Nowe Roki"! Niech Wam się darzy!

czwartek, 19 grudnia 2013

Grudiowy wiatr

To, że nic na ten temat nie piszę, to nie znaczy że wiatr, który ostatnio wleciał z impetem przez wielkie okna Europy na Wonne Wzgórze nie dotarł. Dotarł! Objawił się jednak oprócz oczywistych podmuchów próbujących z upodobaniem urwać głowę, a już na pewno ukraść czapkę i rozwinąć zgrzebnie zawinięty wokół szyi szalik wielką śnieżycą i przeszywającym chłodem.
Czwartek: Po powrocie do domu z pracy wyłączyli nam prąd. Zadzwoniłam na pogotowie energetyczne: „Proszę pani, jeśli jest normalny dzień, to usuwanie takiej usterki trwa do trzech godzin, dzisiaj niestety nie mogę udzielić informacji, kiedy zasilanie zostanie włączone.” „Czwartek to nie jest normalny dzień?” – zdziwiłam się. „Nienormalny pod względem pogodowym” – uzyskałam odpowiedź. No tak bo to, że w grudniu wieje wiatr i sypie śnieg nie jest normalne. Dziwne zjawisko. Spać poszliśmy koło dziewiętnastej.
Piątek: Śnieg padał już od czwartku. Prądu dalej nie było. Zrobiłam na pamięć szybki makijaż w porannych ciemnościach, licząc na to, że nie zrobię z siebie pudernicy, albo Zambie. Na drodze za Gadami leżała przewalona stara brzoza. Musieliśmy cofnąć się spory kawałek i pojechać wertepami przez Barczewko. Paliwa do Olsztyna starczyłoby spokojnie, gdybyśmy jechali tradycyjną drogą. Do miasta dojechaliśmy już na oparach, samochód na szczęście się nie zatrzymał, ale postanowiliśmy natychmiast kupić kanister. Zadzwoniłam do gminy pytając kiedy rusza odśnieżanie. Nowy Pan, zajmujący się tą kwestią był nieco zdziwiony moim telefonem, ale zapewnił, że zrobi co w jego mocy. Na koniec jeszcze zapytał o nazwisko, bo miał kolegę, który nazywał się tak samo (rodzinę mojego męża), znał również jak się okazało mojego teścia. „Może na wzgląd na dawne znajomości odśnieżą nam drogę?” – Pomyślałam.
Pan Właściciel Domu dał znać, że wracamy wcześniej, bo wiatr i śnieg nie dawał za wygraną. Ze swojej pracy (pracujemy dość blisko siebie i jak miałam zdrową nogę to chodziłam piechotą) jechał do mnie czterdzieści minut. Miasto sparaliżowane. Zima w grudniu zaskoczyła drogowców. Zaskoczyła również kierowców, którzy nie mogli podjechać pod drobne górki na letnich oponach. Pan Właściciel Domu zabrał mnie z pracy punkt piętnasta. Zakupów nie robiliśmy, bo przecież w sobotę w galerii mamy kiermasz prac (sprzedawane były również moje) i jedziemy znów do Olsztyna, więc wtedy kupimy co trzeba. Wreszcie po długim przebijaniu się przez zaśnieżone miasto wyjechaliśmy poza gęsto zamieszkałą strefę podmiejską. „Teraz będzie tylko lepiej – mamy w końcu napęd na cztery koła i dobre opony”. Nasze niedoczekanie! Utknęliśmy w korku. Samochody w nim stojące zakręcały i znów ruszały w stronę miasta, szukając innej drogi, lub w ogóle rezygnując z podróży. My również wykręciliśmy i jechaliśmy przez chwilę szybko w stronę Dywit (odrobinę na około, ale przez Dywity też da się do nas dojechać), do póki nie stanęliśmy na zjeździe do jednej z tych olsztyńskich sypialni, jaką są właśnie Dywity. Tutaj korek ciągnął się chyba do samego miasta. Nie było nawet szans, żeby ktoś nas zjeżdżających z podporządkowanej chciał wpuścić, nie mówiąc już o sznurze samochodów, który ciągnął się dalej. Znów zakręciliśmy i wróciliśmy do poprzedniej kolejki. Staliśmy i staliśmy nie posuwając się do przodu, na równoległym pasie auta poruszały się, ale bardzo powoli. Nagle w śniegu, wśród świateł samochodów zobaczyliśmy biegnącego mężczyznę. Otworzyłam drzwi i zapytałam co się stało? „Jakiś facet wpadł do rowu, ale już wyjechał i korek rusza” – powiedział w biegu, bo któż chciałby się zatrzymywać w taką pogodę. Potem dowiedzieliśmy się, że ten z rowu zginął... Samochody powoli zaczęły jechać i nagle znów stoimy. Co stało się tym razem? Na pasie obok jedno z aut nie może podjechać do góry. Na naszym pasie zatrzymało się kilka samochodów blokując nam przejazd i pchają do poległy w boju samochód. Czekamy. Wolno wepchnęli pojazd, który powoli wreszcie ruszył. Za nim jednak jechało sporo samochodów, które utknęły przez tego pchanego, który już dawno zniknął za horyzontem. Znalazły się one w niecce - z przodu góra, z tyłu góra i oczywiście też nie mogły podjechać, a mający dużo czasu wybawcy wciąż stojąc swoimi samochodami na naszym pasie pchali pod górkę następne auta z pasa równoległego. Korek z jednej i drugiej strony rósł. W końcu jeden z wybawicieli, dzielnie wybawiający tych co nie wpadli na pomysł, żeby zimą zimowe opony założyć pomyślał, aby swój samochód nieco przestawić umożliwiając tym, którzy dobrymi Samarytanami nie są przejazd. Kiedy w końcu wszyscy wybawcy zjechali minimalnie na bok robiąc nam przejazd znów dojechaliśmy do stojącego na środku samochodu. Nie było widać, żeby ktoś był wewnątrz. Stoimy. Pan Właściciel Domu nie wytrzymał i poszedł szukać właściciela pojazdu. Poszukiwania nie trwały długo. Na miejscu kierowcy siedziała pewna Pani, która zakorkowała ruch aż do Olsztyna, bo bała się przejechać dalej, bo było za wąsko. Nawet ja bym przejechała, a prowadziłam samochód tylko kilka razy w życiu! Po prośbach Sebastiana i kilku innych osób wreszcie ruszyła. Jedziemy! Minęliśmy zjazd na jedno z osiedli domków, na którym stało koło dziesięciu samochodów na światłach awaryjnych, które zrezygnowały już z prób podjazdu pod górę czekając na holownik. Za chwilę spotkał nas kolejny korek. Na naszym pasie, przodem do nas jechał pług, który próbował przebić się na pas obok. Zjechaliśmy ile mogliśmy. Niestety większość osób nie wpadła na ten pomysł. Pan pługowy wysiadł ze swojego kosmicznego potwora i ruszył piechotą prosić kierowców o ustąpienie miejsca, żeby przecież im drogę odśnieżyć. Udało się. Dojechaliśmy do Studzianki już bez większych przygód dziwiąc się, że w niektórych miejscach droga jakby znikła z powierzchni ziemi. We wsi nakarmiliśmy jeszcze koty i na reduktorze udało nam się wjechać na Wonne Wzgórze chwilę przed godziną osiemnastą.
Sobota: Na czternastą miałam być w pracy. Od ósmej chwyciłam za telefon dzwoniąc do Pana zajmującego się odśnieżaniem. Odebrał i poinformował, że miał już kilka telefonów i pług „jedzie na Studziankę”. Śnieg wciąż gęsto sypał nie pozwalając mi wyjść na zewnątrz. Pan Właściciel Domu chodził z psem na spacery, dla mnie było zbyt śnieżnie i ślisko. Pługu nie było widać. Po kolejnych telefonach upewniłam się, że pług jednak jedzie. Mąż napalił mi w piecu, żeby mogła wziąć ciepłą kąpiel. Kiedy około godziny trzynastej pługu nadal nie było zorientowałam się, że do pracy nie dojadę. Wykonałam kilka telefonów. Ruch na kiermaszu nie był za wielki, nikt nie chciał wychodzić z domu w śnieżyce, na szczęście nie byłam potrzebna. Pofarbowałam włosy i oddawałam się w najlepsze rozkoszy kąpieli, kiedy nagle spojrzałam w lustro. Czubek mojej głowy był „kurczakowo” żółty! Z wielkim piskiem zawołałam męża, który nie czując rozmiaru tragedii, jaka mi się wydarzyła zaczął się śmiać! Po chwili jednak zrozumiał, że dla mnie nie jest to śmieszne. W poniedziałek rano musiałam być już obowiązkowo w pracy, a do tego czasu to paskudztwo musiało z mojej głowy zniknąć! Po wysuszeniu okazało się dodatkowo, że na żółtej plamie jest jeszcze jedna ciemna łatka. Na poniedziałek niemal o świcie, przed pracą umówiłam się z moją fryzjerką na ratunek. Trochę się uspokoiłam. Pan Właściciel Domu poszedł na spacer z psem, po chwili jednak przybiegł zmachany. „Natalia, dzwoń do tego faceta (od odśnieżania) pług tu był, odśnieżył do połowy góry (do gospodarstwa, w którym nikt nie mieszka) i wycofał się. Goniłem go, machałem, świeciłem latarką! Nic!”. Tym razem już nikt nie odbierał ode mnie telefonów. Zaczęli dzwonić również sąsiedzi z Leśnej Doliny, którzy także starali się monitorować sytuację. Wściekła napisałam smsa Panu, który nie odbierał komórki. Wieczorem oddzwonił. Owszem pług był, ale dostali alarm, że szybko musi jechać na zakorkowaną drogę główną i dlatego się wycofał. To nic, że do naszego domu zostało mu jakieś pięćset metrów. Będzie w niedziele z samego rana.
Niedziela: Rozmroziłam na obiad dziczyznę, bo coś jeść trzeba było, a zakupów nie udało nam się zrobić. W poniedziałek musieliśmy wydostać się z domu do pracy, oczywiście do fryzjera i jak to określił Pan Właściciel Domu „zdobyć żywność”. Padało całą noc, rano jednak obudziło nas piękne słońce. Tak bardzo chciałam iść na spacer. Mąż odśnieżył nieco podwórko, droga zasypana była jednak miejscami po wyżej kolan. Postanowiłam walczyć z własnymi słabościami i bólem w kostce i poszłam w eskorcie Sebastiana i Anioła. Śnieg cudownie iskrzył się na słońcu. Wysokie, ocieplane buty za kostkę, które kupiłam rok temu świetnie spełniały swoje zadanie, trzymając stopę i pozwalając mi brnąć przez zaspy. Doszliśmy do odśnieżonego fragmentu drogi. Po odśnieżaniu nie zostało jednak nic, a u podnóża góry droga była tak zawiana, że i tak byśmy nie dali rady przebić się nawet dużą terenówką. Musiałam patrzeć pod nogi, ale moje oczy wciąż biegały po krajobrazie – zimowym, rozświetlonym, w którym każde przystrojone w koronkowy szron źdźbło trawy wyglądało jak zwiewna panna. Na drzewach zwisały grube śniegowe czapy i szale i tylko w niektórych miejscach prześwietlały je ostre promienie słońca, ukazując nam zupełnie nowy świat. Na wzgórze ledwo udało mi się z powrotem wspiąć. Pan Właściciel Domu zabrał się za wygrzebywanie spod śniegu nie nadających się już do niczego belek, z zeszłorocznej rozbiórki stodoły, które wylądować miały w piecu, a ja wróciłam do domu i oddałam się jednemu z moich ulubionych zajęć – przygotowaniu obiadu. Wciąż próbowałam się także dodzwonić do Pana od Odśnieżania (piszę wielkimi literami, bo to już w sumie przydomek), który obiecał, że pług będzie rano, a nas już złapało południe. Po obiedzie zaczęliśmy godzić się z myślą, że w poniedziałek raczej też się nie wydostaniemy z domu, kiedy to wreszcie Pan od Odśnieżania odebrał telefon i podał nam numer do tak zwanego operatora, czyli Pana Pługowego. Pan Pługowy powiedział, że właśnie kończy u Pana Żabojada i potem jedzie „Na Radostowo”. Tu już się naprawdę zdenerwowałam. Jest w naszej wsi i nie ma zamiaru do nas dojechać?! Tłumaczył się, że drugi Pan Pługowy wpadł do rowu (jak im pługi do rowu wpadają, to co powiedzieć o normalnych samochodach?!), i że nie ma czasu. „Proszę Pana – zaczęłam – jesteśmy od piątku odcięci od świata, nie jesteśmy w stanie wyjechać nawet po zakupy, a kończą nam się zapasy, w domu mamy starszą osobę, do której w razie czego nie dojedzie nawet karetka pogotowia, jestem po ciężkim złamaniu nogi i chodzę o kulach, nie mogę swobodnie się poruszać, a pan mi mówi, że nie ma czasu?!” – chwila ciszy i pan zgodził się przyjechać. Sebastian śmiał się, że powinnam jeszcze powiedzieć np. o brakującej insulinie, czy innych ważnych lekach i ciężkich chorobach, powiedziałam jednak samą prawdę. Kiedy było już ciemno zobaczyliśmy, jak odśnieża gospodarstwo na dole, więc jednak dojechał w pobliże. Znów zadzwoniłam i zostałam poinformowana, że właśnie do nas jedzie. Nie mogłam jednak zapomnieć o naszych sąsiadach z Leśnej Doliny, którzy mieszkają jeszcze dalej. Pan nie spodziewał się, że tam mogą być jeszcze ludzie. Ha! A jednak! Na szczęście dojechał i do nich. Około godziny siedemnastej na naszym podwórku zaświeciły światła „Śniegozwalczacza”. Pan Właściciel Domu wyleciał jak oparzony, aby przywitać Pana Pługowego i podziękować za przybycie. Uradowany wrócił do domu. Śnieg znów zaczął padać i wciąż nie byliśmy pewni, czy uda się rano wydostać. Minęła godzina i na nasze podwórko znów wjechał pług, tym razem dużo większy, po chwili znów mały i tak pięć razy. Nie wiem czy wpływ na to miały moje ciągłe telefony do Pana od Odśnieżania i teksty o poważnych zaniedbaniach, czy może to, że Piotrek z Leśnej Doliny zadzwonił do Zarządzania Kryzysowego? Najważniejsze, że jak już w końcu przyjechali, to drogę wygładzili nam niczym autostradę.
Poniedziałek: Wstaliśmy za późno i to że do fryzjera na umówioną godzinę nie dojadę było już jasne. Ruszyliśmy jednak dziarsko z góry i zorientowaliśmy się, że na dole droga nie wygląda już tak dobrze jak nasz podjazd. Kiedy minęliśmy naszą wieś, a potem następną (w ślimaczym tempie) zorientowaliśmy się także, że do pracy też raczej nie dojedziemy. Miejscami drogi po prostu nie było, a my z prędkością dziesięć, czasem piętnaście na godzinę wspinaliśmy się po śniegowo-lodowych górach, które co chwilę wyrastały z tego co kiedyś było drogą. Przy domach stały samochody - ci którzy mogli rezygnowali z wyjazdu do pracy. Po godzinie dziesiątej dojechaliśmy wreszcie do fryzjera (jechaliśmy prawie dwie godziny). Podjęliśmy decyzję o wolnym. Chcieliśmy wrócić za „widniaka” do domu. Zrobiliśmy trochę zimowych zakupów (ciepłe rajstopy dla tej co w spodniach nie chodzi czyli dla mnie i ciepłe skarpety i takie tam ;-), zdobyliśmy żywność i zaczęliśmy wracać do domu, co tym razem trwało o piętnaście minut krócej.
Wtorek: przyszła odwilż nasza droga do pracy wciąż trwała koło godziny, ale zawsze to już nie dwie. Ze wzgórza po śniegu i lodzie spływać zaczęły strumienie wody. W pracy trwały przygotowania do wernisażu i miałam natłok roboty, głównie z powodu poniedziałkowej nieobecności. Czekała też na mnie dobra wiadomość. Podczas kiermaszu sprzedałam kilka prac, co jest miłym zastrzykiem gotówki przed świętami.
Dni następne: Z dnia na dzień droga zaczęła wyglądać coraz lepiej, zostały jeszcze tylko góry lodowe między Tuławkami i Gadami, które dopiero w tym tygodniu zostały skute przez mieszkańców. Dziś pierwszy raz jechaliśmy po prawie czarnej drodze. U nas wciąż leży śnieg, na zmianę mamy mróz i odwilż i nie ma kiedy stopnieć. Pan Pługowy znów był i zebrał z drogi pod górę resztki śniegu, nie pamiętam żeby o tej porze roku podjazd był tak dobry jak teraz. Dostałam też przemiłą paczkę od Ilony Lisieckiej, której bloga na pewno znacie. Wymyśliłam nazwę dla jej nowo otwartej pracowni („Kurnik sztuki”) i jako podziękowanie dostałam piękne podkładki pod talerze z... kurami! Komplet idealnie pasuje do mojej kuchni, więc bardzo się cieszę i jeszcze raz dziękuję!
Przygotować wszystko do wernisażu zdążyłam, chociaż naprawdę w ostatniej już chwili, przez natłok pracy, ciągłe stanie, wchodzenie i schodzenie z taboretu (tablice na których maluje są wielkie i trzeba sięgać wysoko) noga mocno mi już doskwierała. Przez ostatnie zawirowania nie mam też jeszcze prezentów świątecznych, a tradycyjnie wyjeżdżamy do moich rodziców nad Jeziorak. Pewnie dla większości fakt, że osiemnastego grudnia nie ma się jeszcze prezentów nie jest bulwersujący, jednak ja zawsze zamawiam prezenty przez internet i mam je przynajmniej w połowie listopada. Dlatego teraz kończę mój przydługi tekst, gratuluję tym, którzy przeczytali go w całości (obiecywałam że szykuje się dłuuugi post) i lecę na zakupy! Na koniec jeszcze trochę zdjęć, grudniowego chwalipięctwa, czyli trochę o moich pracach i... i oczywiście życzenia.



http://www.telewizjaolsztyn.pl/0,2332-%26quot%3bkup_sztuke_pod_choinke%26quot%3b.html

- Filmik z naszej galerii z moją skromną osobą również, pokazanie tego w regionalnej telewizji zaowocowało sporym zainteresowaniem moją trochę dziwną twórczością, co niezmiernie mnie cieszy ;-) Zapraszam Was do oglądania.
http://www.olsztyn24.com/news/21981-bwa-po-raz-czwarty-promuje-sztuke-pod-choinke.html



Życzę Wam spokojnych, rodzinnych, ciepłych, naprawdę wyjątkowych świąt, pełnych tradycyjnych potraw, zapachu cynamonu i igliwia, ciepła ognia i oczywiście gwiazdki z nieba!


czwartek, 12 grudnia 2013

...

Pan Właściciel Domu przyjechał ze sklepu z ponurą miną. Łzy kapały mu po policzkach.
- Już nie mamy kogo dokarmiać – powiedział. Serce zaczęło mi walić. Jak to? Co się stało? Chwila milczenia, bałam się usłyszeć to co właśnie miał powiedzieć. – Znalazłem naszą Sunie martwą. Natychmiast zaczęliśmy wykonywać telefony i dowiadywać się co mogło się stać. Jeszcze wieczorem lizała nas po rękach. Była zdrowa i uśmiechnięta. W „Klubiku” wiejskim odbywała się osiemnastka. Młodzież na tyle już dorosła żeby jeździć samochodem była na tyle dziecinna, żeby jeździć nim pod wpływem. Mogliśmy ją zabrać... Ale przecież nie zabiera się cudzych psów...


Zaczęłam tym smutnym akcentem, a zakończę bardziej pozytywnie. Dziękuję bardzo za kolejne wyróżnienie, które przypłynęło do mnie z bloga „Powrót do tradycji”. Jest mi niezmiernie miło i oczywiście odpowiadam na pytania. Nie wyróżnię już kolejnych blogów, bo dopiero co to zrobiłam, mogłabym się ewentualnie powtórzyć.

1.Jesli miałabyś zmienić swoje życie radykalnie gdzie byś się wybrała?
Nie wiem czy chciałabym zmieniać swoje życie, jednak gdyby miało tak się stać, to wybrałabym się do innej epoki.
2.Jesteś świadoma swojej wartości?
Ostatnio coraz bardziej.
3. Co wpłynęło na drogę twojego życia?
Moje pasje i moi rodzice, którzy je wspierali.
4.Co byś zmieniła w swoim życiu?
Lubię je takie jakie jest, na pewno cieszę się z artystycznego zawodu, ale zawsze zastanawia mnie co byłoby gdybym wybrała inny artystyczny zawód.
5.Czy świat który cię otacza jest dla ciebie wystarczający?
Jest najpiękniejszy z możliwych, chociaż wiadomo, że chciałoby się np. lepszą drogę do domu ;-)
6.Czy zmieniasz szybko poglądy? Jeśli tak co cię jest wstanie przekonać?
Od wielu lat na większość spraw mam takie same poglądy, ale nie powiedziane jest, że jakieś mocne argumenty by ich nie zmieniły.
7. Twoja pasja to?
Sztuka
8. Ile jesteś wstanie poświęcić dla marzeń?
Nie muszę nic poświęcać, po prostu je realizuję.
9. Realizujesz marzenia nawet te które wydają się nieosiągalne ?
Krok po kroku TAK!
10.Nad czym często dumasz ?
Nad przyszłością.
11. Czym jest dla ciebie pisanie bloga?
Jest to możliwość dzielenia się z innymi moim rozumieniem świata.

Dzięki, pozdrawiam ciepło!

niedziela, 8 grudnia 2013

Wyróżnienie

Jest mi niezmiernie miło, że osoba, którą bardzo cenię i której blog jest jednym z moich ulubionych wyróżniła właśnie mnie. Trochę opóźniałam się z ogłoszeniem tej informacji i z odpowiedzią na zadane przez Asię z Siedliska pod Lipami pytania, bo ostatnio wiele się u mnie dzieje i nawet nie miałam chwili na włączenie komputera. Szykuje się za to w niedalekiej przyszłości długaśny post. Wracam jednak do wyróżnienia, za które ślicznie dziękuję. Odpowiadam zatem na pytania zadane mi przez Asię: 1. Najważniejszy dzień z życia? Chyba mój ślub, bo wszystko było tak jak sobie wymarzyłam i był to naprawdę nasz dzień. 2. Co wywołuje Twój uśmiech? Mój pies biegający po łące, jest wtedy taki szczęśliwy. 3. Filmowa fascynacja? "Marzyciel" 4. Literacka fascynacja? Książką w której się zakochałam jako nastolatka i uwielbiam do dziś jest „Wiedźmin” Andrzeja Sapkowskiego, chociaż nie jestem wielką fanką tego gatunku, to podoba mi się w tej książce wielowątkowość, dowcip, to w jaki złożony sposób stworzne są postaci i uważam, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Uwielbiam też „Dumę i uprzedzenie” Jane Austin, bo zawsze fascynowały mnie damy z dawnych czasów w pięknych sukniach i oczywiście uwielbiam ją za ironiczne podejście do arystokratycznego świata. Bardzo lubię czytać o artystach i także jako nastolatka przeczytałam dwie książki do których wracam „Pasję życia” Irvinga Stone’a – o Van Goghu i „Mulin Rouage” Pierra La’Mura o Touluse Lautrecu. Już jako dorosła osoba przeczytałam natomiast „Nazywam się Czerwień” Orhana Pamuka – cudownie zbudowana opowieść, trzymająca w napięciu do ostatniej chwili. Polecam wszystkie te książki. 5. Wymarzony prezent? Bardzo lubię kiedy prezent jest niespodzianką i kiedy jest to coś naprawdę od serca, kiedy widać, że ktoś myślał o mnie i zastanawiał się co lubię i czego potrzebuję. Nigdy nie dostawałam prezentów niespodzianek, bo moja cała rodzina zawsze bała się że nie trafi w mój gust. Mój mąż też woli nie kombinować i nie robi mi niespodzianek. Dlatego mój wymarzony prezent jest prezentem niespodzianką. 6. Życiowe motto? Jestem optymistką i zawsze szukam pozytywów, wierzę, że „zawsze po burzy wychodzi słońce”, „kocham jutro” i wiem, że „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”. Jako takiego motta nie mam, ale staram się uśmiechać nawet w złych momentach. 7. Góry, czy niziny? A może morze? Na pewno góry, a tak naprawdę do pagórki i jeziora. 8. Pierwsze wspomnienie z dzieciństwa? Kiedy był wolny dzień, to tata jeździł rano do sklepu, kupował bułki maślane, jogurty, kilka rodzajów sera, świeże wędliny, smażył jajecznice, albo robił jajka po wiedeński, do tego przygotowywał kakao w dzbanku i pięknie nakrywał stół (też byłam rannym ptaszkiem, więc mu pomagałam), potem budził mamę, brata i wujka Piotra, który z nami mieszkał i często gości, którzy nieraz do nas przyjeżdżali. Jedliśmy takie niemal świąteczne śniadanie, a potem szliśmy na spacer z psem np. do miasta na lody. 9. Miasto, czy wieś i dlaczego? Jasne, że wieś. Dlaczego? Bo las, bo łąki, bo przestrzeń, bo ptactwo, bo sarny, jelenie i dziki, bo wolność, bo rześkość i świeżość, bo grzyby, bo ogród, bo wieś to moje spełnienie marzeń. 10. Jakie wnętrza lubisz? Lubię, kiedy wnętrze dopasowane jest do stylu budynku. Ogólnie bardzo podobają mi się wnętrza urządzane antykami i stylizowane na stare (ale nie za eleganckie), jednak gdybym miała mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, to urządziłabym je w stylu lat sześćdziesiątych z nutką nowoczesności. Mieszkając w starej chacie nie wyobrażam sobie, żeby urządzić dom nowocześnie, sterylnie, czy elegancko. 11. Wzór do naśladowania? Wszyscy Ci, którzy bezinteresownie pomagają innym i potrafią się temu poświęcić, nie myśląc o sobie. Moje wyróżnione blogi: Czułe Inkwizytorium - bardzo lubię czytać i wciąż jestem ciekawa co dalej Widok z dachu - Za podjęcie wyzwania i też wciąż jestem ciekawsza Rogata Owca -lubię te wszystkie opowieści o owcach, serach i nie tylko. Pozytywnie Kreatywnie - za pozytywne podejście do życia, fajną rodzinkę i takie rękodzieło, które naprawdę mi się podoba, a mało takiego widzę na blogach. Pieskie życie boksera Demona – za dowcip i miłość do psa. Nasze Pogórze – za piękne podróże i historie, które dzięki słowom mogę również przeżywać. Konik polski – za konie, psy i tego wszystkiego ciekawe opisy Ewape – pyszne, kolorowe jedzenie. Aaaledobre – cudowne zdjęcia potraw Bo życie to (nie) bajka – wiejskie życie, które kocham i zawsze będę lubić o nim czytać. Jo- landia mazurska kraina – za miłość do siedliska i cudne kompozycje z wiejskich roślin. A teraz moje pytania: 1. Jaka jest Twoja ulubiona piosenka i dlaczego? 2. Najbardziej kobiecy gadżet Twoim zdaniem to? 3. Czy pomagasz bezdomnym zwierzętom, jeśli tak, to w jaki sposób? 4. Jakie są Twoje ulubione smaki? 5. Kino, czy teatr? 6. Najromantyczniejsza chwila w Twoim życiu to...? 7. Czy lubisz swoją pracę, dlaczego tak, dlaczego nie? 8. Czy jest coś, dzięki czemu możesz poczuć, że jesteś spełniona? 9. Jakie jest Twoje największe marzenie? 10. Co lubisz robić, kiedy jesteś sama w domu i masz czas tylko dla siebie? 11. Filharmonia, spotkanie z poezją na zamku, czy łące, a może szalony rockowy koncert, co wybierzesz? Pozdrawiam wszystkich ciepło!