poniedziałek, 10 czerwca 2013

Niedziela w markecie?




Takim rozrywkom stanowczo mówimy NIE!

Zacznę jednak od początku.
Niektórzy, może nawet większość, na randki chodzą do kina, potem kolacja i tak dalej ;-)
Mnie mąż na randkę zabrał na... FESTIWAL SERA!
Przez cały miniony weekend na podzamczu zamku w Lidzbarku Warmińskim, dawnej perły Warmii, siedzibie biskupów warmińskich, a więc w samym sercu Księstwa Warmińskiego odbyło się święto sera. To była krótka decyzja: „Jedziemy na randkę!”.
Wystroiłam się, jak to przystoi przy niedzieli, spakowaliśmy Anioła, bo przecież Stróż musi być z nami i ruszyliśmy – pyr pyr pyr – polnymi wertepami (bo drogami ciężko to nazwać) na skróty w stronę Dobrego Miasta. Do samego Lidzbarka droga była już lepsza i dość szybko zajechaliśmy pod mury okazałego zamku. Miło było wjechać do miasta, w którym po pierwszym roku studiów spędziłam kilka tygodni na plenerze malarskim. Powoli przypominałam sobie wszystkie miejsca, knajpki, pizzerie, no i przede wszystkim zabytki, z których znaczna większość była wtedy w remoncie, a teraz odnowione uśmiechały się do nas, ukazując cały swój urok i monumentalizm  średniowiecznych zabudowań, czy dziewiętnastowiecznego ewangelickiego kościoła. Weszliśmy na podzamcze i... Zdziwiliśmy się. Tłumy ludzi, do straganów nie można się dopchać, a ilość stoisk wcale nie była tak imponująca, jak informacje w radiu i telewizji regionalnej na temat wydarzenia. Wróciliśmy do samochodu, wzięliśmy Anioła i poszliśmy na spacer po starówce, w której architekturze poprzedni system odcisnął niestety znaczące piętno. Miasto opustoszałe. Lodziarnie, kawiarnie pootwierane, a ludzie tylko gdzieniegdzie przemykają bocznymi uliczkami. Na placu siedziało kilku chłopców w za szerokich spodniach, z dumą palących papierosy. Poszliśmy dalej i naszym oczom ukazała się wielka gotycka brama, zwana w Lidzbarku, podobnie jak w Olsztynie Wysoką Bramą, jednak znacznie bardziej imponująca niż ta olsztyńska. Wypiłam jakiś ohydny mrożony sok w jednej z budek i wróciliśmy do samochodu. Aniołek znów musiał na trochę zostać, a my licząc na mniejsze tłumy wróciliśmy na serowy jarmark. Teraz była już szansa na dopchanie się do stoisk i popróbowanie specjałów z mleka krowiego, koziego i owczego. Zjadłam oscypka na ciepło z żurawiną, a Sebastian wypił regionalne piwo. I co już? Nic specjalnego. Chociaż uwielbiamy swojską żywność i jarmarki, to ten nas nie powalił na kolana. Ruszyliśmy więc do muzeum. Tutaj każde z nas znalazło coś dla siebie. Sala z orężem od XIV wieku, aż do początku XX. Wszystkie hełmy, armaty, miecze, czy pistolety oryginalne i robiące ogromne wrażenie, szczególnie te najstarsze pamiętające czasy bitwy pod Grunwaldem, gdzie walczyła też (oczywiście po polskiej stronie) Chorągiew Warmińska. Potem przepaściste lochy, gdzie była wystawa pokazująca prace konserwatorskie nad odkrytymi niedawno freskami na krużgankach dziedzińca zamkowego (najstarsze z około 1380 roku). Obejrzeliśmy też kilka imponujących kominków i ruszyliśmy do sal zamkowych. Tam dopiero cuda. Portrety biskupów warmińskich (jednym z nich był Ignacy Krasicki, na zamku mieszkał też w swoim czasie Mikołaj Kopernik a i inni duchowni zamieszkujący niegdyś budowlę są bardzo znani nie tylko zainteresowanym historią i kulturą tej krainy historycznej), komnaty biskupie, kaplica w stylu wczesnego rokoka, pięknie malowane i inkrustowane meble, wystawa naczyń kuchennych ( mi najbardziej spodobała się misa do duszenia mięsa, o wyglądzie ogromnej brytfanki, a Panu Właścicielowi Domu oczywiście konew do ważenia piwa). Potem wreszcie moja ulubiona część – rzeźba średniowieczna, głównie warsztat elbląski, warmiński, ale i pomorski. Na takiej rzeźbie głównie wzorowali się ludowi twórcy warmińscy, o których pisałam pracę magisterską. Na koniec wielka wystawa malarstwa polskiego i nazwiska takie jak: Ruszczyc, Fałat, Ślewińki, Stanisławski, Mehoffer, Wyczółkowski, a także pastele między innymi Witkacego. Na poddaszu natomiast malarstwo znacznie nowocześniejsze. Zobaczyć można tam pokaźną kolekcję obrazów Dwurnika. Pełni wrażeń wróciliśmy po Anioła i poszliśmy na spacer wokół zamku, wzdłuż zamkowej fosy. Anioł, mimo że wcześniej dawaliśmy mu pić z plastikowego kubeczka, to jednak taka zielonkawa woda jest z pewnością pyszniejsza, wpakował się więc do fosy i stał kilka minut chłodząc się i chłepcząc wodę. Był zachwycony. Po spacerze mokry wpakował się do samochodu. Wolimy jednak jeździć ze szczęśliwym i śmierdzącym mokrym psem - psem, niż takim, któremu gorąco. Zakończyła się wiec nasza randka w muzeum, po drodze nie ominął nas niestety i tytułowy niedzielny market w Dobrym Mieście, przemknęliśmy przezeń z prędkością światła (no prawie) i znów wertepami ruszyliśmy do domu, aby zaszyć się w kuchni i razem ugotować bardzo późny obiad. 


Widok z okna zamkowego na jarmark


krużganki


zdjęcie nieostre, trzeba było działać szybko, bo wątpie czy można było robić zdjęcia. Wystawa oręża. 

Miejsce kąpieli Anioła

Na koniec Wiedźma śpięca w "domku" na parapecie

i coś słodkiego na deser!

Pozdrawiam wszystkich ciepło!

wtorek, 4 czerwca 2013

Muzyka wspomnień i troszkę kwiatów ;-)




Nie tylko Wonnym Wzgórzem człowiek żyje. Dlatego też kilka wolnych chwil tym razem postanowiliśmy spędzić w Siemianach na Jeziorakiem. W czwartek miał być koncert naszych przyjaciół z EKT, którego nie mogliśmy przecież opuścić. Nie chodzi tu już do końca o muzykę, ale o klimat, atmosferę i przemiłe spotkanie, zakrapiane kilkoma kroplami mocnych trunków. Oczywiście pisząc o koncercie nie mogę nie wspomnieć o tym, że zespół po raz kolejny nie przyjechał w pełnym składzie i nigdy już w tym składzie nie przyjedzie. Chociaż wszystkim brakuje Mesaliny – pełnego ciepła i cudownie śpiewającego, to przy każdej piosence mamy wrażenie, że też stoi na scenie. Kiedy chłopcy wysiadają z busa, wciąż czekam, żeby się z nim serdecznie uściskać, a potem mam wrażenie, że słyszę jego głos, choćby w chórkach.
Uwielbiam tę atmosferę, która szybko ogarnęła nas i całą licznie zgromadzoną publiczność. Szanty i piosenka turystyczna, bo przecież EKT – Gdynia to Elitarny Klub Turystów z Gdyni, tak cudnie brzmią tylko nad Jeziorem, czy morzem. Spotkaliśmy kilka miłych osób, dobrze i trochę mniej nam znanych znajomych. Poznaliśmy też parę nowych, co zawsze bardzo nas cieszy. Głowę ogarnęły wspomnienia, bo przecież te koncerty i ta muzyka zawsze kojarzą się z miłymi chwilami.  Poszaleliśmy na parkiecie, a potem zaczął się już tylko nasz mały prywatny koncert. Jacek – perkusista, jest też świetnym gitarzystą i kiedy odkłada pałki, bierze w ręce gitarę i gra wszystko o co się poprosi. Gra mi nawet mojego ulubionego Turnaua i inne trudne do zagrania piosenki, których moi (też przeze mnie ogromnie doceniani) ogniskowi grajkowie nie potrafią (niektórzy też nie chcą ;-) zagrać. Ciepły wieczór i śpiewy zawładnęły nami w stu procentach i spać poszliśmy dopiero, kiedy zaczęło robić się jasno. Zmęczenie dawało się we znaki, a przygotować mieliśmy się na kolejny pełen wrażeń wieczór.
W piątek pojechaliśmy na długi spacer do lasu i wykąpać w leśnym jeziorze Anioła. Zaopatrzyliśmy się w szampon i ręcznik. Anioł wszedł chętnie do wody, ale kiedy zobaczył co się święci, zaczął wyć tak jakbyśmy chcieli go utopić, aż jacyś ludzie przyjechali rowerami, pod pretekstem zapytania nas o coś, a my dobrze wiemy, że przyjechali sprawdzić, czy nie krzywdzimy psa. Sami zachowalibyśmy się tak samo, więc nie mamy do tych Państwa pretensji, a Anioł wył naprawdę przerażająco na pół lasu. Podczas spaceru znalazłam też czterolistną koniczynkę, rosła sobie na środku drogi i uśmiechała się do mnie. Dałam ją Sebastianowi, ale on powiedział, że trzeba było ją zostawić dla kogoś innego, przecież my i tak mamy szczęście. Szczęścia jednak nigdy za wiele, więc zasuszyłam ją w książeczce zdrowia Szczęściarza, która wciąż jeździ z nami samochodem i czekać będzie sobie koniczynka na moment kiedy się przyda.
Wieczorem przybyła moja Mała Sylwia od Starych Mebli i to nie sama. Miło było zobaczyć ją tak roześmianą i szczęśliwą, taką, jakiej jej jeszcze nigdy nie widziałam.
Oprócz Sylwii, przyjechały jeszcze dwie przemiłe osoby – Ola i Marek. Piosenki Marka, pewnie wielu z Was zna, niektóre z nich towarzyszyły mi w dzieciństwie, kiedy śpiewała mi je mama. Na podwórku zespół weselny, więc mimo oszałamiającego zapachu jeziora i cudnych widoków przenieśliśmy się do domowego zacisza, gdzie Marek i Ola zagrali. Dwie gitary, okulele i harmonijki ustne. Ola przepięknie śpiewała "Sarajewo", Nohawicy w wersji oryginalnej, dośpiewywałam tylko po cichu refren po polsku. „Noc Czerwcowa” i inne ballady, również wciąż dźwięczą mi w uszach. Marek nie przejmował się, że publiczność mają raptem sześcioosobową i wręcz prowadził koncert. Uczył nas refrenów, żebyśmy mogli śpiewać razem, opowiadał o historii kolejnych piosenek, które napisał. Kilka z nich były to tłumaczenia ludowych piosenek bałkańskich. Każdy utwór był połączeniem liryki i humoru. Był też mały koncert życzeń i standard w postaci Pod Budą, a także właśnie ta piosenka Marka, którą mama mi nuciła: „Bo każdy chłopiec powinien mieć misia, bo każdy miś powinien chłopca mieć, tak jak Puchatek miał swojego Krzysia, bo najlepiej śpi się z misiem to się wie, bo każdy chłopiec powinien mieć misia, dziewczynka też jeżeli tylko chce...” Słodko się zrobiło i cudnie, bo nawet te piosenki Marka, które napisał dla dzieci, do końca dziecięce nie są. Polecam Wam wszystkim ;-)
W sobotę usiedliśmy nad jeziorem tylko we dwoje i było cudnie. Potem dosiadł się Misiek i jeszcze kilka innych osób i znów gitara i tak zwane Miśkowe szlagiery: „Dla takiej jak Ty”, „Na parterze w mojej chacie”, kilka szant, a potem już tylko „Misiek Blues”. Znów przywitał nas różowy horyzont, dlatego też w niedzielę nie daliśmy rady pojechać do domu i zawitaliśmy na Wonne Wzgórze dopiero w poniedziałek, gdzie przywitały nas zjedzone do korzonków kapusty i... wszystko wielkie i pachnące. Przyroda przez te kilka dni pokazała nam swoje możliwości. Zobaczcie sami. 

Taki krzew nam się kiedyś spodobał i sobie rośnie. Nie pamiętam jego nazwy. Ktoś może kojarzy?

Drobne kwiaty tawuły, mamy ich dwa rodzaje, ale tylko te już kwitną.

kwiatki z bajki, kojarzą mi się z dzieciństwem. Szczepkę dostaliśmy od Kasi z Leśnej Doliny, a reszta przekopana jest z pola.

to kupiliśmy ostatnio i już zapomnielśmy nazwy. Skoplikowana jakaś ;-)

Zaczynają się moje ulubione fiolety, lawendowo ;-)

Zakwitł też szczypior, którego kwiaty uwielbiam.

w tle łubin, obok mięta - dzika przekopana z bagien i ta domowa - cytrynowa, też będzie kwitła na fioletowo.

zmiana koloru ;-)



pierwsze pomidorki.

smakowita bardzo ;-)


Zrobiłam zdjęcie tylko tej pani, ale także i agrest ma owocki i maliny ;-)

nasza kochana łąka.
Jeszcze powrót do ogródka i rozkwitły pierwsze piwonie.

schody do domku i anielski pies. W tle jeszcze trochę bałaganu, ale staramy się powoli wszystko sprzątać.

 Dziękuję wszystkim za miłe i pełne wsparcia komentarze pod poprzednim postem. Przez miesiąc nie wchodziłam w ogóle na Wasze blogi, bo musiałam zrobić sobie mały komputerowy urlop. Już nam przeszło i wiemy, że Szczęściarz jest w niebie. Obiecuję nadrobić zaległości. Dzięki i pozdrawiam. 


wtorek, 7 maja 2013

Oststni oddech



Szczęściarz spadł ze schodów.
To nie był pierwszy raz.
Od jakiegoś czasu jego łapki rozjeżdżały się nawet na prostej drodze, a po raptem trzech, jedynych schodkach prowadzących z podwórka do domu wolał wchodzić z asekuracją. Na łapach wyrosły mu krwawe guzy, które trzeba było opatrywać kilka razy dziennie, a największa narośl na podbrzuszu była już wielkości główki dziecka.
Tym razem leżał pod schodami na plecach i nie mógł się podnieść, a spod niego leciała cienka stróżka moczu. Wybałuszył oczy i patrzył na mnie błagalnie. Położyłam go w wygodniejszej pozycji. Byłam zmęczona ciągłym nocnym wstawaniem, sprowadzaniem, czy znoszeniem bydlądka po schodach, a potem jeszcze cięższym wciąganiem na górę, zmianą opatrunków, karmieniem z ręki, bo inaczej już nie jadł, podawaniem miski z wodą, mycia pod ogonkiem... Byłam jednak w stanie wykrzesać z siebie jeszcze więcej i trwać tak, do póki nie poczułam na sobie tego właśnie błagalnego spojrzenia, w którym była bezradność i bezsilność. Już kilka tygodni temu przestaliśmy słyszeć radosne szczekanie, które przerodziło się w próby wydania z siebie tego niskiego barytonowego hau hau, żeby wydusić tylko piskliwe hałłł... Od kilku dni nie słyszeliśmy już nic, oprócz miarowego popiskiwania od czasu do czasu i dźwięku szorujących o deski łapek, które próbowały same wstać.
-Sebastian, jedziemy ze Szczęściarzem! Już czas!.
-Nie dam rady... – pierwsza myśl Pana Właściciela Domu, który już po chwili zreflektował się i zaczęliśmy szykować się do wyjazdu. Szczęściarz cierpliwie czekał. Przed oczami stanęła nam ta brudna czarna kula, która stała pod sklepem. Wtedy też nie mógł chodzić. Potem operacja i pierwsza gonitwa za samochodem, pierwsze spacery i radosne szczekanie w cztery strony świata i czekanie na drodze na swojego opiekuna, aż wróci z pracy. Potem już tylko coraz mniej biegania, chodzenia i wszystkiego coraz mniej, w końcu zrobiło się i mniej psa, a więcej cierpienia i choroby. Zadzwoniłam do kliniki, pełna zaufania do lekarzy, którzy zajmowali się Piesiem z największym zaangażowaniem i czułością. Po chwili wydukałam o co mi chodzi:
-         Pies jest z zaawansowanym rakiem, nie wstaje już sam, chcemy go uśpić. – powiedziałam drżącym głosem i właśnie tego dnia, przez cały ten czas bywania w klinice w Kortowie nawet raz w tygodniu, trafiłam na weterynarza, którego poziom empatii wahał się koło zera.
-         To od dzisiaj pani wie, że pies ma raka? Jest długi weekend.
-          Nie, nie od dzisiaj, ale w weekend się bardzo pogorszyło.
-         Dzisiaj nie usypiam psów, nie będę mieć co zrobić z ciałem, proszę przyjechać po weekendzie. Dzisiaj mamy święto.
-         To, to że mamy święto oznacza, że pies ma się męczyć?
-         Pies jest naszym pacjentem?
-         Tak.
-         To u kogo się leczy? – tu wymieniłam nazwisko naszego Pana Doktora i kilku innych lekarzy, którzy w między czasie zajmowali się Szczęściarzem. – Dobrze, proszę przyjechać.

Po drodze milczeliśmy, ale i staraliśmy się usprawiedliwiać swoją decyzję, zastanawiać się czego chce Piesio, próbowaliśmy też zmieniać temat...
Po problemach z wyjściem z samochodu Piesio zaczął normalnie iść, a w klinice napił się sam wody. Wątpliwości zaczęły ściskać nam gardło. Rozsądek jednak wziął górę.
Pan doktor znów nie okazał za wiele serca. Płakaliśmy oboje, kiedy Szczęściarz dostał zastrzyk uspokajający. Staliśmy na środku poczekalni, Pies leżał przy nas. Głaskaliśmy go po główce i czuliśmy pełne współczucia spojrzenia ludzi, którzy czekali ze swoimi dużo zdrowszymi zwierzętami. Panowała przerażająca cisza. Weterynarz nawet nie pomyślał, żeby zabrać nas z naszą małą tragedią do oddzielnego pomieszczenia. Po zastrzyku Szczęściarz nie mógł już zupełnie wstać. Sebastian podpisał zgodę i wreszcie mogliśmy uciec gdzieś, gdzie wszyscy nie będą na nas patrzeć. Położyliśmy Psa na stole i głaskaliśmy go po pyszczku. Dostał narkozę. Oddychał spokojnie, spał. Okropnie długo to trwało, nie wiedzieliśmy co się dzieje. Nie byliśmy nigdy przy usypianiu psa i nie wiedzieliśmy czy to już, czy jeszcze nie. Czy ktoś do nas przyjdzie, czy mamy iść, czy zostać. W końcu przyszła studentka, której zapytaliśmy się co dalej.
–Dostanie jeszcze jeden zastrzyk, wtedy przedawkujemy narkozę, nie musicie państwo przy tym być. - Jak mielibyśmy przy tym nie być i go zostawić?
- My chcemy przy tym być! – oburzył się Sebastian. Nie zostawilibyśmy go samego. Pan nieczuły wreszcie się pojawił. Nic nie mówił, nie pytał się co jest psu, nic. Nic go nie obchodziło. Jak zaczęłam coś do niego mówić, to po prostu wyszedł zostawiając moje słowa zawieszone w powietrzu. Po chwili wrócił z ostatnim zastrzykiem. Trzymałam rękę przy nosku i czułam jak oddech staje się wolniejszy i wreszcie się zatrzymuje. To koniec męczarni. Już jest w psim niebie. Wracając było tak pusto, śmialiśmy się przez łzy wspominając zabawne zachowania Piesia i obiecaliśmy sobie już nie płakać.
Ten dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek i wyciszenie. Wieczorem, nie rozmawiając już o Piesiu, położyliśmy się do łóżka. Teraz był moment dla Sebastiana, który cały czas bardzo mnie wspierał i tylko ukradkiem ocierał łzy.
-         Tak jest pusto... A jeszcze niedawno zza łóżka wystawały te jego krzywe, śmieszne uszy...

Minęło kilka dni i wciąż bardzo nam pusto i nawet Miejski Pies, który nie okazywał nigdy Szczęściarzowi szczególnej przyjaźni, zagląda do pokoju, patrzy na puste posłanko i miski, z których już nic nie można koledze podeżreć. Szuka go. Nam też ciągle się wydaje, że zaraz zaszczeka, albo, że nas woła, żeby pomóc mu wstać... Pusto.

piątek, 26 kwietnia 2013

Obrończyni

Wiele osób mówi, że koty nie przywiązują się do człowieka tak jak pies. Z pewnością mają rację, ponieważ koty przywiązują się do człowieka w zupełnie inny sposób, co nie znaczy, że kochają mniej, czy bardziej. Po prostu inaczej.
Czasem zastanawiałam się czy moja relacja z Wiedźmą nie jest czysto platoniczna. Głaszczę ją, daje jej wszystko co mogę, a ona za to wymaga, miałczy, nie daje nam spać, chodzi po mnie kiedy śpię, i muszę ustępować jej miejsca w łóżku, bo inaczej będzie tak długo drapać w meble i drzeć mordkę, do póki tego nie zrobię. Myślę jednak, że dla niej to jest właśnie okazywanie uczuć. Pozwala się głaskać i śpi obok mnie, a to dla szanującego się kota jest już największy wyraz miłości. Jak się jednak okazało w sytuacji zagrożenia, Wiedźma potrafii zaryzykować i stanąć w mojej obronie, niczym czarna pantera, a nie mała czarna kotka. Było to tak:

Przez ostatnie kilka dni był u nas mój tata, który pomagał nam trochę porządkować podwórko. Anioł całe dnie biegał przy nas, albo leżał beztrosko na trawce. Co chwilkę podczas przerw bawiłam się z nim, rzucając mu kija, czy głaskałam, bo ostatnio stał się wielkim pieszczochem. Wczoraj na podwórku była z nami i Wiedźma, która bojąc się Anioła szalejącego po sadzie, obserwowała go z bezpiecznego miejsca - schodków wejściowych do domu. (Niestety Anioł wciąż potrafi pogonić Wiedźmę, a ja nie raz zdejmuję potem przerażoną z drzewa.) Anioł dostał wielką kość, za którą biegał jak za kijem. W pewnym momencie zabawa, przerodziła się w przeciąganie. Trzymałam jeden brzeg kości, a Anioł drugi. Kiedy chcę, mogę wyjąć Aniołowi kość prosto z pyska, a on mi na to pozwala, nigdy by mnie też nie ugryzł, ale nasze zabawy bywają nie raz dość agresywne. Trzymałam kość z całej siły, a nasze kundlowate stworzenie ciągnęło, wydając przy tym rozmaite dźwięki. Popiskiwanie, poszczekiwania przerodziły się w warkot, brzmiący naprawdę groźnie. Kiedy tylko Anioł warknął Wiedźma nastroszyła się i niewiele myśląc, pełna odwagi z kocim, najdzikszym jazgotem rzuciła się w stronę Anioła. Zesztywniałam ja, zesztywniał i Anioł i kiedy Wiedźma do nas dobiegła, nastroszona i z pazurami w górze, staliśmy jak wryci. Teraz i ona zatrzymała się zdziwiona, żeby po kilku sekundach stwierdzić, że skoro nic mi się jednak nie dzieje, a jej ocena sytacji była mylna, to lepiej znów uciec na schodki. Anioł ruszył w pogoń, myśląc, że kocica chciała upolować jego kość, a jak już go przegoniłam to chwycił kostkę i zwiał z nią daleko poza podwórko, szukając miejsca do zakopania przysmaku. Trudno, skoro kość jest zagrożona, to lepiej ją zakopać i nie dać kotu. Zawołałam go szybko, bo nie po to coś dostaje, żeby to później zakopywać. Przyszedł z unuranym w błocie nosem, ale wciąż z niezakopaną, choć nieco brudną kością. Wiedźma znów bacznie zaczęła go obserwować, jednak tym razem pies stwierdził, że najbezpieczniej będzie skonsumować kość w budzie i co się rzadko zdarza sam wszedł do swojego kojca, odwrócił się do wszystkich ogonem i zaczął chrupać. Kiedy tylko przysiadłam na ławce, Wiedźma natychmiast zaczęła łasić się i miałczeć zaczepliwie. Nie raz bronię ją przed psem, więc jak widać i ona chciała zrobić to dla mnie! Jednak kot jest zdolny do poświęceń.

Pozdrawiam wszystkich i życzę miłego, ciepłego weekendu, dla niektórych może przedłużonego.

piątek, 19 kwietnia 2013

Cudne manowce

Idę sobie. Ot tak sobie idę, po bezdrożach moich kochanych. Wokół mnie fruwa dobry Anioł Stróż, zawadiacko merdając ogonem. Trawy są jeszcze suche, drzewa łyse z ledwie zalążkami pączków, pod krzakami leżą resztki śniegu. Wieje silny wiatr. Wystawiam do niego twarz, spragniona ciepłych podmuchów. Nie czuć w nim zapachu wiosny. Nie czuć woni błota i wilgoci. Czuć w powietrzu lato. Słońce grzeje, pieszcząc moje ramię, które wystaje spod za luźnej bluzki. Przykrótkie spodnie od dresów odsłaniają łydki i szare tenisówki założone na gołe stopy. Włosy mam potargane, a wiatr szarpie je jeszcze mocniej. Nie szkodzi. Przecież i tak nikogo nie spotkam. Czuję się lekka, jak bociany, które przeleciały nad moją głową. Zbiegam z górki na zacienioną drogę. Drzewa cicho szumią, a ptaki przedrzeźniają się nawzajem. Na szczycie między drzewami majaczy nasz dom, który jest nieodłączną częścią krajobrazu, jakby stał tu od zawsze. Podskakuję z uśmiechem i dalej idę sobie, przed siebie. Ot tak!  

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Kraina błotem płynąca


Wreszcie, chociaż bardzo nieśmiało nadeszła wiosna. Przed domem zakwitły krokusy i wyłonił się spod śniegu przebiśnieg, który kwitł już miesiąc temu, ale potem brutalnie zakryła go gruba, biała i zimna kołdra.
Minęły też dwa lata odkąd dostaliśmy klucze od domu i co za tym idzie dwa lata pisania mojego bloga. Kiedy odbieraliśmy chałupkę na Wonnym Wzgórzu w 2011 roku, był bardzo ciepły kwiecień, a drzewa w sadzie usiane były nabrzmiałymi, kwiatowymi pąkami. Teraz do zakwitnięcia drzew z pewnością pozostało jeszcze trochę czasu, a na warstwie zmarzniętej ziemi leży gruba błotna pokrywa. Od kilku dni roztopiony śnieg spływa strumieniami ze wzgórz i często zatrzymuje się na drodze tworząc wielkie kałuże, a nawet bajorka. Na łąkach powylewały rzeczki i stawy, więc mamy z naszego domu widok na jezioro. Rozkrzyczało się też niesamowicie niebo. Klucze gęsi i kaczek gęsto przecinają błękit, zostawiając za sobą wiele hałasu. Studziankowym bocianom też się udało i właśnie wysiadują jaja. Żurawie było słychać już bardzo długo, teraz, kiedy spod śniegu wyłoniły się fragmenty łąk wreszcie i one odbywają swoje majestatyczne spacery, a nawet godowe tańce, które mamy ogromną przyjemność obserwować. Również te mniejsze ptaki przebudziły się nareszcie, a kiedy wychodzi się przed dom słychać cudowną muzykę o nieco połamanym rytmie.
Nadszedł czas porządkowania podwórka, a porządki te zaczęliśmy od drogi i robienia drenaży, które odsączają z niej wodę. Bez drenaży i tak niewiele da się zrobić na podwórku, bo błoto zasysa nam kalosze, a droga jest prawie nieprzejezdna. Po chwili pracy łopatą w dół pociekły potoki, a woda szemrze wokół wzgórza niemal jak górskie strumienie, po których uwielbiałam skakać jako dziecko, jeżdżąc z rodzicami w góry w ciepłych porach roku.
W niedzielę w planach był wyjazd do weterynarza z Piesiem. Kiedy już miastowo ubrani szykowaliśmy się do wyjścia, zadzwonił Piotruś Sąsiad. Ponieważ jeep Piotrka jest lekko uszkodzony, to Piotruś postanowił wyjechać osobowym samochodem, żeby rano po pokonaniu błotnistej części piechotą móc wsiąść do osobówki i pojechać do Olsztyna do pracy. Nie udało się to jednak (przynajmniej nie od razu), ponieważ auto ugrzęzło w błocie nieduży kawałek za Leśną Doliną, w której mieszkają sąsiedzi. Nasza mała terenóweczka dzielna bardzo, ale z wysiłkiem poradziła sobie z wyciągnięciem z błota piotrkowego autka. „Odprowadziliśmy” sąsiada pod miejsce postoju, czyli do Liliowego Domku, do drugiego sąsiada i ruszyliśmy do weterynarza. Piotruś poprosił o podrzucenie drobnych zakupów w drodze powrotnej i z tymi zakupami udało nam się bezpiecznie do sąsiadów dotrzeć.
Problem zaczął się w drodze powrotnej, ponieważ zakopaliśmy się dokładnie w tym samym miejscu, z którego rano wyciągaliśmy Piotrka. Dobrze, że miałam na zmianę kalosze i że je założyłam przed wyjściem z samochodu, ponieważ moje nogi natychmiast zapadły się w bagno. Vitarka wisiała podwoziem na mokrym garbie, a koła zanurzone były w całości w gliniastej mazi i gdyby nie garb, to mogłyby się zanurzyć jeszcze jakieś dziesięć centymetrów głębiej. Tym razem to Piotruś przyjechał rzężącym jeepkiem i zaczęło się wyciąganie, a potem przeciąganie przez tych kilkanaście najgorszych metrów (dalej jest już znośnie). Błoto pryskało wszędzie, a my śmialiśmy się, bo cóż innego pozostało? Przecież niektórzy za taki off road płacą grube pieniądze, a my mamy to za darmo na co dzień. Wreszcie dojechaliśmy szczęśliwie do domu. Było już późno, a kurak czekał na upieczenie, zajęłam się więc szybko obiadem, a dzielny Pana Właściciel Domu przebierał się do spaceru z Aniołem, gdy nagle zadzwonił telefon:
-         Natalia, zakopałem się – to był Piotruś. Kiedy nas wyciągnął i odjechaliśmy to znów zakopał się w tym samym miejscu próbując wrócić do domu. Tym jednak razem nie zakopał się ani samochód osobowy, ani mała terenówka a prawdziwy potwór. Wielki i silny jeep. Tutaj potrzebny był traktor. Uruchomiłam swój telefon, dzwoniąc po ludziach ze wsi. Nikt nie odbierał i nie ma się co dziwić, w końcu to niedzielne popołudnie. Wysłałam więc Pana Właściciela Domu na przejażdżkę po wsi w poszukiwaniu kogoś, kto przypadkiem może mieć traktor (w Studziance ludzie wciąż orają pola za pomocą koni). Nikogo jednak w domu nie było i nikt nie wiedział, kto nie dość że miałby traktor, to jeszcze traktor byłby sprawny, a właściciel mógł prowadzić jakiekolwiek pojazdy choćby po polnych drogach. Dzielny Pan Właściciel Domu znów mało co się nie zakopał w jakimś błotku i dotarł wreszcie do chałupinki, gdzie znalazł oprócz gospodarzy, naszego sąsiada Pana Edka, który jest chodzącą życzliwością i zawsze służy pomocą. Pan Edek przerwał natychmiast sąsiedzkie spotkanie wsiadł w traktor, który też się znalazł u sąsiadów w stodole i pojechał na pomoc Piotrkowi.
Wstawiłam obiad do piekarnika i zbiegłam na przełaj ze wzgórza, zobaczyć co tam się w dolinie święci. Pan Właściciel Domu puścił Anioła, który niemal wskoczył mi na ręce z radości. Jeep stał już na poboczu, a zadowolony Pana Edek, pomachał mi odjeżdżając z powrotem „na gościnkę”, która została przerwana, przez nieoczekiwany przyjazd Pana Właściciela Domu. Na ten dzień wyciąganie się skończyło i mogliśmy wszyscy spokojnie wrócić do swoich siedlisk i zjeść późne obiady, śmiejąc się z farsy, której byliśmy bohaterami. 
Dzisiaj świeci słońce, więc mamy nadzieję, że trochę nasze błota osuszy i pozwoli na bezpieczną jazdę. Słońce i wysoka temperatura to nasza jedyna nadzieja, ponieważ gmina nie kwapi się do naprawienia studziankowych, gminnych przecież dróg, które jak tak dalej pójdzie po prostu przestaną istnieć. Czekam w związku z tym niecierpliwie na odpowiedź na moje pismo, które wysłałam do burmistrza.
Pozdrawiam Was wiosennie i szukam następnych symptomów wiosny, w tej naszej zimnej ostoi, póki co z przyjemnością czytam o wiośnie na Waszych blogach, z cieplejszych rejonów Polski.

środa, 3 kwietnia 2013

Wiosna ach to Ty?!


Nadszedł wreszcie długo oczekiwany dzień przywitania wiosny. Wciąż przed oczami miałam nasze pierwsze witanie wiosny na Wonnym Wzgórzu z przed roku, kiedy było tak ciepło, że spędziliśmy przy ognisku niemal całą noc siedząc bez kurtek.
W tym roku ranek przywitał nas śniegowy, mroźny, ale przynajmniej słoneczny.
Mimo śniegu pogoda była przyjemna i choć impreza była na 15.00 to spędziliśmy na podwórku cały dzień, pozytywnie nastawieni na nadejście wiosny, która (jak nam się wtedy wydawało) czekała tuż za rogiem, siedziała na gałęzi, albo spała zwinięta w którejś z dziupli w starym sadzie, czekając aż wybudzą ją nasze śpiewy.
Skonstruowaliśmy ognisko, które mimo chwilowych narzekań na wilgotne drewno pięknie buchnęło ogniem i przygotowaliśmy Marzannę, skazaną na brutalną śmierć, przez spalenie na stosie (na Warmii Marzannę się raczej paliło, a nie topiło, chociaż nawet gdybyśmy chcieli ją utopić to staw i wszystkie inne zbiorniki w okolicy są zamarznięte). Nasza Marzanna nie grzeszyła urodą, bo z taką niechęcią traktowaliśmy odchodzącą porę roku, że nie byliśmy w stanie przystroić jej we wstążki i piękne suknie. Nasza Marzanna była okropną drapaką, chudą i brzydką. Krzyżak ubrany w starą koszulę, do tego głowa z kapusty, z głupawym namalowanym, bezzębnym uśmiechem, zezem i sterczącymi kudłami z suchych gałęzi. Istne cudo!

od lewej: Pan Właściciel Domu, Marzanna (żeby ktoś ze mną nie pomylił ;-)

Goście oczywiście się spóźniali, piękny stos ogniska zdążył się przewrócić i zacząć wypalać. Nie przeszkadzało nam to jednak świetnie się bawić. Wreszcie zobaczyliśmy powoli posuwające się pod górkę pary z koszami w rękach (droga jest nieprzejezdna, więc goście zaparkowali autka u szczytu góry, pod naszym starym krzyżem). Choć spodziewałam się bardzo skromnego grona, to jednak nie doceniłam moich drogich znajomych, bo pogoda ich nie wystraszyła. Pod górkę podążali: Beatka z Pawłem (koleżanka z klasy z liceum, która niedawno organizowała mój wernisaż), oraz sąsiedzi: Iza i Adam z Liliowego Domku z brzegu wsi, Ala i Marek z Frączek, a także już samochodem (bo terenowy) Kasia i Piotruś z Leśnej Doliny. Chwilę później dotarła moja Mała Sylwia od Starych Mebli, wraz ze swoim szefem Rafałem od Zabytków. Mimo śniegu, wokół na chwilę zapanowała wiosna, bo każdy przynosił jakiś zielony, wiosenny element. Goście po raz kolejny źle odebrali posiadanie wiosennego gadżetu i przynieśli kwiatki (no może z wyjątkiem naszych najbliższych sąsiadów z dolinki, którzy mieli wesołe kapelusze) i choć kwiatki były cudne i uwielbiam wszystko co kwitnie, to  w zaproszeniach w przyszłym roku napiszę, że gadżet należy mieć na sobie, żebyśmy znów z mężem nie byli jedynymi dziwnie wyglądającymi z biedronkami, czy tulipanami we włosach i na ciuchach

Część naszej grupy: Marek, Ala, Beata, Syliwa, niżej Szczęściarz i Kasia, potem ja w czerwonej kurtce Pana Właściciela Domu, za mną kawałek Adama, Pan Właściciel Domu, Piotruś i Iza ;-)


Adam upiekł kiełbaski dla wszystkich za jednym zamachem ;-)



Marek i Piotruś z kobitą ;-)




Stół zaczął się uginać od pysznych przysmaków, wszyscy więc zaczęli jeść i popijać. Potem już tylko kiełbaski, gorący bigos, i palimy maszkarę! Zezowate, zimowe pyszczydło od razu poszło z dymem, a w powietrzu uniósł się zapach gotowanej kapusty. Zimno się zrobiło, bo słońce chowało się już za lasem, ognisko wedle oczekiwań przeniosło się więc do domu. Szybko podłożyliśmy ogień w kominku, potrawy wylądowały na domowym stole, znalazły się też talerzyki, kieliszki, szklanki i wszystko czego akurat potrzebowaliśmy. Ala wpadła na pomysł żeby kanapę dosunąć do stołu, tak że cała wcale nie parszywa trzynastka zmieściła się przy stole. Wtedy zaczęliśmy przywoływać wiosnę głośnym śpiewem, przy akompaniamencie cudnej markowej gitary ;-) Marek grał piosenki Okudżawy, Czerwonego Tulipana i wiele innych fantastycznych pieśni znanych nam i nie znanych, a także trochę szlagierów do wspólnego śpiewania. Niestety nasz śpiew nie dotarł poza grube ściany domu i nasza wyczekana, wytęskniona Wiosenka nie obudziła się i nie wyszła z dziupli, żeby bawić się razem z nami i śpi tam do dziś, chociaż ptaki krzyczą tak głośno, jak tylko potrafią żeby nie dać jej dłużej spać. Chyba trzeba jakiegoś ropucha księcia, żeby obudził królewnę pocałunkiem, czy jak tam to było w tej bajce?
W każdym razie goście się rozeszli, a my wraz z Sylwią, Rafałem i Rafała kierowcą przywoływaliśmy na daremno tę Wiosnę w otoczeniu kwiatów, cukrowych baranków, lizaków w przeróżnych kształtach i leżących potem już wszędzie biletów do cyrku ( Szalony Rafał przywiózł takie różne dziwne rzeczy),

Pozdrawiam wszystkich cieplutko i wiosennie i mam nadzieję, że na przyszłe przywitanie wiosny może i ktoś z Was się do nas wybierze, mimo odległości!

Nasz przyjaciel Rogaś, który stołuje się u nas dwa razy dziennie i już prawie się nie boi. Szczęściarz chodzi obok niego, a Rogaś nic. Dokarmiajcie zwierzęta w tę okropną zimę.


PS. Na święta pojechaliśmy do moich rodziców, tymczasem wzgórze tak nam zasypało, że nie mogliśmy z tych świąt wrócić.