środa, 17 sierpnia 2011

Najważniejsza Data

I znów pojechaliśmy troszkę powojować, pooglądać, poodpoczywać, trafiliśmy na jarmark do Gdańska i do Stegny (bo tam nad morze od nas najbliżej), do rodziców, potem na dwa dni do domu i pracy i  znów czas jechać z naszych łąk i lasów nad jezioro rodziców, gdzie czeka nas kajak, słońce (mam nadzieję!) i koncert naszych cudownych przyjaciół z EKT - Gdynia!
Podczas pobytu u rodziców postanowilismy, że czas najwyższy ustalić pewną ważną datę, do czego zresztą zbieraliśmy się od dłuższego czasu.
Wszyscy mieszkańcy wsi mówili, że z księdzem się nie dogadam.
Ja bym miała niedogadać się z księdzem? A niby dlaczego? Jak będę miła i sympatyczna, to dlaczego miałoby coś pójść nie tak?
A JEDNAK. MIELI RACJĘ! Dowiedziałam się, że moja parafia nie jest moją parafią, bo mnie ksiądz nie zna. Tłumaczyłam, że mieszkam gdzie indziej, ale ślub chciałabym wziąć tam gdzie najbliżsi...
"Pani jest głucha, czy pani nie rozumie co się do pani mówi?" - usłyszałam w odpowiedzi. No cóż... Bóg zapłać! Wróciliśmy do domu i zaczeły się poszukiwania innego księdza, innej parafii i innego, ale równie pięknego kościoła. Choć pewnie powiecie, że kościół nie jest ważny, to ja i tak odpowiem, że dla mnie jest. Te nowe nie maja duszy, nie są tak mistyczne, jak te stare, w których miłość przysięgało sobie tysiące par. Tamten jest gotycki z drewnianą wieżą, malutki, wiejski, skromny... Gdzieś w okolicy musi być chociaż jeszcze jeden właśnie taki! Tylko gdzie? Tamtejsze wioski znam jak własną kieszeń, nie na darmo zjeździłam je wzdłuż i wszerz z aparatem, ale tak na zawołanie to pustka w głowie. Dawno nie widziałam tych domków, domeczków, lasów, starych drzew oraz kaplic i kościółków w nich ukrytych, więc od czego jest internet? Cały dzień pracy spędziłam na poszukiwaniach, oczywiście na nic się nie nastawiając, bo jak znów nie dogadam się z Panem na Zamku? Pod lupę poszły dwa kościoły. Parafialny w Borecznie i filialny w Gałdowie, z parafią w Ząbrowie. Ten w Gałdowie jest cudny, bo drewniany, z murowaną wieżą (jego jedyną wadą jest blachodachówka, ale to jakoś przeżyję ;-). W Borecznie... Nie ma co pisać o pięknym Borecznie, bo telefon od dwóch dni jest tam głuchy. W Ząbrowie natomiast odebrała gospodyni, która powiedziała, że ksiądz pojechał gdzieś motorem i wróci za kilka dni, dała mi jednak numer na komórkę, prosząc, żebym nie dzwoniła przed wieczorem, bo jeszcze się gdzieś na tym motorze rozbije i żebym trzymała kciuki, aby dojechał cały. Pani od razu wzbudziła moją sympatię, no i ksiądz jeżdżący na motorze też ;-)
Zadzwoniłam i usłyszałam: "Nie ma sprawy, spoko. Tylko mi się pani jeszcze przypomni. To jesteśmy umówieni w sobotę na 19. To narazicho!" Narazicho? No to "do zoba!" - hehe, trzymajcie kciuki, bo choć to tylko zwykłe ustalenie daty, to będzie to dla nas najważniejsza data w życiu, a następny rok będę Was pewnie zanudzać różnymi przygotowaniami do prawdziwie wiejskiego weselicha, jakie sobie wymarzyliśmy...

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

no to przyłączam się do zabawy!

7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie...

1. Z wykształcenia jestem ceramikiem.
2. Również nie mam prawa jazdy i zbieram się żeby je zrobić, bo chyba nie mam wyjścia.
3. Moim niespełnionym marzeniem jest śpiewanie i szkoła aktorska, ale nie da się złapać wszystkich srok za ogon, kiedy bywałam na scenie (oczywiście amatorskiej) w liceum, czy na studiach, a ludzie śmiali się z moich wygłupów to dostawałam niesamowity zastrzyk energii i czułam się spełniona.
4. Myślę o sobie, że mam dobry gust, ale właściwie tylko ja tak uważam. Jestem postrzegana jako dziwaczka, a przyjaciele twierdzą, że powinnam urodzić się sto lat temu.
5. Chciałabym mieć kozy, kury i konie (jeżdżę konno od 6 roku życia, więc już 18 lat).
6. Pan Właściciel Domu jest ode mnie starszy 12 lat i nie znoszę jak jego znajomi traktują mnie niepoważnie, a może tylko mi się wydaje?
7. Kocham wszystkie zwierzęta, ich krzywda porusza mnie bardziej niż krzywda ludzi (bo one nie wiedzą, czemu im się ta krzywda dzieje, nie są świadome, dlaczego coś je boli itd.) dlatego udzielam się w różnych organizacjach i w schronisku dla zwierząt, szukam domu dla biedaków, zbieram karmę i robię zdjęcia do działu "adoptuj mnie" do gazety w gminie moich rodziców, więc jeśli poszukujecie jakiegoś zwierza, to ja go dla Was znajdę! ;-)

Co do moich ulubionych blogów, to są to wszystkie, które mam w obserwowanych.
Podziwiam tych, którzy podróżują i opisują swoje cudne przygody, tych, którzy tryskają humorem, tych, którzy pięknie piszą o swojej rodzinie i cudnych miejscach w jakich żyją, tych którzy tworzą... Nie jestem w stanie wybrać ulubionych blogów i kogoś pominąć. Wyróżniam Was wszystkich i dziękuję za sympatyczne przyjęcie do grona blogowiczów, jestem tu w końcu od niedawna!

A na koniec jeszcze raz Wiedźma i Miejski Pies.


Miejski Pies siedzi sobie na parapecie. Jest niskopodwoziowy, więc lubi czasem popatrzeć na świat z góry, drapie w nogi i prosi żeby go wsadzić na parapet. Z tyłu obserwuje go Wiedźma siedząca na stole.

Wiedźma mróży oczy, jest zła - zauważyła Miejskiego Psa, swojego wroga.

Miejski Pies zauważył Wiedźmę, a ta powiedziała mu, że go nie lubi.

Miejskiemu Psu zrobiło się smutno i włożył ogonek do popielniczki.

piątek, 5 sierpnia 2011

Tutuł: Historia Wiedźmy z nami w tle.

Podtytuł: "Pies ma pana, kot ma personel" czyli opowieść o kocie, który swój personel sam sobie znalazł.


Wiedźma pojawiła się ponad dwa lata temu. Przyszła i powiedziała: "Cześć, będę tu teraz mieszkać!". Mieszkałam wtedy w centrum Olsztyna w bloku, który nazywany był nie tylko przeze mnie, ale i przez innych mieszkańców miasta Slamsem, prawdopodobnie ze względu na urodę swoją i zamieszkujących go mieszkańców, wśród których się znalazłam. Zaczynałam wtedy poznawać lepiej przyszłego Pana Właściciela Domu, który często spędzał w mojej malutkiej, ale przytulnej kawalerce sporo czasu. Pewnego dnia wychodząc na spotkanie do naszej ulubionej knajpki, w której poznaliśmy się kilka miesięcy wcześniej pod drzwiami usłyszałam rozpaczliwe "Miaaaałłłł", otworzyłam drzwi i TOTO wbiegło do pokoju. Zaczęłam gorączkowo szukać, bo gdzieś się schowało, jednak nie znalazłam, a że drzwi na długi blokowy korytarz zostawiłam otwarte stwierdziłam, że wybiegło.
Wróciliśmy w nocy. Miałam dziwne przeczucie, że czarna kupka nieszczęścia gdzieś jednak na moich dwudziestu metrach się ukryła. Tylko gdzie? Zajrzałam za łóżko. "Coś tam jest" - zawołałam zaaferowana. On stwierdził jednak, że to jakaś moja czarna bluzka, która musiała niechcący za ów łóżko wpaść. "Nie chcę nic sugerować, ale ta bluzka się rusza" - zauważyłam. Kulka przesunęła się tak, że mogłam ją dosięgnąć, jednak kiedy włożyłam rękę pod mebel usłyszałam: "wrrrrrr", połączone z prychaniem. No tak! Czytało się "Małego Księcia". Najpierw trzeba było istotę oswoić. Nie była to pora na kupowanie kociego jedzenia, wyjęłam więc z lodówki najlepsze kąski i ułożyłam "dróżkę", prowadzącą spod łóżka, mając nadzieję, że TOTO wyjdzie. Oswojenie przez przekupstwo! Cwaniactwo jednak okazało się wrodzoną cechą Wiedźmy. Spod łóżka wysunęła się tylko mała łapka z pazurkami, wciągnęła szynkę i znów się schowała. Dopiero za piątym razem, kiedy "szynkowa ścieżka" prowadziła już na tyle daleko, że czarna łapka mimo usilnych starań nie sięgała i kiedy przestaliśmy pozornie zwracać uwagę TOTO wysunęło się spod kanapy i rzuciło łapczywie na wędlinę. Było czarne, ale sierści za wiele nie miało. Raczej strupy i łyse miejsca, odsłaniające szarawą skórę. Istotka ta byłaby świetnym materiałem do nauki biologi, z daleka bowiem  można było policzyć wszystkie kręgi i żebra. Nigdy nie widzieliśmy tak chudego kota i zaczęliśmy zastanawiać się, czy to aby na pewno jest kot? Stworzenie okazało się jednak kotem i to bardzo gadatliwym, albo nawet jęczącym, bardzo głośno oznajmiało, że czegoś chce, nie obchodziło go w ogóle, że nie znamy akurat tego języka. Nie chciało TOTO zagrzać miejsca na dłużej. Stawało pod drzwiami i miauczało, że chce wyjść, a potem wracało pod drzwi mieszkania i znów miauczało (na piętrze było koło dwudziestu mieszkań, a TOTO wiedziało za którymi drzwiami ma miskę). Bywało, że nie przychodziło przez dłuższy czas, a my już żegnaliśmy TOTO ze łzami w oczach. Raz nawet zniknęło na kilka tygodni, w tym czasie przyszły Pan Właściciel Domu pojechał pierwszy raz poznać moich rodziców, zostawiliśmy na wszelki wypadek miskę i wodę pod drzwiami. Kiedy wróciliśmy stworzenia nadal nie było, miska pełna, a sąsiadka powiedziała, że widziała TOTO przejechane. Któregoś wieczoru, kiedy już oddałam zakupioną kocią karmę znów usłyszałam rozpaczliwe MIAŁŁŁ  pod drzwiami. Serce zabiło mi mocniej. Znów kupka nieszczęścia siedziała na progu, a szyje miała oberwaną i obdrapaną, jakby ktoś trzymał ją na jakimś sznurze. Znów, ku swojej uciesze jadła szynkę.
Teraz postanowiła zostać na dobre.
Piękniała z każdym dniem. Tyła, poprawiało się jej futerko. Odprowadzała mnie na przystanek kiedy jechałam na zajęcia i żegnała rozpaczliwym miauczeniem, a właściwie darciem mordki, tak, że wszyscy się śmiali. Przyznam się, że parę razy zostałam w domu, bo było mi jej żal...
Najszczęśliwsza była, kiedy wychodziłam na podwórko razem z nią. Spacerowała wtedy dumna, wiedząc, że nic się jej nie stanie.
Wieczorami wołałam ją już po imieniu, a ona biegła, mało co nóg nie pogubiła. Sąsiedzi siedzący jak zwykle z Winem marki Wino na schodach bloku zaczęli nazywać Wiedźma, nie tylko ją, ale i mnie.
Kiedy nie wracała wieczorem, a w nocy bała się wejść do bloku, którego drzwi okupowali jego nietrzeźwi mieszkańcy stawała pod oknem (dokładnie wiedziała, które okno, a nie mieszkałam na parterze) i darła się wniebogłosy. Musiałam wtedy nieraz w środku nocy ubierać się i schodzić po Wiedźmę.
Stała się też podróżniczką. Często jeździłam do rodziców, nauczyła się więc podróżować samochodem i pociągiem, bardzo lubiła wychodzić z kosza i patrzeć przez szybę, dziwiąc się, że tak szybko biegnie. W pociągach budziła zachwyt i sympatię swoją czarną, jak sadza sierścią, a ja zauwazyłam, że zabobon o czarnych kotach już dawno umarł.
Kiedy życie zmusiło mnie do wprowadzenia się do przyszłego Pana Właściciela Domu i mojego aktualnego narzeczonego (zmusiło, brzmi strasznie, ale to nie były najmilsze okoliczności) Wiedźma musiała pojechać na stałe do rodziców, ponieważ w mieszkaniu mieszkał już Miejski Pies. U rodziców mamy pokój z oddzielnym wejściem, kuchnią i łazienką i ten właśnie luksus należał teraz do Wiedźmy. Nie mogła zamieszkać w części domu rodziców, ze względu na ich dwa koty Fridę i (świętej już pamięci) Tofika bez łapy, oraz (również świętej pamięci) suczkę Bertę - amstafkę, opiekunkę kotów, a także swój wredny, wiedźmowaty charakterek, ponieważ Wiedźma jest bardzo agresywna w stosunku do wszystkich innych zwierząt. Biedaczka była bardzo samotna. Latem spędzaliśmy z nią dużo czasu, jednak zimą, kiedy mieliśmy zajęcia na uczelni czasu na przyjazdy brakowało. Kiedy jednak wpadaliśmy do jej luksusowego pokoju (który kot ma swoje prywatne czterdziesto-metrowe mieszkanie?) widzieliśmy, że jest na nas zła, a jednocześnie cieszy się z naszej wizyty. Wiedźma sterroryzowała całe podwórko, koty rodziców (mimo, że większe od niej) bały się wychodzić i tak minął ponad rok, a ona marniała... Kiedy przyjeżdżaliśmy wydawała się nam chudsza i biedniejsza, rodzice sugerowali mi nawet, żeby znaleźć jej lepszy dom... Nie zgodziłam się. Jak ludzie chcą wziąć kota, to niech wezmą bardziej cierpiącego, ona aż tak źle nie miała, chociaż przykro mi było ją zostawiać na kolejny miesiąc samą po tych dwóch łikendowych nocach...
Kiedy staliśmy się dumnymi właścicielami domu było jasne, że Wiedźma musi przeprowadzić się z nami, nie tylko z powodu strachu przed myszami. Przyjechała zanim jeszcze pojawił się Miejski Pies. Nowy dom zaakceptowała od razu. W naszej sypialni ma swój azyl - Miejski Pies nie ma tam wstępu. Chodzi z nami na spacery do lasu i do sklepu wiejskiego ( w tym drugim przypadku połowę drogi - 1 km, muszę ją nieść na rękach, bo boi się psów i kotów ze wsi). Wiedźma jest wredna. Jak coś się jej nie podoba to gryzie, ale odkąd codziennie jesteśmy przy niej staje się jakby spokojniejsza. Znów zaczęła podróżować z nami samochodem, kiedy jedziemy do rodziców. Wchodzi i wychodzi przez okno. Reaguje na widok butelki z mlekiem miauczeniem. Skacze na nogi otwierającego lodówkę, bo liczy że lodówkę otwiera się, żeby dać jej mleka - uwielbia nabiał wszelkiego rodzaju.
Od jakiegoś czasu w naszej sypialni czuć było obrzydliwy zapach. Wiedźma załatwia się na podwórku, więc to nie jakaś kuweta, zresztą zapach był inny. Raz przechodził, innym razem czuć go było mocniej. Przeszukiwaliśmy pokój kilkakrotnie, raz wyrzuciłam coś dziwnego, nieznanego pochodzenia, co śmierdziało - zapach ustał, po kilku dniach jednak powrócił. Stwierdziliśmy, że to chyba nie było tamto, nie domyślając się, że źródeł smrodu może być kilka. W końcu zaczęliśmy się godzić ze smrodem, stwierdzając, że to stary dom i stara podłoga, którą jednak będzie trzeba zerwać, a ja rozpylałam po pokoju różne zapaszki. Pewnego dnia Pan Właściciel Domu wyczuł pod dywanem zgrubienie i następne... Wiedźma bardzo chciała się nam odwdzięczyć, że daliśmy jej nowy dom i zostawiła nam prezenty, zapasy na zimę, gdyby nasza i tak nienajlepsza sytuacja finansowa nagle się pogorszyła. Pod dywanikiem leżały zdechłe, w różnym stanie rozkładu myszki (wstrętna morderczyni!) Podczas pierwszego ataku smrodku podnosiliśmy dywanik, ale nic tam nie było... Następną znaleźliśmy kilka dni później pod materacem (nie mamy jeszcze łóżka). Miał być dom bez myszy, a tymczasem jest z martwymi myszami. Teraz nie zostawiamy na oścież otwartych okien, a kiedy Wiedźma idzie na polowanie daje nam znać miauczeniem, że chce wyjść. Pokój się wietrzy, ale zapaszek jeszcze trochę czuć. Pan Właściciel Domu kupił Wiedźmie w nagrodę za tak obfite łowy (biedne stworzonka!) koszyk - nowy domek. Kicia jest zachwycona i ciągle w nim śpi, nie skacze więc już nocami po meblach szukając dobrego legowiska i nie układa się na materacu między nami (czego akurat żałujemy, bo było to bardzo miłe). Kiedy jesteśmy z nią w domu jej życie polega na przychodzeniu się pieścić do łóżka na kilka minutek, potem do miski i znów do łóżka! Szczęściara!
Taka właśnie jest historia Wiedźmy z nami w tle. Mamy nadzieję, że będzie żyła długo i szczęśliwie z nami w tle i że będziemy jej dobrze służyć i spełniać jej najbardziej wygórowane wymagania i zachcianki!





Dziękuję bardzo za blogowe wyróżnienie, które jest dla mnie tym bardziej ważne i miłe, bo jestem początkującą blogowiczką, z tego też powodu nie bardzo wiem o co chodzi w tej grze i czy jeszcze jest aktualna? Muszę napisać 7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie i wypisać moje ulubione blogi?
Jak ktoś mi podpowie, to chętnie się pobawię, chyba że już po zabawie? Nie było mnie tu ponad tydzień, więc nie jestem na czasie.
Pozdrawiam szczególnie tych, którzy przebrnęli przez moje wiedźmowe wywody.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Coś dziwnego dzieje się z tą pogodą. Deszcz - słońce - ulewa - słońce - deszcz.. i tak ciągle. Denerwuje mnie to strasznie, bo wszystkie nasze plany walą się przez pogodę. Kiedy musimy jechać do pracy to akurat jest piękne słońce, więc następnego dnia, jak już mamy wolne planujemy ogrodowe prace i co? Akurat pada deszcz! Jeszcze nigdy latem nie byłam taka blada i jeszcze nigdy tak mało nie pływałam w jeziorze (jestem wodnym człowiekiem i nie mogę żyć bez pływania, tak kocham zapach wody!).

W czasie deszczu nie tylko dzieci się nudzą, ale ja również. Chociaż troszkę takie duże dziecko ze mnie. Jestem uparta, lubię stawiać na swoim i złoszczę się jak coś nie jest po mojej myśli. Lubię też bardzo kiedy Cudowny Pan Właściciel Domu spełnia moje zachcianki, takie jak np. wycieczka nad jezioro, nawet w deszcz, bo chcę i już, jak dziecko (liczę, że to przeczyta! ;-).

Jednak są chwile, kiedy naprawdę nie mam w co się bawić. Zaszywam się wtedy w kuchni, włączam ulubioną muzykę (ostatnio bardzo często jest to Federacja, kto nie zna to polecam!), gotuję i piekę. Bardzo lubię obdarowywać rodzinę i przyjaciół drobnymi słodkościami i choć sama nie przepadam za słodyczami, to w moim otoczeniu jest sporo łasuchów.

W niedzielę pojechaliśmy na obiad do Dziadków Pana Właściciela Domu. Jacy to cudowni ludzie! Zawsze kiedy ich widzę, w mojej głowie otwierają się szufladki dalekich wspomnień. Ja nie pamiętam właściwie swoich dziadków, zmarli kiedy nie było mnie jeszcze na świecie, albo kiedy byłam małym dzieckiem, wszystko jest jak przez mgłę i czasem nie wiem, czy to zdjęcia i opowieści rodziców i starszego brata, czy coś zostało w mojej własnej pamięci. Pamiętam za to Prababcię Antoninę, która przeżyła wiele osób w rodzinie i do ostatnich swoich chwil myślała zupełnie trzeźwo. Znała się na polityce i wyklęła (na bardzo krótko) jedną ze swoich córek, za zły wybór prezydenta. Zawsze musiała być umalowana, bo mówiła, że żadnemu chłopu się nie pokaże bez makijażu, a kiedy moja mama była mała to "krzyżowała" ją i jej kolegów z podwórka za karę do podłogi. To "krzyżowanie" pewnie odcisnęło się w pamięci nie jednego dziecka z Ostródy, kiedy bowiem takowe  narozrabiało, babcia kazała się kłaść na podłodze, krzycząc, że ukrzyżuje i szukała młotka i gwoździ po domu. Kiedy znalazła gwoździe, to przymierzała do ręki, czy będą pasować, ale nigdy nie mogła znaleźć młotka, kiedy natomiast miała młotek to wymachiwała w powietrzu, sprawdzając, czy dobrze będzie się nim delikwenta do podłogi przybijać. Nie mogła jednak wtenczas znaleźć gwoździ i dzieciaki miały darowane.
Kiedy ja byłam dzieckiem babcia była już łagodną starszą panią, ani jej w głowie było krzyżowanie. Nosiła chusteczkę na głowie, mówiła do mnie "moje serce", przygotowywała mi budyniek i prosiła żeby nalać jej "lufę koniaku" i podać fifkę i papieroski z szuflady (paliła do ostatnich dni, miała ponad 90 lat!). Kiedyś nawet pan doktor w szpitalu zapytał się jej o receptę na długowieczność (babcia leżała na dermatologi, nic innego jej nie było), babcia z umalowanymi brwiami i ustami odparła: "Panie doktorze, całe życie piłam wódkę, całe życie paliłam papierosy, tylko seksu miałam za mało i teraz żałuję" - miała wtedy 90 lat, ja może z 12...
W mieszkanku babci w Ostródzie wisiał jej portret, kiedy była piękna i młoda. Kiedyś babcia zapytała mamy, co chciałaby mieć na pamiątkę po niej i mama właśnie chciała ten portret. Po śmierci babci portret zabrała Cioteczka Dżili i nie chciała nam oddać. Mama pożyczyła portret żeby go odbić, a ja podmieniłam obrazki  i oddałam cioteczce odbitkę. Nawet się nie zorientowała. Teraz portret wisi na ścianie na Wonnym Wzgórzu, obok znalezionego portretu babci Pana Właściciela Domu. Wcale nie żałuję drobnego oszustwa. Tak się rozpisałam o cudownej babci... Można by o niej książkę napisać i to taką z samymi anegdotami.
Nie miałam  w moim życiu, szczególnie tym nastoletnim i dorosłym kontaktu ze starszymi ludźmi, dlatego taką przyjemność i radość sprawiają mi spotkania z dziadkami Pana Właściciela Domu. Od kiedy w Wigilię 2010 na moim palcu wylądował mały, błyszczący klejnocik, dziadkowie stali się też moimi dziadkami i to dla mnie ogromny zaszczyt tak się do nich zwracać. Dziadkowie są już ponad 60 lat po ślubie i wciąż kochają się tak samo. Dziadek to wciąż młody, silny mężczyzna i dba o babcię, która troszkę podupadła na zdrowiu, jak najlepsza pielęgniarka. Niesamowite jest z jaką czułością i delikatnością pomaga jej wstać, czy wkłada jej kosmyk włosów za ucho... Piękna miłość! W takich chwilach wiem, że moje dziecinne marzenia o romantycznej miłości to była sterta bzdur, bo najbardziej romantyczne są codzienne chwile. Wspólne gotowanie, spacer, podróż samochodem, wybieranie wody z piwnicy, zasypianie i drobny całus na dobranoc, schowanie kosmyka włosów za ucho...

krzesła z piwnicy ze starego mieszkania, które przemalowałam i dałam im nowe obicia. Na razie muszą być, może kiedyś kupimy jakieś na starociach.

ciasto ze śliwkami dla dziadków

banany nie z naszego sadu ;-)

polne kwiaty najpiękniesze!

pierwszy raz w życiu piekłam drożdżowe rogaliki i w ogóle jakiekolwiek rogaliki. Są z dżemem truskawkowym roboty mojej mamy, więc rogaliki to wspólnie dzieło, mimo że dzieli nas ponad 100 km.

Nie miałam w co zapakować rogalików dla dziadków, więc zapakowałam w papier śniadaniowy i troszkę przyozdobiłam.

taki obrus przysłała mi internetowa znajoma. Niesamowite, że są tacy ludzie, którzy chcą się zupełnie bezinteresownie dzielić czymś co mają...


A we czwartek dziadkowie wreszcie odwiedzą nas i zobaczą jak sobie radzimy na Wonnym Wzgórzu i spełniamy ich marzenia. Marzenia ludzi ze wsi, zamkniętych w blokowisku. Muszę wymyślić coś pysznego, ma ktoś jakiś ciekawy przepis?

czwartek, 21 lipca 2011

Uratowani

Po burzy zawsze przychodzi słońce, tak było i tym razem...

Przyjechał pan fachowiec. Ze strachu uciekłam z psem na spacer. Wróciłam kiedy Dzielny Pan Właściciel Domu szykował się do wyjazdu do Jezioran po jakieś złączki, a źródło problemu było częściowo odnalezione. Żeby znów uniknąć stresów pojechałam na przejażdżkę do hurtowni, podziwiając po drodze piękne warmińskie widoki (a naprawdę jest co oglądać!). Kręte drogi, pagórki i wzgórza, niemal jak w górach, w dolinkach zapomniane, ukryte wsie, przydrożne krzyże i kapliczki przy niemal każdym zakręcie. Jeziorany to natomiast niezwykle urocze miasteczko, w którym zresztą podobno kręcono serial "Miasteczko". Urzekła mnie architektura kamieniczek i małych domków z XIX i początku XX wieku, a w środku piękny gotycki kościół.
Urzekła mnie również hurtownia, w której na ścianie wisiała goła pani, na blacie, przy kasie leżał worek świeżych ryb i jeszcze jakiś pełen kości, a kupić w ów hurtowni można wszystko: od deski sedesowej, poprzez obudowę kominka, kable, złączki, kalosze, grabie, a kończąc na piwie, które niestety nie było w cenach hurtowych. Wybór zatowarowania z pewnością był uzasadniony, co dało się zauważyć przez jakieś 10 minut spędzonych w sklepie. Przed nami stała spora kolejka, a każdy z panów oprócz potrzebnych sprzętów brał jeszcze zestaw małego budowniczego, małego majstra, małego montera, czy nawet małego rybaka (nazwa zestawu zależna od kupowanych produktów głównych). "A do tych żyłek jeszcze 10 Specjali poproszę" - powiedział pan od zestawu małego rybaka. "I jeszcze 3 Lechy w puszce" - to był budowniczy. Postanowiłam nie być gorsza i skorzystać z tego, że nie mam prawa jazdy. "Jeszcze 10... lepów na muchy i jedno piwko" - wzięłam typowo babskie piwo o cytrusowym smaku ( nie robię reklamy :-), pani z za lady uśmiechnęła się do mnie szeroko i zwróciła się do koleżanki "Widzisz Mariolka pani pije żółte, a my tylko zielone", po czym wyciągnęły przeźroczyste kubeczki z bombelkującym napitkiem (ciekawe co w nic było?), lekko stuknęły jeden o drugi, wzięły po łyku i roześmiały się głośno (co za przemiła atmosfera pracy!). Pani (nie Mariolka) znów przesympatycznie zapytała: "zapakować pani, czy weźmie pani na drogę?". Oczywiście, że chciałam wziąć na drogę.
Po powrocie okazało się, że przeciek odnaleziony, nie trzeba nic kuć i zaraz będzie wszystko działać.
Pan Fachowiec, ze swoim pomocnikiem podłączyli nam jeszcze prąd w sypialni (żeby wreszcie móc czytać w łóżku), przymocowali w części kuchennej ludową półeczkę, którą znalazłam w stodole, poprzywieszali ozdobne talerze, z których dwa się niestety pobiły, powiesili portret babci Pana Właściciela Domu, (który znalazłam w "rzeczach z piwnicy" - ze starego mieszkania i oczyściłam z pleśni - niech babcia czuwa),zjedli obiad i pojechali.
Parno się zrobiło, gorąco, wilgotno, a pod sam wieczór także pochmurno.
Jedyna rzecz jaką oglądam w telewizji to wiadomości i w tym momencie zaczęłam żałować, że je oglądam, bo widziałam te wszystkie zalane domy, pozrywane dachy i pozwalane drzewa - skutki nawałnic w naszym kraju.
(Jedynie zalanie nam nie grozi, bo z góry wszystko ścieka.)

Teraz nawałnica docierała do nas. Widzieliśmy przez okno jak idzie deszcz. Lało już w dolinie, a kilka sekund później, za stodołą, jeszcze kilka sekund później w sadzie i wreszcie walnęło w dom. Staliśmy w oknie obserwując jak nasze stare drzewa walczą z wiatrem, a ich pnie i gałęzie schylają się pod jego naciskiem niemal dotykając ziemi. Przez płynące po szybie krople stodoła wyglądała jakby kołysała się wraz z podmuchami (stodoła jest w opłakanym stanie i potrzebuje rozbiórki, lub generalnego remontu), czekałam tylko aż wiatr zacznie unosić i rozrzucać w okolicy jej części - dachówki i deski. Co chwilę całe Wzgórze rozjaśniało się do białości. Nasz miejski pies, który nie boi się burzy, tym razem również kręcił się z niepokojem - to nie to samo co burze w mieście. Nami również potrząsały huki tak głośne, jakby dochodziły z zaświatów. Tylko Wiedźma spała spokojnie na szafie i zdawała się w ogóle nie wiedzieć co dzieje się za oknem, a może świetnie wiedziała i nawet jej się to podobało? Koty są dziwne, szczególnie te czarne...
Babcia wyciągnięta z piwnicy tym razem czuwała nad nami. Burza zeszła w dół, widzieliśmy jak pobliskie jezioro ściąga pioruny, które co chwilę jak laser cięły granatową, gęstą maź.

Po burzy zawsze przychodzi słońce, tak było i tej nocy.
Poranek obudził nas ćwierkaniem ptaków i wodą w piwnicy (tym razem na wszelki wypadek wyłączyliśmy na noc pechowy, piwniczny sprzęt). Wiedźma przeciągała się na parapecie w plamie słońca. Nocny wiatr tak mocno wcisnął drzwi, że nie mogliśmy ich otworzyć. Kiedy się wreszcie udało do sieni wpadły ciepłe promienie. Cała okolica iskrzyła się od światła odbijanego w kroplach. Na krzaku przed domem czerwieniły się kolejne, słodkie maliny, aż rażąc nas w oczy intensywnością swojego koloru. Kto by pomyślał, że to krajobraz po bitwie stoczonej w nocy przez pogodę?

wtorek, 19 lipca 2011

Czarne chmury nad Wonnym Wzgórzem

Nasz Dom pokazał nam swoje pazury... No cóż, nikt nie obiecywał, że będzie różowo, ale czemu wszystko na raz? Czwartkowy poranek obudził nas grzmotami i strugami deszczu. Wzgórze poryły dziesiątki płynących zmarszczek, tworzących u jego podnóża rwący potok. Diagnoza była jednoznaczna. Z wyjazdu nici. Kiedy tylko troszkę zelżało Dzielny Pan Właściciel Domu zabrał się za wybieranie wody ze studni, która niestety, choć głęboka na 80 metrów nie jest ideałem... Ja natomiast jak zwykle zaszyłam się w kuchni gotując i piekąc coś na poprawę humoru. Kiedy Pan Właściciel Domu pojechał na zakupy, ja poszłam z psem na spacer, a ponieważ błocka co nie miara postanowiłam wsadzić nasze białe cudo pod prysznic, bo toto jest nisko podwoziowe i całe brudne było. Odkręcam kurek i co? "AAAAAA" - prysznic wybuchł. Normalnie wziął i wybuchł, kurek się złamał i pryska po całej łazience. Mokra starałam się go wcisnąć na miejsce i troszkę się jakby udawało. Dzwonię do Pana Właściciela Domu, z pytaniem: "gdzie u licha zakręca się wodę w piwnicy?!" - Nie ma zasięgu! Kiedy już ociekałam wodą (trwało to już jakieś 20 minut), wreszcie udało się dodzwonić i zakręcić wodę, ale kurka nie naprawiłam, jak nic złamany! Prawdziwa jednak niespodzianka nadeszła wieczorem, kiedy to okazało się, że trzasnął prąd. Po zabawie z korkami doszliśmy do wniosku, że epicentrum problemu znajduje się w piwnicy. W piwnicy są podłączenia wszystkich ważniejszych sprzętów, zostaliśmy więc bez wody, bo tam również znajdowały się kable od pompy...
Rano mina zrzedła nam jeszcze bardziej, kiedy przyjechał fachowiec, poodłączał wszystko i stwierdził, że ów pompa się spaliła... Patrzyliśmy na siebie z grobowymi minami, bo i skąd wziąć środki na nową?
"To niemożliwe" - rzekliśmy razem udając, że mamy o tym pojęcie i wbrew temu co mówił nasz fachur, Dzielny Pan Właściciel Domu znów poszedł wybierać wodę ze studni, której tym razem wcale nie było tak dużo i... i znalazł coś! Przetarty kabel. Pan Fachowiec znów stwierdził, że to na pewno nie to, ale w naszych sercach zapłonęła nadzieja... Zaizolował i... DZIAŁA! Odetchnęliśmy z ulgą. Pan Fachowiec naprawił też prysznic i wszystko było dobrze, mogliśmy więc w spokoju czekać na naszego gościa - Sylwię od Starych Mebli. Dwa dni z Sylwią od Starych Mebli minęły w dziwnym spokoju, na biesiadowaniu, odnawianiu znalezisk ze stodoły i znów biesiadowaniu.






Kiedy tylko Syliwa od Starych Mebli wyjechała znów się zaczęło... Poniedziałek - kolejny dzień wolny, pojechaliśmy więc na zakupy do miasta, na najprawdziwszy rynek, nakupowałam warzyw (z nadzieją myśląc, o tych które w przyszłym roku sama wychoduję), pooglądałam troszkę koronkowych serwet i kupiłam piękne zasłony do sypialni za grosze. Po powrocie czekała mnie miła niespodzianka, paczuszka z pięknym obrusikiem od internetowej znajomej. Mała rzecz, a jak bardzo cieszy,  była to iskierka w tym znów pechowym dniu. Okazało się bowiem, że Pan Właściciel Domu prawdopodobnie ma boleriozę, a w piwnicy pada deszcz z sufitu, więc  Leśny Filozof coś spieprzył (wybaczcie słowo, ale nie mogę inaczej) w naszej pięknej łazience... Nie minęła chwila i znów trzasnął prąd. Woda się leje, światła nie ma, a już ciemno za oknem, nie ma wody (nie licząc tej kapiącej z sufitu), a ja siedzę w foliowym worku, z farbą na głowie i zaraz muszę ją spłukać, bo wypadną mi włosy... Nauczeni doświadczeniami z piątku wyłączyliśmy korek od piwnicy, w domu zabłysło światło, Weszliśmy do naszej pieczary z lampką na przedłużaczu, znów plując sobie w brodę, że nie kupiliśmy jeszcze latarek. To co zobaczyliśmy wchodząc głębiej przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Pełno wiszących kabli, przedłużaczy, a to wszystko w bagnie. Latające jaszczurki i kumkające żaby (skąd one się tam wzięły?!), wiedzieliśmy, że gdzieś jest dziura, ale aż tak duża, żeby przelazły? Poodpinaliśmy kable, pracując w kaloszach ramie w ramie i jest. Jest prąd w piwnicy! Jednak deszcz z sufitu pada dalej i w takim stanie musieliśmy zostawić nasz dom wyjeżdżając dziś rano do pracy. Fachowiec będzie jutro, a do tego czasu żyjemy w nerwach czy nie będzie trzeba kuć łazienki... Mam nadzieję, że na pokazaniu pazurków się skończy, nie chciałabym poczuć na skórze zębów Domu z Wonnego Wzgórza...

poniedziałek, 11 lipca 2011

podróż za wiele uśmiechów

Wreszcie po ponad dwu miesięcznym siedzeniu w domu przy sprzątaniu i remontach, udało się nam wyrwać. Zapakowaliśmy nasze małe i mocno stukające autko po sufit, Wiedźma dumnie usiadła mi na kolanach, patrząc zaciekawiona przez okno i zdziwiona, że tak szybko może biegać i ruszyliśmy w odwiedziny do  rodziców. Rodzice mieszkają w pięknym miejscu nad samym jeziorem, jednak nie jest to miejsce ciche i odludne jak u nas. Rodzice mieszkają we wsi turystycznej, w Siemianach nad Jeziorakiem i prowadzą knajpkę i sklepik. Kochamy naszą domową ciszę, gdzie słychać tylko ptaki, jednak czasem mamy ochotę narobić trochę hałasów i dymów. Tak stało się w ten łikend. Przywitał nas pies - Jogurt (buldog amerykański uratowany od schroniskowego więzienia), który z radości chwyta coś w ogromną paszczę i nosi dumny, a może to być but, parasolka, poduszka... Między jogurtowymi łapskami plątają się maleńkie kilkutygodniowe kociaki, a ten, zazwyczaj ociężały, wielki pies,  niczym baletniczka omija je zgrabnie, żeby ich nie zdeptać. Witają nas również mama maluszków Mięta i druga kotka Frida. Obie dorosłe kicie z podniesionymi ogonkami lecą się połasić licząc na pieszczoty, Jogurt z radości liże to nas, to kocięta - swoje przybrane dzieci, a te maluszki chodzą po nim, obgryzają mu paznokcie, śpią z nim w nocy (nie z mamą, z nim i na nim!). Wreszcie wieczór i tańce, hulanki... pod gołym niebem. Tłumy znanych i nie znanych ludzi, gitary, żagle, głośna muzyka, wygłupy, zimne piwo z nalewaka. Rano natomiast nasz kajak - mój zeszłoroczny prezent urodzinowy od ukochanego, wizyta na wyspie, piknik, spotkanie z obozującymi krakowiakami vel Buraczkami... Cudne chwile. 
O drużynie Buraczków warto wspomnieć więcej, Jest to bowiem grupa ludzi z Krakowa i ich przyjaciele z innych części Polski, którzy nazwali się Buraczek Sailing Team. Na początku lata wprowadzają się na wyspę Lipową, która znajduje się na przeciwko Siemian, mieszkają tam pod namiotami całe lato, w obozowisku (taki obóz harcerski dla dorosłych), pływają żaglówkami bez silników, bo przecież nigdzie się nie śpieszą, sprzątają wyspę, po pseudo turystach i sadzą na niej drzewa i tak od ponad dwudziestu lat... Mają namiot stołówkę i namiot świetlicę, mają wybudowaną z drewna kanapę i dąb, który rodzi piękne jabłka (zawieszają na nim jabłka na sznurkach, a potem twierdzą, że to jabłoń, tylko liście w takie dębowe fale powycinali). Są chwile, kiedy ich grupa nabiera sił i jest ich czasem nawet ponad 50 osób.
Na żaglach niestety się nie znamy, ale nasza Czarna Strzała sprawdza się rewelacyjnie (kajak jest czarny, bo czarny wyszczupla i pasuje mi do wszystkich rzeczy :-D ) i wycieczki na wyspę to jedna z moich ulubionych rozrywek. Nie znamy się również na muzyce szantowej i nie jesteśmy jej szczególnymi miłośnikami, ale nad jeziorem brzmi ona zupełnie inaczej, więc z przyjemnością poskakaliśmy na koncertach. Spotkanie w rodzinnym gronie z moim bratem (który również przyjechał wraz z żoną) i rodzicami dobrze nam zrobiło, a było co opijać, bo przed samym wyjazdem dowiedziałam się, że otrzymałam Artystyczne Stypendium Marszałka Województwa Warmińsko - Mazurskiego, więc przez następne pół roku czeka mnie wiele pracy.
 Dzisiaj o piątej rano zmęczeni, ale uśmiechnięci wstaliśmy, bo czas było wrócić do domu, pójść do pracy (na szczęście na 10!), w której teraz siedzę z klapiącymi oczami ;-) W czwartek jednak znów czekają nas przyjemności, zbliża się bowiem Bitwa pod Grunwaldem, a w czwartek właśnie zaczynają się prawdziwe turnieje rycerskie (sama inscenizacja nie jest tak ciekawa), jedziemy więc podbić Grunwald, naszym małym autkiem, z naszym małym namiocikiem, żeby spróbować cofnąć się w czasie i dołączyć do prawdziwego rycerskiego obozowiska.