piątek, 27 stycznia 2012

breja!

Siedzę sobie i patrzę przez okno na... na miasto. Na kamienice, park, przechodniów i na padający śnieg, który szybko się rozpuszcza i tworzy breję (nie mylić z warmińską potrawą sylwestrową, o której pisałam niedawno). Właśnie skończyła się moja sesja, co oznacza że mam trzy tygodnie wolnego, więc jak pewnie się domyślacie siedzę w mieście, na uczelni, a dokładnie leżę sobie na kanapie w pracowni malarstwa. W tym momencie odczuwam bardzo brak prawa jazdy, muszę czekać aż Pan Właściciel Domu skończy pracę, żeby móc dostać się do domu (do naszej wsi nie jeżdżą autobusy). Byłam w bibliotece, odkryłam sklepik, gdzie sprzedają po złotówce gliniaki, które zbieram, więc kupiłam co nieco, a teraz czekam i rozmyślam. Nie było mnie w mieście kilka tygodni, a przez ostatni tydzień z powodu sesji musiałam być codziennie, dopiero w takiej sytuacji da się zauważyć pewne różnice między miastem a wsią, oczywiście oprócz tych oczywistych. W mieście przede wszystkim wciąż jest hałas, ciężko się skupić na pracy, na rozmowie, na czymkolwiek. Miasto (mimo, że Olsztyn leży w centrum Zielonych Płuc Polski) inaczej pachnie, powietrze nie jest tu tak przejrzyste i świeże. Przede wszystkim jednak w Olsztynie jest breja, a na wsi jest śnieg. Droga z Olsztyna na Wonne Wzgórze nie prowadzi do żadnego z pobliskich miast, każde z nich ma swoje, lepsze, szersze drogi. Droga z Olsztyna na Wonne Wzgórze, to droga, która prowadzi tylko do okolicznych wiosek, dlatego też nie jest odśnieżana i jedzie się po śniegowych koleinach. Kiedy tylko wyjedzie się za granice Olsztyna i za granicę pierwszych wsi, gdzie pobudowane są całe, okropne osiedla domków jednorodzinnych, jeden przy drugim, wjeżdża się w inny świat. Świat, w którym śnieg się nie topi, gdzie spokojnie spadają grube płatki, gdzie droga jest wąska i podziurawiona, biała... Ten świat, to świat gdzie po ulicy biegają wiejskie burki i co chwila drogę przebiegają czarne koty. W tym świecie nie ma ściśniętych domków z kolumienkami, a są domy z czerwonej cegły, lub takie z odpadającym tynkiem, ba zdarzają się i stare, biedne drewniane chaty. To świat gdzie każdego kąta pilnują świątki pozamykane w swoich małych więzieniach, których zadaniem jest sprawić, aby czas nie płynął szybciej niż zawsze... Tutaj słychać rąbanie drewna, szczekanie, wycie, tutaj starsza pani spaceruje w chustce na głowie i dziwi się, że jedzie samochód... Każdy dzień jest podobnie piękny i pies za mną tęskni, bo ostatnio wracamy po ciemku i spacer to tylko kilka kółek wokół domu, gdzie pali się światło. Dalej łąki i lasy zakrywa czarny płaszcz. Tylko Studzianka w dole błyszczy kilkoma światełkami. Chcę już do domu, bo za uczelnianym oknem breja!


piątek, 20 stycznia 2012

Wieści z Wonnego Wzgórza.

Witam wszystkich po przerwie!

Problemy z komputerami sprawiły, że miałam przymusowy urlop od blogowania. Niestety chwilowo z trzech laptopów (w tym jeden dwumiesięczny) został nam tylko jeden który ma lat 10 i wciąż działa. Dziś jakość sprzętu jest dużo gorsza niż  te kilka lat temu... Ale nie o komputerach i technice przecież traktuje ten blog, jednak po tej przerwie mam tyle do powiedzenia, że nie wiem od czego zacząć... Tak wiele jest wielkich - małych rzeczy, które pozornie błahe warte są jednak opowiedzenia. Na wsi, jak wielu z Was wie, życie toczy się zupełnie innymi torami i nawet spotkanie na bezdrożach człowieka, z którym można zamienić kilka słów jest wydarzeniem, przynajmniej na naszej wsi, gdzie (jak przeczytałam w pewnym przewodniku pożyczonym od sąsiadki Pani Anieli) czas się zatrzymał i nie wiadomo czy to wiek XXI, XX, a może jednak XIX?
Święta minęły nam niespokojnie w gronie rodzinnym. Piszę niespokojnie, bo moja rodzina jest na tyle szalona, że spokoju nigdy nie ma, a śniadanie Pierwszego Dnia Świąt jedliśmy na powietrzu, wędząc różne smakołyki, w towarzystwie fruwających wokół nas aniołów, a w gwoli ścisłości to nie fruwających, a biegających, a właściwie jednego Anioła, te inne przynajmniej nie rzucały się tak w oczy, ale wierzę, że były ;-)
Sylwestra spędziliśmy już u nas na wsi, w wiejskim (jak to powiedział nasz sąsiad - Piotr - pozdrawiam!) klubiku, czyli po prostu świetlicy. Nie będę jednak rozpisywać się na temat tej imprezy, bo dochodzą mnie słuchy, że coraz więcej osób z okolicy zaczyna czytać mój skromny blog, co oczywiście bardzo mnie cieszy, więc sama dla siebie stanę się cenzorem i zacznę troszkę na swój często niewyparzony jęzorek uważać.
Wspominałam niedawno o naszej cichej wojnie wypowiedzianej złym warunkom, w jakich żyją zwierzaki w naszej okolicy i otóż udało się zrobić pierwszy duży krok! Wydaje się, że w naszej wiosce ludzie lubią zwierzęta, większość psów ma naprawdę niezłe mieszkanka, dostaje miskę, kilka mieszka w kojcach, a te upięte na łańcuchach mają łańcuchy w miarę długie. Wiem, że to niewiele, ale i tak biorąc pod uwagę to co dzieje się w niektórych wsiach, jest całkiem niezłym wynikiem. Sen z powiek spędzał nam jednak pies jednego pana, który był na łańcuchu tak krótkim, że głowę miał aż nienaturalnie przechyloną w tył, wciąż szczekał i wisiał na tym narzędziu tortur. Nie chcemy robić sobie we wsi wrogów i myśleliśmy o pomocy właścicielowi (nazwijmy go Pan X), aby pies miał lepsze warunki i żeby owego Pana X nie obrazić.
Spotkałam Pana X w sklepie, gdzie spożywał z kolegami wino.
- Panie X, a ten pana piesek, to nie męczy się tak na takim krótkim łańcuchu? - zagaiłam, po kilku wymianach grzeczności.
- A co mnie to obchodzi, pies to pies.
- Ale on czuje, on się męczy...
- A może kogoś ugryzie. - itd., itd... Generalnie "Pies to pies i ma być na łańcuchu"
- A wie pan, że nowe prawo weszło? Słyszałam, że mają po naszej wiosce jeździć i sprawdzać długość łańcuchów i duże mandaty dawać, tak tylko mówię, bo nie chciałabym, żeby ktoś we wsi przez to głupie prawo dostał mandat.
-  Pies to pies i koniec bla bla bla.
Kiedy odjeżdżaliśmy spod sklepu we Frączkach Panu X troszkę się dostało od różnych...
Po drodze dowiedzieliśmy się, że ksiądz ma przyjść po kolędzie i nastała mała panika. Głęboką wiarą nie grzeszymy, Panu Bogu się nie naprzykrzamy, nie mamy też zbyt dobrych doświadczeń z księżmi, ale... zawsze jesteśmy dobrze nastawieni, a wieś to wieś i żyjemy zgodnie z wiejską tradycją (przynajmniej się staramy, bo codziennie pić pod sklepem przecież nie damy rady). Na szczęście ksiądz okazał się bardzo sympatyczny i taki z prawdziwego zdarzenia, więc spędziliśmy kilka sympatycznych chwil na miłej rozmowie. Przeszliśmy pierwszą próbę! Trzeba więc to opić! Wracając ze sklepu z małym co nieco, aż cofnęliśmy samochód z wrażenia. Otóż pies Pana X nie szczekał, siedział spokojnie przy budzie, merdając ogonem, a na ziemi za nim leżał długi, luźny łańcuch! Buzie nam się zaśmiały i jeszcze bardziej byliśmy przekonani, że mimo planowanej tygodniowej abstynencji i jej złamania, trunek, jaki wieźliśmy, ma tego dnia stuprocentową ( nie, nie chodzi o moc, ta była nieco mniejsza), słuszność. Jest co opijać! No cóż jesteśmy spontaniczni, dlatego też tego dnia, a właściwie nocy odbyliśmy spacer do Frączek ( po procentach nie jeździmy ;-) bo ów procentów zabrakło i nawet nieco za słodkie wino roboty moich rodziców było pyszne!
Tak pokrótce spędziliśmy ostatnie spokojne tygodnie, bo chociaż niby wiele się dzieje, to i tak nasze życie, odkąd mieszkamy na wsi zwolniło o połowę, ale jednocześnie bardziej przeżywamy każdą chwilę, a wiele drobnostek, to prawdziwe wydarzenie pełne prawdziwych emocji. Na wsi wszystko jest silniejsze niż w mieście, zapachy, dźwięki, wzruszenia. Kiedy wciąż jest cisza i nagle w oddali zapieje kogut, to naprawdę go słychać! Tutaj można zauważyć coś, co wcześniej było niezauważone, co ginęło w miejskim hałasie i gonitwie.
Obiecuję, że w najbliższe dni nadrobię zaległości na Waszych blogach, chciałabym już wiedzieć co u Was, ale na razie po tej chwili przemyśleń czas do garów, bo dzisiaj sąsiedzi przychodzą na imprezkę!
Pozdrawiam Noworocznie!

środa, 14 grudnia 2011

Warmińskie Gody

Warmińskie Święta Bożego Narodzenia, zwane Godnimi Świętami to zbiór zwyczajów dziś już zapomnianych i nieznanych nawet przez mieszkańców regionu. Szkoda, bo były to zwyczaje tak różniące się od naszych - współczesnych. Dni świąteczne obfitowały w czary i przesądy, często niezwiązane zupełnie z wiarą katolicką.
Okres oczekiwania na narodziny Pana, to na  katolickiej Warmii okres spokoju (w przeciwieństwie do sąsiednich protestanckich Mazur),plecenia wieńców, zdobienia ich kolorowymi wstążkami (czerwoną, żółtą, srebrną i złotą), zapalania świec, czary zaczynały siędopiero w Świętą Noc. W rogu izby nie stawiano choinki (zaczęto ją stawiać  po 1910 roku, a i nie wszędzie), a snopek siana, często też podwieszano gałązkę jeglinki. Do wieczerzy siadano zazwyczaj około siedemnastej, ale nie łamano się opłatkiem, ani nie przestrzegano postu, same posiłki natomiast nie różniły się mocno od tych, które jedzono na codzień.  U bogatszych podawało się pieczoną gęś, gęsią kiełbasę, specjalnie pieczony razowy chleb, ciasto, słodycze. Na talerze sypali kuchy i bombony. Prezentów dzieciom nie przynosił Nikolus,jak na Mazurach, a orszak sług z szemlem. A było to tak, jak opisywała Maria Zientara - Malewska: 
"Zaledwie mrok przykrył wioskę i chaty, zaczęli chodzić „sługi” z „szlemem”. Tego cudownego „szemla” dzieci się bardzo bały, a równocześnie go wyglądały, bo jak nie przyjdzie „szemel” i „sługi”, to nie będzie Pan Bóg „kładł”. W sieni odzywa się dzwonek, a potem słychać pytanie, czy wolno wejść do izby. W razie przyzwolenia „szemel” wpadał do izby i zaczynał skakać potrząsając dzwonkami. Za nim szedł kominiarz z „drobią”, żyd i dziad, który zbierał do kabzy wszystko, co mu dawano: pieniądze, słoninę, kuch, chleb i kiełbasę. Najważniejszy jest jednak „szemel”!  Nie  szkodzi,  że  obwieszony  jest  przetakami,  różnymi   łachmanami,  że  łeb  ma z drzewa, osadzony na kiju, i cały przykryty jest prześcieradłem, spod którego wyglądają ludzkie nogi. Jeden ze „sług” strzela z bata, „szemel” skacze przez ławy i stoliki, towarzyszą temu różne gwizdki i dzwonki – hałas nie do opisania. Małe dzieci płaczą i chowają się za spódnicę matki, starsze mówią głośno pacierz i stale się mylą, z czego „sługi” są niezadowolone, więc  grożą  „klopejczem”  lub  „prowozem”.  Otrzymawszy  datki  odchodzą z hałasem do następnej chaty."


 Dla porównania warto też przeczytać jak ten przedziwny orszak opisywała jedna z zapytanych Warmianek: 
J'ak tilko zmrok przijdzie chodzo sługi z szemlem. To dzieciuki bali się, ale czekali, bo on kładł prezenti i bomboni (...) to jak idzie, to naprzód w sieni zwonek zwoni, szemel wpada o izbi i skacze, i zwoni, a sługa pita dziewczoki i siurków pacierza (...) Za sługani z szemlem chodzo też kominiarz, baba, koza (...) Szemel to ma łeb z drzewa obciągnięti skóro, kadłub z przetaków, obsadzoni jest na kiju, płachto obwinięti, spod któri wyglundajo ludzkie nogi. A te sługi to też so na bziało w płachtach i larwi (maski) majo". (fragment wypowiedzi Warmianki z książki A. Szyfer "Wierzenia Mazurów i Warmiaków").





Szemel strzelał z bata - bogata, zakończonego skórą węgorza. Miało to przynieść mieszkańcom dobrobyt i pomyślność. Zwyczaj chodzenia sług z szemlem był żywy jeszcze w latach siedemdziesiątych XX wieku, do czasu kiedy to ostatnia fala Warmiaków wyjechała z ziem rodzinnych. Dziś w niektórych wsiach tradycja ta jest sztucznie odnawiana przez ludność napływową. 

ŁBY SZEMLA Z MAGAZYNÓW MUZEUM WARMII I MAZUR

Noc Wigilijna to też czas działania nieczystych mocy, na które ludzie są silniej narażeni w okresie dwunastek (od Wigilii do Trzech Króli). Wiara np. w chodzące w tym czasie duchy jest powiązana z niegdyś w tym okresie obchodzonym dawnym, pogańskim świętem zmarłych. Przy stole stawiano puste nakrycie, ale nie dla zbłąkanego wędrowca, a dla ducha. Duchowi zostawiano też jedzenie, stawiano miseczkę z wodą i  zapalano świeczkę. Był to również czas silnego działania czarownic, aby się strzec przed szkodą sporządzoną przez nie, zostawiano na progu domu i obory siekierę odwróconą ostrzem do góry. Jak w większości regionów Polski wierzono w gadające zwierzęta, podobno nawet jeden rolnik usłyszał w nocy jak jego woły rozprawiają o jego pogrzebie i tak się przejął, że wkrótce zmarł. Okres dwunastek naznaczony był też wieloma tradycjami, nakazami i zakazami. Każdy z dwunastu dni miał symbolizować pogodę w danym miesiącu roku. W tym czasie nie można było wykonywać też wielu czynności np. ruchu obrotowego, czy tnącego. Nie można było szyć, bo czynność ta mogła spowodować "urodzenie się cielaków z zaszytymi dupami". Nie wolno było  prać, prządź, młócić i rąbać drzewa, bo mógł zapanować nieurodzaj tak daleko, jak daleko słychać było dźwięki tych czynności. W dzień Nowego Roku, a w niektórych wsiach w Wigilię ludność wiejska bardzo zwracała uwagę na to kto jako pierwszy wchodzi do domu. Jeśli była to kobieta to nowy rok będzie pechowy, jeśli mężczyzna, to szczęśliwy. Czasem też przewidywali w ten sposób czy urodzi się byczek, czy "lulka". W przeddzień Nowego Roku pieczono na Warmii ciasto obrzędowe - "nowolatki." Zwyczaj pieczenia „nowolatka” był pozostałością dawnych zabiegów magicznych. Ciasto to służyło do wróżenia jak i miało przynieść ludziom pomyślność. Dawało się je zwierzętom, na których podobieństwo ciastko zostało wykonane, a resztę chowano, ponieważ miała ona służyć jako lekarstwo w razie chorób. Wtykano nowolatki również w korę drzew owocowych i do uli, co miało przynieść dobre zbiory. W dzień Noego Roku obwiązywano drzewa słomą, która wcześniej stała w domu i "karmiono" drzewa nowolatkiem, jednocześnie strasząc je siekierą mówiąc np. Ja ci daje nowolatko, a ty mi daj owoc za to. 


W noc sylwestrową jadło się zwyczajową potrawę warmińską - breje (czyż nie urocza nazwa?). Przed kolacją gospodarz wychodził przed chatę i wołał "PRZED BREJĄ!" "To zieło sia mąki grubej żyta, tak grubo mnielonej i sypsie się na wode. To musi być war i dużo mnieszać trzeba (...) Ta breja to taka gansta bandzie. Na mnieske się wileje, w środku dołek na skrzeczki zrobzi (...) Dawniej to obsiedli dookoła mniski i łiżkami z jednej mniski jedli to breje". Gotowanie brei miało znaczenie magiczne, miało bowiem zapewnić urodzaj. Po godzinie dwunastej gospodarz wychodził i wołał "PO BREI!", a sprzed innych chat odpowiadały mu takie same radosne okrzyki. 
Między Nowym Rokiem, a świętem Trzech Króli, chodzili na Warmii tak zwani „rogale”. Był to zespół maszkar zwierzęcych i ich towarzyszy (przypominający trochę sługów z szemlem z Wigilii Świąt Bożego Narodzenia). Rogale śpiewali kolędy i zbierali datki. Ze zwierząt, wśród kolędników pojawiał się niedźwiedź, bocian, czy koza, a towarzyszył im dziad, baba, kominiarz, niekiedy wojak. Czasem wśród rogali pojawiała się również postać diabła.  Przebierańcy używali jednostrunowego instrumentu, wydającego niskie tony zwanego diabelskimi skrzypkami, co uatrakcyjniało ich występy. Oprócz rogali w tym czasie wystawiane były tak zwane „Herody”, czyli coś na wzór jasełek. Występy, podobnie jak przedstawienie Rogali zaczynały się piosenką z prośbą o datki. Stroje warmińskich przebierańców – kolędników, były bardzo bogate i wymyślne, niestety niewiele jest zdjęć i opisów, nie mówiąc już o zachowanych oryginalnych przebraniach. 
Takie to były święta na Warmii, niezwykle barwne i niezwykle różne  od tych, które znamy. 
 Nie wiem czy jeszcze będę miała okazję tu wpaść przed świętami, więc już dziś życzę Wam prawdziwie rodzinnych, godnych Godnich Świąt, pełnych miłości i radości.






piątek, 9 grudnia 2011

Upiorne Wzgórze

Tak. Z Wonnego Wzgórza, wzgórze zamieniło się w Upiorne Wzgórze. Odkryłam ten fakt spacerując z psami (niestety każdym z osobna, bo Miejski Pies nadal chce zjeść Anioła, który też lubi pokazać swoje rogi) patrząc na dom ze wzgórza obok, mniej więcej z miejsca, z którego zrobione jest główne zdjęcie. Co zobaczyłam? Wszechogarniającą szarość. Wokół domu stoją powykręcane, stare, łyse drzewa, które wyginają się od wiatru, ziemię przykryła  warstwa pierwszego śniegu, jednak nie jest biało. Spod cienkiego kożucha prześwitują błotniste kałuże, brązowe, namoknięte wodą kopce kretów i więdnące, poszarzałe kępy traw. W powietrzu unosi się zapach zgnilizny i pleśni. Mokry śnieg wciąż leje się z nieba, które okrutnie dopełnia swoją kolorystyką ten mroczny obraz. Chmury zwisają nad dachami, zamieniając pomarańczowe dachówki w ciemnoszarą, lejącą się maź. Są tak nisko, że przy każdym podmuchu wiatru mam wrażenie, że szara, kłębiąca się masa wleci do stodoły przez dziury w dachu, które też straszą swoją ponurością, a do domu dostanie się przez kominy i sprawi że szarość ta ogarnie nawet tę ostoję ciepła i światła. Mimo wszystko lubię spacerować w tej mrocznej, ospałej krainie, chociaż wiele osób znajdując się na szarej drodze, która prowadzi tylko do jednego szarego gospodarstwa, wśród szarych pustych łąk, gdzie nie ma już prawie ptaków, albo schowały się w dziuplach, żeby uciec od szarości, gdzie słychać tylko od czasu do czasu ujadanie psów, a poza tym panuje okrutna cisza, przerywana podmuchami wiatru, poczułoby się jak w scenie z taniego horroru, albo jak postaci z obrazów Caspara Davida Friedricha, w których słychać tę pustkę i ciszę, wwiercającą się w głowę.

W domu jest zupełnie inaczej, jasno i ciepło. W kuchni ze ścian uśmiechają się do mnie kolorowe talerze, które zbieram, a z półek gliniaki. Drewniane okna nie przepuszczają wiatru, szarość świata zostaje za szybami. Tutaj wszystko mruga do mnie z wesołością, każdy przedmiot szepce do mnie. Tutaj mieszkają dobre duchy przeszłości: pan kredens, pani komoda i pan zegar, a także ich kilku przyjaciół. Tutaj gra muzyka, a każdy dźwięk domu - trzaskanie ognia, kipienie wody na makaron, brzdęk kubka to kolejny akord. Tylko czasem wiatr zaświszczy w kominie wprowadzając lekki niepokój, przypominając o świecie szarości za oknem, wtedy głośniej włączam ulubioną piosenkę.

Tylko Wiedźma jak zwykle obserwuje mnie z wyższością, jakby wiedziała co ma się wydarzyć na Upiornym Wzgórzu, oby już nic złego.

wtorek, 6 grudnia 2011

...

Tyle się działo ostatnimi czasy, zarówno rzeczy wesołych, rzeczy smutnych, była też chwila, w której  naprawdę się bałam o życie najbliższej osoby...
Post ten miał być o niezwykłym spotkaniu z naszą sąsiadką ze wsi obok, którą udało mi się "poznać" najpierw przez bloga, a potem, zupełnie przypadkiem, poznać TAK NAPRAWDĘ w teatrzyku w Dywitach. Post ten miał być również o tym, że byliśmy na wiejskiej zabawie i poznaliśmy mieszkańców naszej wsi, którzy są dobrymi, szczerymi ludźmi i o tym, że postanowiliśmy powoli poprzez rozmowy i pomoc zlikwidować psie łańcuchy chociaż w najbliższej okolicy... Post ten miał być o wielu innych rzeczach, ale na pewno nie miał być o tym, że na Wonnym Wzgórzu była karetka i że pogotowie na początku odmawiało mi przyjazdu...Na szczęście chyba mamy SZCZĘŚCIE do szczęśliwych zakończeń.

Przede wszystkim jednak post ten nie miał być o śmierci. Śmierci naszego przyjaciela, którego głos może niektórzy z Was znają... Nie miało być o śmierci, bo do ostatniej chwili wierzyliśmy, że Irkowi vel Mesalinie uda się i będzie kolejne szczęśliwe zakończenie. Niestety przegrał walkę z chorobą... Tego dnia słuchaliśmy płyty EKT-Gdynia i rozmawialiśmy o nim. Nagle nawrót choroby. wszystko potoczyło się tak szybko, a wydawało nam się, że jest jeszcze tyle czasu... Bawiliśmy się razem jeszcze w sierpniu... Zapraszaliśmy wtedy na wesele... Wieczorem zadzwonił telefon, a ja od razu wiedziałam z jaką wiadomością dzwoni.
Ktoś gdzieś napisał, że odpłynął swoim statkiem. Ta osoba nie wiedziała, że Mesalina nazywany trochę żartobliwie "największym poetą morza",  tak naprawdę na morzu nigdy nie był. Był szczery, wrażliwy, potrafił zaprzyjaźnić się z każdym. Uśmiechał się szeroko, w zespole grał na instrumentach perkusyjnych (tamburyn, trójkąt :-), mimo swojej szczupłości zawsze tak mocno mnie ściskał... Kiedy się żegnaliśmy, nikt z nas nie pomyślał, że już się nie zobaczymy.

piątek, 18 listopada 2011

pożar na Wonnym Wzgórzu

Od razu Was uspokoję, na szczęście nic się nie stało, skończyło się na lekkim zatruciu dymem...


Od początku października w mieście bywam najwyżej trzy razy w tygodniu (mam tylko tyle zajęć na uczelni), natomiast Pan Właściciel Domu codziennie jeździ do pracy, dlatego też wczoraj po południu w domu byłam tylko ja i Pani Miejskiego Psa - moja teściowa. Po spacerach z psami i ugotowaniu obiadu nadszedł czas odpoczynku i oglądania finału "Jeden z Dziesięciu", jednak tę chwilę relaksu przerwał wdzierający się do pokoi smrodliwy dym, który niczym czarna, burzowa chmura bardzo szybko wydobywał się z piwnicy. Pani Miejskiego Psa zabrała swojego pupila - Miejskiego Psa i wyskoczyła z nim na podwórko, a ja zasłaniając nos i oczy wbiegłam do piwnicy próbując wybadać problem. W piwnicy mamy piec i schodząc po schodach w mojej wyobraźni widziałam już rozwalony, płonący komin. Na szczęście (jeśli można tu mówić o szczęściu) to nie komin. Lokalizacja problemu była w innym miejscu, płonęły dwa wielkie pudła z popiołem. "Kto u licha wrzucił gorący popiół do kartonów"? - pomyślałam, mimo że odpowiedź była prosta. Pobiegłam po wiadro z wodą i zaczęło się gaszenie. Jedno wiadro i po schodach do góry, drugie, trzecie i tak po dziesięciu został tylko dym i... jak się okazało kolejny wielki i ciężki, wypchany po brzegi rozżarzonym popiołem karton. Spróbowałam oblać go wodą, jednak nie był to najlepszy pomysł,  jak wulkan zaczął buchać płomieniami, pluć kurzem i czarnym, smolistym dymem. Owinęłam ręce szmatami i spróbowałam podnieść karton - za ciężki. spróbowałam raz jeszcze po wyrzuceniu łopatą części popiołu w błoto jakie powstało po gaszeniu ognia. Znów pełno dymu i... udało się podnieść. Prawie biegiem, chwiejąc się na wąskich schodach pod niższym ode mnie sufitem udało mi się wybiec z kartonem i upuścić go tuż przed schodkami wejściowymi do domu. Dopiero wtedy poczułam piekące od dymu oczy, bolące gardło i chrzęszczenie między zębami. Pani Miejskiego Psa wróciła gratulując mi dzielności, a ja przejrzałam się w lustrze. Zwykle rude włosy stały się siwe, z pokręconymi od ognia końcówkami - trzeba będzie przyciąć, skóra ziemista, ręce czarne, bluza popalona. Wzięłam prysznic (o sensacjach żołądkowych jakie miałam przez całą noc nie będę się rozpisywać) i nalałam sobie szklankę domowego wina porzeczkowego, sprezentowanego nam przez przyjaciela, żeby wypić na specjalną okazję. A co tam, mógł się spalić dom - to jest specjalna okazja!
Na szczęście Pan Właściciel Domu  przyjechał niebawem i rozprawił się do końca z dogasającym już wulkanem stojącym przed domem. A dzień zaczął się tak pięknie, świeciło słońce, był lekki mrozek i Anioł jak szalony przeskakiwał zamarznięte kałuże... Nawet nie w głowie mi był dym i ogień. Aby troszkę rozwiać nastrój grozy dodaję troszkę obiecanych zdjęć.

kilka dni temu Wonne Wzgórze ogarnęły szarości.

Aniołowi szarości nie przeszkadzały, zaczyna być szczęśliwy i beztroski.

Czy szaro, czy słonecznie to biega tak samo szybko i radośnie.


latem z tej strony w ogóle nie widać naszego domu, teraz kiedy spadły liście, można wypatrzeć białą chatkę między drzewami.

widok z Wonnego wzgórza na lekko zamgloną okolicę.


zawsze zachwyca mnie piękno tych pomarzniętych traw.

Droga na Wonne Wzgórze i dom sąsiada w dole.

Tylko Wiedźma nie przejęła się pożarem, cały czas siedziała w oknie jakby jej dym nie przeszkadzał. Wygląda jak figurka, prawda?

a tu po prawej wzgórze obok Wonnego Wzgórza, ciężko tam wejść, bo trawy wysokie, ale widok niesamowity.

a to już zdjęcie zrobione podczas wieczornego spaceru z psem.

no i nasza koleżanka, co zjada nam regularnie trawnik, wraz ze swoją drużyną. Za bardzo się nie boją, na powiększeniu widać, że ma minę jakby uśmiechała się do obiektywu. 



Pozdrawiam wszystkich i nie życzę podobnych przygód do moich wczorajszych!

wtorek, 8 listopada 2011

rosołowe rozważania dnia powszedniego.

Wszędzie czytam o pięknie jesieni...
Mimo słonecznej pogody jesień, którą mam za oknem - ta listopadowa jesień, mówi mi raczej o przemijaniu, o nadchodzącym chłodzie, niż o wesołych dzieciach "szurających" w liściach. Dzisiaj był srebrzysty poranek, trawy iskrzyły się mrozem, czerwona kula słońca oświetlała bursztynową sierść Anioła (który już chyba z nami zostanie). Mgły dopiero się podnosiły dając światu miękkie, pastelowe barwy. W tej chwili świata nie ma. Zza okna widzę tylko cienie łysych i powyginanych drzew w naszym sadzie.
Lubię oglądać ponury krajobraz w domu pełnym barw, ciepła i drewna. W domu, w którym pachnie rosołem, a to cudowny zapach! Może to śmieszne, ale dla mnie rosół to zupa magiczna. Oprócz tradycyjnej włoszczyzny dodaję  jeszcze kilka liści kapusty i garść suszonych grzybów, co w innych regionach Polski często budzi zdziwienie. Rosół ma słodkawy smak, rozgrzewa od środka i można z niego wyczarować każdą inną zupę. Podobno w różnych domach gotuje się go na różne sposoby,  jak  i bigos (nie mylić z pewnym psem), czy parę innych naszych potraw. Ja w rosole najbardziej lubię ten intensywny zapach jarzyn, dlatego dodaję ich bardzo dużo.

Krzątam się po domu,  rozwieszam pranie, mieszam w garze z pachnącym warzywnym wywarem, dokładam do pieca, a w przerwie... Lepię garnki z Wiedźmą na kolanach i zaczynam pisać pracę magisterską. "Warmińska rzeźba ludowa, jako nieodłączny element dziedzictwa kulturowego Warmii".  Mam pole do popisu jeśli chodzi o badania terenowe ;-) Myślę też o moim obrazie dyplomowym, ale na razie na myśleniu się kończy... Najchętniej zaszyłabym się w mojej jesiennej kuchni, wśród wszystkich uzbieranych gliniaków i wciąż gotowała rosół. Tylko na taką sztukę stać mnie ostatnimi dniami... Tyle refleksji dnia codziennego, muszę zmniejszyć gaz, bo mi wykipi, pozdrawiam wszystkich odwiedzających i obiecuję, że następnym razem urozmaicę Wam moje czytadło jakimiś obrazkami.


PS. z rosołu i tak wyszła cebulowa i to z serowymi grzankami. Pychotka, polecam! Ot rosołowe czary!