środa, 14 grudnia 2011

Warmińskie Gody

Warmińskie Święta Bożego Narodzenia, zwane Godnimi Świętami to zbiór zwyczajów dziś już zapomnianych i nieznanych nawet przez mieszkańców regionu. Szkoda, bo były to zwyczaje tak różniące się od naszych - współczesnych. Dni świąteczne obfitowały w czary i przesądy, często niezwiązane zupełnie z wiarą katolicką.
Okres oczekiwania na narodziny Pana, to na  katolickiej Warmii okres spokoju (w przeciwieństwie do sąsiednich protestanckich Mazur),plecenia wieńców, zdobienia ich kolorowymi wstążkami (czerwoną, żółtą, srebrną i złotą), zapalania świec, czary zaczynały siędopiero w Świętą Noc. W rogu izby nie stawiano choinki (zaczęto ją stawiać  po 1910 roku, a i nie wszędzie), a snopek siana, często też podwieszano gałązkę jeglinki. Do wieczerzy siadano zazwyczaj około siedemnastej, ale nie łamano się opłatkiem, ani nie przestrzegano postu, same posiłki natomiast nie różniły się mocno od tych, które jedzono na codzień.  U bogatszych podawało się pieczoną gęś, gęsią kiełbasę, specjalnie pieczony razowy chleb, ciasto, słodycze. Na talerze sypali kuchy i bombony. Prezentów dzieciom nie przynosił Nikolus,jak na Mazurach, a orszak sług z szemlem. A było to tak, jak opisywała Maria Zientara - Malewska: 
"Zaledwie mrok przykrył wioskę i chaty, zaczęli chodzić „sługi” z „szlemem”. Tego cudownego „szemla” dzieci się bardzo bały, a równocześnie go wyglądały, bo jak nie przyjdzie „szemel” i „sługi”, to nie będzie Pan Bóg „kładł”. W sieni odzywa się dzwonek, a potem słychać pytanie, czy wolno wejść do izby. W razie przyzwolenia „szemel” wpadał do izby i zaczynał skakać potrząsając dzwonkami. Za nim szedł kominiarz z „drobią”, żyd i dziad, który zbierał do kabzy wszystko, co mu dawano: pieniądze, słoninę, kuch, chleb i kiełbasę. Najważniejszy jest jednak „szemel”!  Nie  szkodzi,  że  obwieszony  jest  przetakami,  różnymi   łachmanami,  że  łeb  ma z drzewa, osadzony na kiju, i cały przykryty jest prześcieradłem, spod którego wyglądają ludzkie nogi. Jeden ze „sług” strzela z bata, „szemel” skacze przez ławy i stoliki, towarzyszą temu różne gwizdki i dzwonki – hałas nie do opisania. Małe dzieci płaczą i chowają się za spódnicę matki, starsze mówią głośno pacierz i stale się mylą, z czego „sługi” są niezadowolone, więc  grożą  „klopejczem”  lub  „prowozem”.  Otrzymawszy  datki  odchodzą z hałasem do następnej chaty."


 Dla porównania warto też przeczytać jak ten przedziwny orszak opisywała jedna z zapytanych Warmianek: 
J'ak tilko zmrok przijdzie chodzo sługi z szemlem. To dzieciuki bali się, ale czekali, bo on kładł prezenti i bomboni (...) to jak idzie, to naprzód w sieni zwonek zwoni, szemel wpada o izbi i skacze, i zwoni, a sługa pita dziewczoki i siurków pacierza (...) Za sługani z szemlem chodzo też kominiarz, baba, koza (...) Szemel to ma łeb z drzewa obciągnięti skóro, kadłub z przetaków, obsadzoni jest na kiju, płachto obwinięti, spod któri wyglundajo ludzkie nogi. A te sługi to też so na bziało w płachtach i larwi (maski) majo". (fragment wypowiedzi Warmianki z książki A. Szyfer "Wierzenia Mazurów i Warmiaków").





Szemel strzelał z bata - bogata, zakończonego skórą węgorza. Miało to przynieść mieszkańcom dobrobyt i pomyślność. Zwyczaj chodzenia sług z szemlem był żywy jeszcze w latach siedemdziesiątych XX wieku, do czasu kiedy to ostatnia fala Warmiaków wyjechała z ziem rodzinnych. Dziś w niektórych wsiach tradycja ta jest sztucznie odnawiana przez ludność napływową. 

ŁBY SZEMLA Z MAGAZYNÓW MUZEUM WARMII I MAZUR

Noc Wigilijna to też czas działania nieczystych mocy, na które ludzie są silniej narażeni w okresie dwunastek (od Wigilii do Trzech Króli). Wiara np. w chodzące w tym czasie duchy jest powiązana z niegdyś w tym okresie obchodzonym dawnym, pogańskim świętem zmarłych. Przy stole stawiano puste nakrycie, ale nie dla zbłąkanego wędrowca, a dla ducha. Duchowi zostawiano też jedzenie, stawiano miseczkę z wodą i  zapalano świeczkę. Był to również czas silnego działania czarownic, aby się strzec przed szkodą sporządzoną przez nie, zostawiano na progu domu i obory siekierę odwróconą ostrzem do góry. Jak w większości regionów Polski wierzono w gadające zwierzęta, podobno nawet jeden rolnik usłyszał w nocy jak jego woły rozprawiają o jego pogrzebie i tak się przejął, że wkrótce zmarł. Okres dwunastek naznaczony był też wieloma tradycjami, nakazami i zakazami. Każdy z dwunastu dni miał symbolizować pogodę w danym miesiącu roku. W tym czasie nie można było wykonywać też wielu czynności np. ruchu obrotowego, czy tnącego. Nie można było szyć, bo czynność ta mogła spowodować "urodzenie się cielaków z zaszytymi dupami". Nie wolno było  prać, prządź, młócić i rąbać drzewa, bo mógł zapanować nieurodzaj tak daleko, jak daleko słychać było dźwięki tych czynności. W dzień Nowego Roku, a w niektórych wsiach w Wigilię ludność wiejska bardzo zwracała uwagę na to kto jako pierwszy wchodzi do domu. Jeśli była to kobieta to nowy rok będzie pechowy, jeśli mężczyzna, to szczęśliwy. Czasem też przewidywali w ten sposób czy urodzi się byczek, czy "lulka". W przeddzień Nowego Roku pieczono na Warmii ciasto obrzędowe - "nowolatki." Zwyczaj pieczenia „nowolatka” był pozostałością dawnych zabiegów magicznych. Ciasto to służyło do wróżenia jak i miało przynieść ludziom pomyślność. Dawało się je zwierzętom, na których podobieństwo ciastko zostało wykonane, a resztę chowano, ponieważ miała ona służyć jako lekarstwo w razie chorób. Wtykano nowolatki również w korę drzew owocowych i do uli, co miało przynieść dobre zbiory. W dzień Noego Roku obwiązywano drzewa słomą, która wcześniej stała w domu i "karmiono" drzewa nowolatkiem, jednocześnie strasząc je siekierą mówiąc np. Ja ci daje nowolatko, a ty mi daj owoc za to. 


W noc sylwestrową jadło się zwyczajową potrawę warmińską - breje (czyż nie urocza nazwa?). Przed kolacją gospodarz wychodził przed chatę i wołał "PRZED BREJĄ!" "To zieło sia mąki grubej żyta, tak grubo mnielonej i sypsie się na wode. To musi być war i dużo mnieszać trzeba (...) Ta breja to taka gansta bandzie. Na mnieske się wileje, w środku dołek na skrzeczki zrobzi (...) Dawniej to obsiedli dookoła mniski i łiżkami z jednej mniski jedli to breje". Gotowanie brei miało znaczenie magiczne, miało bowiem zapewnić urodzaj. Po godzinie dwunastej gospodarz wychodził i wołał "PO BREI!", a sprzed innych chat odpowiadały mu takie same radosne okrzyki. 
Między Nowym Rokiem, a świętem Trzech Króli, chodzili na Warmii tak zwani „rogale”. Był to zespół maszkar zwierzęcych i ich towarzyszy (przypominający trochę sługów z szemlem z Wigilii Świąt Bożego Narodzenia). Rogale śpiewali kolędy i zbierali datki. Ze zwierząt, wśród kolędników pojawiał się niedźwiedź, bocian, czy koza, a towarzyszył im dziad, baba, kominiarz, niekiedy wojak. Czasem wśród rogali pojawiała się również postać diabła.  Przebierańcy używali jednostrunowego instrumentu, wydającego niskie tony zwanego diabelskimi skrzypkami, co uatrakcyjniało ich występy. Oprócz rogali w tym czasie wystawiane były tak zwane „Herody”, czyli coś na wzór jasełek. Występy, podobnie jak przedstawienie Rogali zaczynały się piosenką z prośbą o datki. Stroje warmińskich przebierańców – kolędników, były bardzo bogate i wymyślne, niestety niewiele jest zdjęć i opisów, nie mówiąc już o zachowanych oryginalnych przebraniach. 
Takie to były święta na Warmii, niezwykle barwne i niezwykle różne  od tych, które znamy. 
 Nie wiem czy jeszcze będę miała okazję tu wpaść przed świętami, więc już dziś życzę Wam prawdziwie rodzinnych, godnych Godnich Świąt, pełnych miłości i radości.






piątek, 9 grudnia 2011

Upiorne Wzgórze

Tak. Z Wonnego Wzgórza, wzgórze zamieniło się w Upiorne Wzgórze. Odkryłam ten fakt spacerując z psami (niestety każdym z osobna, bo Miejski Pies nadal chce zjeść Anioła, który też lubi pokazać swoje rogi) patrząc na dom ze wzgórza obok, mniej więcej z miejsca, z którego zrobione jest główne zdjęcie. Co zobaczyłam? Wszechogarniającą szarość. Wokół domu stoją powykręcane, stare, łyse drzewa, które wyginają się od wiatru, ziemię przykryła  warstwa pierwszego śniegu, jednak nie jest biało. Spod cienkiego kożucha prześwitują błotniste kałuże, brązowe, namoknięte wodą kopce kretów i więdnące, poszarzałe kępy traw. W powietrzu unosi się zapach zgnilizny i pleśni. Mokry śnieg wciąż leje się z nieba, które okrutnie dopełnia swoją kolorystyką ten mroczny obraz. Chmury zwisają nad dachami, zamieniając pomarańczowe dachówki w ciemnoszarą, lejącą się maź. Są tak nisko, że przy każdym podmuchu wiatru mam wrażenie, że szara, kłębiąca się masa wleci do stodoły przez dziury w dachu, które też straszą swoją ponurością, a do domu dostanie się przez kominy i sprawi że szarość ta ogarnie nawet tę ostoję ciepła i światła. Mimo wszystko lubię spacerować w tej mrocznej, ospałej krainie, chociaż wiele osób znajdując się na szarej drodze, która prowadzi tylko do jednego szarego gospodarstwa, wśród szarych pustych łąk, gdzie nie ma już prawie ptaków, albo schowały się w dziuplach, żeby uciec od szarości, gdzie słychać tylko od czasu do czasu ujadanie psów, a poza tym panuje okrutna cisza, przerywana podmuchami wiatru, poczułoby się jak w scenie z taniego horroru, albo jak postaci z obrazów Caspara Davida Friedricha, w których słychać tę pustkę i ciszę, wwiercającą się w głowę.

W domu jest zupełnie inaczej, jasno i ciepło. W kuchni ze ścian uśmiechają się do mnie kolorowe talerze, które zbieram, a z półek gliniaki. Drewniane okna nie przepuszczają wiatru, szarość świata zostaje za szybami. Tutaj wszystko mruga do mnie z wesołością, każdy przedmiot szepce do mnie. Tutaj mieszkają dobre duchy przeszłości: pan kredens, pani komoda i pan zegar, a także ich kilku przyjaciół. Tutaj gra muzyka, a każdy dźwięk domu - trzaskanie ognia, kipienie wody na makaron, brzdęk kubka to kolejny akord. Tylko czasem wiatr zaświszczy w kominie wprowadzając lekki niepokój, przypominając o świecie szarości za oknem, wtedy głośniej włączam ulubioną piosenkę.

Tylko Wiedźma jak zwykle obserwuje mnie z wyższością, jakby wiedziała co ma się wydarzyć na Upiornym Wzgórzu, oby już nic złego.

wtorek, 6 grudnia 2011

...

Tyle się działo ostatnimi czasy, zarówno rzeczy wesołych, rzeczy smutnych, była też chwila, w której  naprawdę się bałam o życie najbliższej osoby...
Post ten miał być o niezwykłym spotkaniu z naszą sąsiadką ze wsi obok, którą udało mi się "poznać" najpierw przez bloga, a potem, zupełnie przypadkiem, poznać TAK NAPRAWDĘ w teatrzyku w Dywitach. Post ten miał być również o tym, że byliśmy na wiejskiej zabawie i poznaliśmy mieszkańców naszej wsi, którzy są dobrymi, szczerymi ludźmi i o tym, że postanowiliśmy powoli poprzez rozmowy i pomoc zlikwidować psie łańcuchy chociaż w najbliższej okolicy... Post ten miał być o wielu innych rzeczach, ale na pewno nie miał być o tym, że na Wonnym Wzgórzu była karetka i że pogotowie na początku odmawiało mi przyjazdu...Na szczęście chyba mamy SZCZĘŚCIE do szczęśliwych zakończeń.

Przede wszystkim jednak post ten nie miał być o śmierci. Śmierci naszego przyjaciela, którego głos może niektórzy z Was znają... Nie miało być o śmierci, bo do ostatniej chwili wierzyliśmy, że Irkowi vel Mesalinie uda się i będzie kolejne szczęśliwe zakończenie. Niestety przegrał walkę z chorobą... Tego dnia słuchaliśmy płyty EKT-Gdynia i rozmawialiśmy o nim. Nagle nawrót choroby. wszystko potoczyło się tak szybko, a wydawało nam się, że jest jeszcze tyle czasu... Bawiliśmy się razem jeszcze w sierpniu... Zapraszaliśmy wtedy na wesele... Wieczorem zadzwonił telefon, a ja od razu wiedziałam z jaką wiadomością dzwoni.
Ktoś gdzieś napisał, że odpłynął swoim statkiem. Ta osoba nie wiedziała, że Mesalina nazywany trochę żartobliwie "największym poetą morza",  tak naprawdę na morzu nigdy nie był. Był szczery, wrażliwy, potrafił zaprzyjaźnić się z każdym. Uśmiechał się szeroko, w zespole grał na instrumentach perkusyjnych (tamburyn, trójkąt :-), mimo swojej szczupłości zawsze tak mocno mnie ściskał... Kiedy się żegnaliśmy, nikt z nas nie pomyślał, że już się nie zobaczymy.

piątek, 18 listopada 2011

pożar na Wonnym Wzgórzu

Od razu Was uspokoję, na szczęście nic się nie stało, skończyło się na lekkim zatruciu dymem...


Od początku października w mieście bywam najwyżej trzy razy w tygodniu (mam tylko tyle zajęć na uczelni), natomiast Pan Właściciel Domu codziennie jeździ do pracy, dlatego też wczoraj po południu w domu byłam tylko ja i Pani Miejskiego Psa - moja teściowa. Po spacerach z psami i ugotowaniu obiadu nadszedł czas odpoczynku i oglądania finału "Jeden z Dziesięciu", jednak tę chwilę relaksu przerwał wdzierający się do pokoi smrodliwy dym, który niczym czarna, burzowa chmura bardzo szybko wydobywał się z piwnicy. Pani Miejskiego Psa zabrała swojego pupila - Miejskiego Psa i wyskoczyła z nim na podwórko, a ja zasłaniając nos i oczy wbiegłam do piwnicy próbując wybadać problem. W piwnicy mamy piec i schodząc po schodach w mojej wyobraźni widziałam już rozwalony, płonący komin. Na szczęście (jeśli można tu mówić o szczęściu) to nie komin. Lokalizacja problemu była w innym miejscu, płonęły dwa wielkie pudła z popiołem. "Kto u licha wrzucił gorący popiół do kartonów"? - pomyślałam, mimo że odpowiedź była prosta. Pobiegłam po wiadro z wodą i zaczęło się gaszenie. Jedno wiadro i po schodach do góry, drugie, trzecie i tak po dziesięciu został tylko dym i... jak się okazało kolejny wielki i ciężki, wypchany po brzegi rozżarzonym popiołem karton. Spróbowałam oblać go wodą, jednak nie był to najlepszy pomysł,  jak wulkan zaczął buchać płomieniami, pluć kurzem i czarnym, smolistym dymem. Owinęłam ręce szmatami i spróbowałam podnieść karton - za ciężki. spróbowałam raz jeszcze po wyrzuceniu łopatą części popiołu w błoto jakie powstało po gaszeniu ognia. Znów pełno dymu i... udało się podnieść. Prawie biegiem, chwiejąc się na wąskich schodach pod niższym ode mnie sufitem udało mi się wybiec z kartonem i upuścić go tuż przed schodkami wejściowymi do domu. Dopiero wtedy poczułam piekące od dymu oczy, bolące gardło i chrzęszczenie między zębami. Pani Miejskiego Psa wróciła gratulując mi dzielności, a ja przejrzałam się w lustrze. Zwykle rude włosy stały się siwe, z pokręconymi od ognia końcówkami - trzeba będzie przyciąć, skóra ziemista, ręce czarne, bluza popalona. Wzięłam prysznic (o sensacjach żołądkowych jakie miałam przez całą noc nie będę się rozpisywać) i nalałam sobie szklankę domowego wina porzeczkowego, sprezentowanego nam przez przyjaciela, żeby wypić na specjalną okazję. A co tam, mógł się spalić dom - to jest specjalna okazja!
Na szczęście Pan Właściciel Domu  przyjechał niebawem i rozprawił się do końca z dogasającym już wulkanem stojącym przed domem. A dzień zaczął się tak pięknie, świeciło słońce, był lekki mrozek i Anioł jak szalony przeskakiwał zamarznięte kałuże... Nawet nie w głowie mi był dym i ogień. Aby troszkę rozwiać nastrój grozy dodaję troszkę obiecanych zdjęć.

kilka dni temu Wonne Wzgórze ogarnęły szarości.

Aniołowi szarości nie przeszkadzały, zaczyna być szczęśliwy i beztroski.

Czy szaro, czy słonecznie to biega tak samo szybko i radośnie.


latem z tej strony w ogóle nie widać naszego domu, teraz kiedy spadły liście, można wypatrzeć białą chatkę między drzewami.

widok z Wonnego wzgórza na lekko zamgloną okolicę.


zawsze zachwyca mnie piękno tych pomarzniętych traw.

Droga na Wonne Wzgórze i dom sąsiada w dole.

Tylko Wiedźma nie przejęła się pożarem, cały czas siedziała w oknie jakby jej dym nie przeszkadzał. Wygląda jak figurka, prawda?

a tu po prawej wzgórze obok Wonnego Wzgórza, ciężko tam wejść, bo trawy wysokie, ale widok niesamowity.

a to już zdjęcie zrobione podczas wieczornego spaceru z psem.

no i nasza koleżanka, co zjada nam regularnie trawnik, wraz ze swoją drużyną. Za bardzo się nie boją, na powiększeniu widać, że ma minę jakby uśmiechała się do obiektywu. 



Pozdrawiam wszystkich i nie życzę podobnych przygód do moich wczorajszych!

wtorek, 8 listopada 2011

rosołowe rozważania dnia powszedniego.

Wszędzie czytam o pięknie jesieni...
Mimo słonecznej pogody jesień, którą mam za oknem - ta listopadowa jesień, mówi mi raczej o przemijaniu, o nadchodzącym chłodzie, niż o wesołych dzieciach "szurających" w liściach. Dzisiaj był srebrzysty poranek, trawy iskrzyły się mrozem, czerwona kula słońca oświetlała bursztynową sierść Anioła (który już chyba z nami zostanie). Mgły dopiero się podnosiły dając światu miękkie, pastelowe barwy. W tej chwili świata nie ma. Zza okna widzę tylko cienie łysych i powyginanych drzew w naszym sadzie.
Lubię oglądać ponury krajobraz w domu pełnym barw, ciepła i drewna. W domu, w którym pachnie rosołem, a to cudowny zapach! Może to śmieszne, ale dla mnie rosół to zupa magiczna. Oprócz tradycyjnej włoszczyzny dodaję  jeszcze kilka liści kapusty i garść suszonych grzybów, co w innych regionach Polski często budzi zdziwienie. Rosół ma słodkawy smak, rozgrzewa od środka i można z niego wyczarować każdą inną zupę. Podobno w różnych domach gotuje się go na różne sposoby,  jak  i bigos (nie mylić z pewnym psem), czy parę innych naszych potraw. Ja w rosole najbardziej lubię ten intensywny zapach jarzyn, dlatego dodaję ich bardzo dużo.

Krzątam się po domu,  rozwieszam pranie, mieszam w garze z pachnącym warzywnym wywarem, dokładam do pieca, a w przerwie... Lepię garnki z Wiedźmą na kolanach i zaczynam pisać pracę magisterską. "Warmińska rzeźba ludowa, jako nieodłączny element dziedzictwa kulturowego Warmii".  Mam pole do popisu jeśli chodzi o badania terenowe ;-) Myślę też o moim obrazie dyplomowym, ale na razie na myśleniu się kończy... Najchętniej zaszyłabym się w mojej jesiennej kuchni, wśród wszystkich uzbieranych gliniaków i wciąż gotowała rosół. Tylko na taką sztukę stać mnie ostatnimi dniami... Tyle refleksji dnia codziennego, muszę zmniejszyć gaz, bo mi wykipi, pozdrawiam wszystkich odwiedzających i obiecuję, że następnym razem urozmaicę Wam moje czytadło jakimiś obrazkami.


PS. z rosołu i tak wyszła cebulowa i to z serowymi grzankami. Pychotka, polecam! Ot rosołowe czary!

piątek, 28 października 2011

Na wsi psy nie mają imion...

Wychodziliśmy  ze sklepu, a pod sklepem stała przeraźliwie chuda, brzydka, ale ciesząca się do każdego istota.
Ta istota to pies. Ma 12 żeber i 40 kręgów, ma trochę sierści i wielkie, zatopione w wychudzonym pyszczku, szczere, pełne nadziei ślepia. Na szyi wisiał mu kawałek skręconego na śrubę rzemienia. Zamerdał do nas ogonem.
- To pana pies? - zapytałam pijącego pod sklepem pana.
- Jest niczyj, tak sobie biega - odpowiedział. Kupiłam mu w sklepie serdelki, połknął w całości i dał się pogłaskać, podał łapę... Od mieszkańców wsi, pani ze sklepu i pana od którego kupujemy jajka dowiedzieliśmy się, że "właściciel" - zwyrodnialec - tego psa zostawił go przywiązanego do budy i wyprowadził się z domu. Ktoś zlitował się nad nim, albo może udało mu się urwać i po miesiącu zdychania z głodu, jedzenia trawy i picia wody z kałuży stał się wolny. Uciekł.
- teraz już nie ma tak źle - powiedziała jedna pani - czasem ktoś mu kupi w sklepie bułkę. - Pewne było, że nie można tak tej kupki nieszczęścia zostawić.
- Co robimy ?- padło pytanie.... Nasz pies nienawidzi wszystkich innych, mamy też przecież kota...
- Weźcie go, proszę, ja nie mogę, mam już trzy... - mówił pan od jajek, a pies patrzył na nas jakby czekał na wyrok. Znaki zapytania wisiały w powietrzu, a ja miałam łzy w oczach.
 - Nie płacze pani, po prostu go weźcie. - zanim się obejrzałam Sebastian i pan od jajek ładowali przerażone zwierzę na tylne siedzenie. Po chwili pełni obaw co powie pani Miejskiego Psa - moja teściowa, jechaliśmy z nim do domu.

- Co to jest? - zapytała?
- Pies.
- Czyj?
- Nasz.
- ...

A potem:
- Natalia to nie worek kartofli, który można sobie ot tak po prostu wziąć.- Jednak cudowny Sebastian odpowiedział:
- No właśnie mamo, to nie worek kartofli, że można go ot tak zostawić, bo worek kartofli może zamarznąć, pies nie. - dyskusja została zakończona, a pies dostał w stodole posłanie i miskę, szukamy mu domu.
Jest strasznie radosny, ale widać, że był bity, bo boi się gwałtownych ruchów. Uwielbia chodzić na spacery, biega wtedy i skacze, szaleje. Merda ciągle ogonem, uwielbia pieszczoty, podaje łapkę, a najlepiej dwie naraz. Kładzie mordkę na kolanach i patrzy w oczy. Lubi Wiedźmę, merda do niej ogonem, a ona przechodzi obok bez problemu. Słucha się, jest grzeczny, chociaż jeszcze młodziutki, ma koło roku...
Kilka dni temu rozmawialiśmy, że nie mamy w domu żadnego anioła, co prawda chodziło o takiego do powieszenia na ścianie, ale dostaliśmy innego Anioła - takie robocze imię dostał pies, jeśli zostanie, to będzie Aniołem Stróżem podwórka. Na razie zbieramy pieniążki na kojec, na ciepłą budę i na weterynarza, ale gdyby jakiś dobry człowiek chciał przygarnąć Anioła, to możemy go zawieźć do nowego domu. Na pewno go nie wyrzucimy, ani nie zawieziemy do schroniska, ale będzie nam z nim ciężko. Często wyjeżdżamy, a autko jest bardzo małe - już teraz jeżdżą nim na raz trzy dorosłe osoby, Miejski Pies - Atos i Wiedźma, a Anioł to dość duży pies - jakaś taka mieszanka owczarka. Poza tym Miejski Pies nie jest normalny i nie można z nimi wyjść na spacer jednocześnie. Miejski Pies, mimo, że jest bardzo mały, to wydaje mu się, że może zjeść, zagryźć, zabić Anioła... Oby się przyzwyczaił...

środa, 12 października 2011

powrót...

Prawie dwa miesiące minęły od mojego ostatniego wpisu, jak  i od wizyty na Waszych blogach... Jednak moja nieobecność nie była związana z brakiem chęci, z tym że nie miałam nic do powiedzenia, ani też z tym, że nie interesują mnie Wasze posty. Po prostu najzwyczajniej w świecie nie miałam internetu, a internet na wsi to (jak pewnie Wiecie) nie taka łatwa sprawa... Dziś jednak pierwszy dzień kontaktu ze światem i mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie i będę mogła stopniowo nadrabiać zaległości w czytaniu Waszych postów.

Odkąd pisałam ostatni raz wiele się zmieniło, zdążyły dojrzeć i nawet przejrzeć gruszki, które teraz w postaci kompotów i dżemów stoją w słojach w piwnicy, zdążyła opaść jarzębina i głóg, obrastające drogę do Wonnego Wzgórza, a ta zrobiła się mokra i grząska. Przed domem powoli powstaje ganek, a właściwie to na razie murowane z czerwonej cegły schodki... Powoli spadają liście, przekwitają kwiaty, żółkną trawy, dni stają się krótkie, a mgły nie są już świetliste - błękitne i żółte, a ciężkie, gęste i szare.

Przeczytałam dzisiaj maila od koleżanki z czasów licealnych. Mail zawierał życzenia urodzinowe, które, podobnie jak kilka innych wisiały zawieszone w wirtualnej przestrzeni od ciepłego sierpniowego dnia i czekały na moment, aż bardzo spóźnione w zimny, październikowy, wietrzny dzień zostaną przeczytane i poprawią mi humor... Tyle osób pamiętało. W mailu od ów koleżanki oprócz życzeń było też pytanie: "Czy spełniasz właśnie swoje marzenie o mieszkaniu w domku wśród traw?". "Marzenie już się spełniło" - odpowiedziałam i zdziwiłam się, że było tak stare...
Inna osobo zapytała się mnie czy jestem szczęśliwa?
Siedzę sobie w pokoju, patrząc w kominek, pod drewnianym sufitem podwieszone są pęki pachnących ziół, piję malinową herbatę, na kolanach śpi i mruczy przez sen nasz kot, na gazie bulgocze zupa grzybowa, gra cichutko "Świat według Nohavicy", pies powarkuje niemal do rytmu, wpatrując się w okno - obserwuje przechadzającego się po łące jelenia (dzikie zwierzęta za oknem stają się dla mnie widokiem naturalnym!), a z sypialni dochodzi pochrapywanie przyszłego męża, który udał się na popołudniową drzemkę... Te wszystkie ciche dźwięki  i zapachy mojego domu sprawiają, że nie wiem...  jak mam nie być szczęśliwa?