piątek, 18 listopada 2011

pożar na Wonnym Wzgórzu

Od razu Was uspokoję, na szczęście nic się nie stało, skończyło się na lekkim zatruciu dymem...


Od początku października w mieście bywam najwyżej trzy razy w tygodniu (mam tylko tyle zajęć na uczelni), natomiast Pan Właściciel Domu codziennie jeździ do pracy, dlatego też wczoraj po południu w domu byłam tylko ja i Pani Miejskiego Psa - moja teściowa. Po spacerach z psami i ugotowaniu obiadu nadszedł czas odpoczynku i oglądania finału "Jeden z Dziesięciu", jednak tę chwilę relaksu przerwał wdzierający się do pokoi smrodliwy dym, który niczym czarna, burzowa chmura bardzo szybko wydobywał się z piwnicy. Pani Miejskiego Psa zabrała swojego pupila - Miejskiego Psa i wyskoczyła z nim na podwórko, a ja zasłaniając nos i oczy wbiegłam do piwnicy próbując wybadać problem. W piwnicy mamy piec i schodząc po schodach w mojej wyobraźni widziałam już rozwalony, płonący komin. Na szczęście (jeśli można tu mówić o szczęściu) to nie komin. Lokalizacja problemu była w innym miejscu, płonęły dwa wielkie pudła z popiołem. "Kto u licha wrzucił gorący popiół do kartonów"? - pomyślałam, mimo że odpowiedź była prosta. Pobiegłam po wiadro z wodą i zaczęło się gaszenie. Jedno wiadro i po schodach do góry, drugie, trzecie i tak po dziesięciu został tylko dym i... jak się okazało kolejny wielki i ciężki, wypchany po brzegi rozżarzonym popiołem karton. Spróbowałam oblać go wodą, jednak nie był to najlepszy pomysł,  jak wulkan zaczął buchać płomieniami, pluć kurzem i czarnym, smolistym dymem. Owinęłam ręce szmatami i spróbowałam podnieść karton - za ciężki. spróbowałam raz jeszcze po wyrzuceniu łopatą części popiołu w błoto jakie powstało po gaszeniu ognia. Znów pełno dymu i... udało się podnieść. Prawie biegiem, chwiejąc się na wąskich schodach pod niższym ode mnie sufitem udało mi się wybiec z kartonem i upuścić go tuż przed schodkami wejściowymi do domu. Dopiero wtedy poczułam piekące od dymu oczy, bolące gardło i chrzęszczenie między zębami. Pani Miejskiego Psa wróciła gratulując mi dzielności, a ja przejrzałam się w lustrze. Zwykle rude włosy stały się siwe, z pokręconymi od ognia końcówkami - trzeba będzie przyciąć, skóra ziemista, ręce czarne, bluza popalona. Wzięłam prysznic (o sensacjach żołądkowych jakie miałam przez całą noc nie będę się rozpisywać) i nalałam sobie szklankę domowego wina porzeczkowego, sprezentowanego nam przez przyjaciela, żeby wypić na specjalną okazję. A co tam, mógł się spalić dom - to jest specjalna okazja!
Na szczęście Pan Właściciel Domu  przyjechał niebawem i rozprawił się do końca z dogasającym już wulkanem stojącym przed domem. A dzień zaczął się tak pięknie, świeciło słońce, był lekki mrozek i Anioł jak szalony przeskakiwał zamarznięte kałuże... Nawet nie w głowie mi był dym i ogień. Aby troszkę rozwiać nastrój grozy dodaję troszkę obiecanych zdjęć.

kilka dni temu Wonne Wzgórze ogarnęły szarości.

Aniołowi szarości nie przeszkadzały, zaczyna być szczęśliwy i beztroski.

Czy szaro, czy słonecznie to biega tak samo szybko i radośnie.


latem z tej strony w ogóle nie widać naszego domu, teraz kiedy spadły liście, można wypatrzeć białą chatkę między drzewami.

widok z Wonnego wzgórza na lekko zamgloną okolicę.


zawsze zachwyca mnie piękno tych pomarzniętych traw.

Droga na Wonne Wzgórze i dom sąsiada w dole.

Tylko Wiedźma nie przejęła się pożarem, cały czas siedziała w oknie jakby jej dym nie przeszkadzał. Wygląda jak figurka, prawda?

a tu po prawej wzgórze obok Wonnego Wzgórza, ciężko tam wejść, bo trawy wysokie, ale widok niesamowity.

a to już zdjęcie zrobione podczas wieczornego spaceru z psem.

no i nasza koleżanka, co zjada nam regularnie trawnik, wraz ze swoją drużyną. Za bardzo się nie boją, na powiększeniu widać, że ma minę jakby uśmiechała się do obiektywu. 



Pozdrawiam wszystkich i nie życzę podobnych przygód do moich wczorajszych!

wtorek, 8 listopada 2011

rosołowe rozważania dnia powszedniego.

Wszędzie czytam o pięknie jesieni...
Mimo słonecznej pogody jesień, którą mam za oknem - ta listopadowa jesień, mówi mi raczej o przemijaniu, o nadchodzącym chłodzie, niż o wesołych dzieciach "szurających" w liściach. Dzisiaj był srebrzysty poranek, trawy iskrzyły się mrozem, czerwona kula słońca oświetlała bursztynową sierść Anioła (który już chyba z nami zostanie). Mgły dopiero się podnosiły dając światu miękkie, pastelowe barwy. W tej chwili świata nie ma. Zza okna widzę tylko cienie łysych i powyginanych drzew w naszym sadzie.
Lubię oglądać ponury krajobraz w domu pełnym barw, ciepła i drewna. W domu, w którym pachnie rosołem, a to cudowny zapach! Może to śmieszne, ale dla mnie rosół to zupa magiczna. Oprócz tradycyjnej włoszczyzny dodaję  jeszcze kilka liści kapusty i garść suszonych grzybów, co w innych regionach Polski często budzi zdziwienie. Rosół ma słodkawy smak, rozgrzewa od środka i można z niego wyczarować każdą inną zupę. Podobno w różnych domach gotuje się go na różne sposoby,  jak  i bigos (nie mylić z pewnym psem), czy parę innych naszych potraw. Ja w rosole najbardziej lubię ten intensywny zapach jarzyn, dlatego dodaję ich bardzo dużo.

Krzątam się po domu,  rozwieszam pranie, mieszam w garze z pachnącym warzywnym wywarem, dokładam do pieca, a w przerwie... Lepię garnki z Wiedźmą na kolanach i zaczynam pisać pracę magisterską. "Warmińska rzeźba ludowa, jako nieodłączny element dziedzictwa kulturowego Warmii".  Mam pole do popisu jeśli chodzi o badania terenowe ;-) Myślę też o moim obrazie dyplomowym, ale na razie na myśleniu się kończy... Najchętniej zaszyłabym się w mojej jesiennej kuchni, wśród wszystkich uzbieranych gliniaków i wciąż gotowała rosół. Tylko na taką sztukę stać mnie ostatnimi dniami... Tyle refleksji dnia codziennego, muszę zmniejszyć gaz, bo mi wykipi, pozdrawiam wszystkich odwiedzających i obiecuję, że następnym razem urozmaicę Wam moje czytadło jakimiś obrazkami.


PS. z rosołu i tak wyszła cebulowa i to z serowymi grzankami. Pychotka, polecam! Ot rosołowe czary!

piątek, 28 października 2011

Na wsi psy nie mają imion...

Wychodziliśmy  ze sklepu, a pod sklepem stała przeraźliwie chuda, brzydka, ale ciesząca się do każdego istota.
Ta istota to pies. Ma 12 żeber i 40 kręgów, ma trochę sierści i wielkie, zatopione w wychudzonym pyszczku, szczere, pełne nadziei ślepia. Na szyi wisiał mu kawałek skręconego na śrubę rzemienia. Zamerdał do nas ogonem.
- To pana pies? - zapytałam pijącego pod sklepem pana.
- Jest niczyj, tak sobie biega - odpowiedział. Kupiłam mu w sklepie serdelki, połknął w całości i dał się pogłaskać, podał łapę... Od mieszkańców wsi, pani ze sklepu i pana od którego kupujemy jajka dowiedzieliśmy się, że "właściciel" - zwyrodnialec - tego psa zostawił go przywiązanego do budy i wyprowadził się z domu. Ktoś zlitował się nad nim, albo może udało mu się urwać i po miesiącu zdychania z głodu, jedzenia trawy i picia wody z kałuży stał się wolny. Uciekł.
- teraz już nie ma tak źle - powiedziała jedna pani - czasem ktoś mu kupi w sklepie bułkę. - Pewne było, że nie można tak tej kupki nieszczęścia zostawić.
- Co robimy ?- padło pytanie.... Nasz pies nienawidzi wszystkich innych, mamy też przecież kota...
- Weźcie go, proszę, ja nie mogę, mam już trzy... - mówił pan od jajek, a pies patrzył na nas jakby czekał na wyrok. Znaki zapytania wisiały w powietrzu, a ja miałam łzy w oczach.
 - Nie płacze pani, po prostu go weźcie. - zanim się obejrzałam Sebastian i pan od jajek ładowali przerażone zwierzę na tylne siedzenie. Po chwili pełni obaw co powie pani Miejskiego Psa - moja teściowa, jechaliśmy z nim do domu.

- Co to jest? - zapytała?
- Pies.
- Czyj?
- Nasz.
- ...

A potem:
- Natalia to nie worek kartofli, który można sobie ot tak po prostu wziąć.- Jednak cudowny Sebastian odpowiedział:
- No właśnie mamo, to nie worek kartofli, że można go ot tak zostawić, bo worek kartofli może zamarznąć, pies nie. - dyskusja została zakończona, a pies dostał w stodole posłanie i miskę, szukamy mu domu.
Jest strasznie radosny, ale widać, że był bity, bo boi się gwałtownych ruchów. Uwielbia chodzić na spacery, biega wtedy i skacze, szaleje. Merda ciągle ogonem, uwielbia pieszczoty, podaje łapkę, a najlepiej dwie naraz. Kładzie mordkę na kolanach i patrzy w oczy. Lubi Wiedźmę, merda do niej ogonem, a ona przechodzi obok bez problemu. Słucha się, jest grzeczny, chociaż jeszcze młodziutki, ma koło roku...
Kilka dni temu rozmawialiśmy, że nie mamy w domu żadnego anioła, co prawda chodziło o takiego do powieszenia na ścianie, ale dostaliśmy innego Anioła - takie robocze imię dostał pies, jeśli zostanie, to będzie Aniołem Stróżem podwórka. Na razie zbieramy pieniążki na kojec, na ciepłą budę i na weterynarza, ale gdyby jakiś dobry człowiek chciał przygarnąć Anioła, to możemy go zawieźć do nowego domu. Na pewno go nie wyrzucimy, ani nie zawieziemy do schroniska, ale będzie nam z nim ciężko. Często wyjeżdżamy, a autko jest bardzo małe - już teraz jeżdżą nim na raz trzy dorosłe osoby, Miejski Pies - Atos i Wiedźma, a Anioł to dość duży pies - jakaś taka mieszanka owczarka. Poza tym Miejski Pies nie jest normalny i nie można z nimi wyjść na spacer jednocześnie. Miejski Pies, mimo, że jest bardzo mały, to wydaje mu się, że może zjeść, zagryźć, zabić Anioła... Oby się przyzwyczaił...

środa, 12 października 2011

powrót...

Prawie dwa miesiące minęły od mojego ostatniego wpisu, jak  i od wizyty na Waszych blogach... Jednak moja nieobecność nie była związana z brakiem chęci, z tym że nie miałam nic do powiedzenia, ani też z tym, że nie interesują mnie Wasze posty. Po prostu najzwyczajniej w świecie nie miałam internetu, a internet na wsi to (jak pewnie Wiecie) nie taka łatwa sprawa... Dziś jednak pierwszy dzień kontaktu ze światem i mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie i będę mogła stopniowo nadrabiać zaległości w czytaniu Waszych postów.

Odkąd pisałam ostatni raz wiele się zmieniło, zdążyły dojrzeć i nawet przejrzeć gruszki, które teraz w postaci kompotów i dżemów stoją w słojach w piwnicy, zdążyła opaść jarzębina i głóg, obrastające drogę do Wonnego Wzgórza, a ta zrobiła się mokra i grząska. Przed domem powoli powstaje ganek, a właściwie to na razie murowane z czerwonej cegły schodki... Powoli spadają liście, przekwitają kwiaty, żółkną trawy, dni stają się krótkie, a mgły nie są już świetliste - błękitne i żółte, a ciężkie, gęste i szare.

Przeczytałam dzisiaj maila od koleżanki z czasów licealnych. Mail zawierał życzenia urodzinowe, które, podobnie jak kilka innych wisiały zawieszone w wirtualnej przestrzeni od ciepłego sierpniowego dnia i czekały na moment, aż bardzo spóźnione w zimny, październikowy, wietrzny dzień zostaną przeczytane i poprawią mi humor... Tyle osób pamiętało. W mailu od ów koleżanki oprócz życzeń było też pytanie: "Czy spełniasz właśnie swoje marzenie o mieszkaniu w domku wśród traw?". "Marzenie już się spełniło" - odpowiedziałam i zdziwiłam się, że było tak stare...
Inna osobo zapytała się mnie czy jestem szczęśliwa?
Siedzę sobie w pokoju, patrząc w kominek, pod drewnianym sufitem podwieszone są pęki pachnących ziół, piję malinową herbatę, na kolanach śpi i mruczy przez sen nasz kot, na gazie bulgocze zupa grzybowa, gra cichutko "Świat według Nohavicy", pies powarkuje niemal do rytmu, wpatrując się w okno - obserwuje przechadzającego się po łące jelenia (dzikie zwierzęta za oknem stają się dla mnie widokiem naturalnym!), a z sypialni dochodzi pochrapywanie przyszłego męża, który udał się na popołudniową drzemkę... Te wszystkie ciche dźwięki  i zapachy mojego domu sprawiają, że nie wiem...  jak mam nie być szczęśliwa?

środa, 17 sierpnia 2011

Najważniejsza Data

I znów pojechaliśmy troszkę powojować, pooglądać, poodpoczywać, trafiliśmy na jarmark do Gdańska i do Stegny (bo tam nad morze od nas najbliżej), do rodziców, potem na dwa dni do domu i pracy i  znów czas jechać z naszych łąk i lasów nad jezioro rodziców, gdzie czeka nas kajak, słońce (mam nadzieję!) i koncert naszych cudownych przyjaciół z EKT - Gdynia!
Podczas pobytu u rodziców postanowilismy, że czas najwyższy ustalić pewną ważną datę, do czego zresztą zbieraliśmy się od dłuższego czasu.
Wszyscy mieszkańcy wsi mówili, że z księdzem się nie dogadam.
Ja bym miała niedogadać się z księdzem? A niby dlaczego? Jak będę miła i sympatyczna, to dlaczego miałoby coś pójść nie tak?
A JEDNAK. MIELI RACJĘ! Dowiedziałam się, że moja parafia nie jest moją parafią, bo mnie ksiądz nie zna. Tłumaczyłam, że mieszkam gdzie indziej, ale ślub chciałabym wziąć tam gdzie najbliżsi...
"Pani jest głucha, czy pani nie rozumie co się do pani mówi?" - usłyszałam w odpowiedzi. No cóż... Bóg zapłać! Wróciliśmy do domu i zaczeły się poszukiwania innego księdza, innej parafii i innego, ale równie pięknego kościoła. Choć pewnie powiecie, że kościół nie jest ważny, to ja i tak odpowiem, że dla mnie jest. Te nowe nie maja duszy, nie są tak mistyczne, jak te stare, w których miłość przysięgało sobie tysiące par. Tamten jest gotycki z drewnianą wieżą, malutki, wiejski, skromny... Gdzieś w okolicy musi być chociaż jeszcze jeden właśnie taki! Tylko gdzie? Tamtejsze wioski znam jak własną kieszeń, nie na darmo zjeździłam je wzdłuż i wszerz z aparatem, ale tak na zawołanie to pustka w głowie. Dawno nie widziałam tych domków, domeczków, lasów, starych drzew oraz kaplic i kościółków w nich ukrytych, więc od czego jest internet? Cały dzień pracy spędziłam na poszukiwaniach, oczywiście na nic się nie nastawiając, bo jak znów nie dogadam się z Panem na Zamku? Pod lupę poszły dwa kościoły. Parafialny w Borecznie i filialny w Gałdowie, z parafią w Ząbrowie. Ten w Gałdowie jest cudny, bo drewniany, z murowaną wieżą (jego jedyną wadą jest blachodachówka, ale to jakoś przeżyję ;-). W Borecznie... Nie ma co pisać o pięknym Borecznie, bo telefon od dwóch dni jest tam głuchy. W Ząbrowie natomiast odebrała gospodyni, która powiedziała, że ksiądz pojechał gdzieś motorem i wróci za kilka dni, dała mi jednak numer na komórkę, prosząc, żebym nie dzwoniła przed wieczorem, bo jeszcze się gdzieś na tym motorze rozbije i żebym trzymała kciuki, aby dojechał cały. Pani od razu wzbudziła moją sympatię, no i ksiądz jeżdżący na motorze też ;-)
Zadzwoniłam i usłyszałam: "Nie ma sprawy, spoko. Tylko mi się pani jeszcze przypomni. To jesteśmy umówieni w sobotę na 19. To narazicho!" Narazicho? No to "do zoba!" - hehe, trzymajcie kciuki, bo choć to tylko zwykłe ustalenie daty, to będzie to dla nas najważniejsza data w życiu, a następny rok będę Was pewnie zanudzać różnymi przygotowaniami do prawdziwie wiejskiego weselicha, jakie sobie wymarzyliśmy...

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

no to przyłączam się do zabawy!

7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie...

1. Z wykształcenia jestem ceramikiem.
2. Również nie mam prawa jazdy i zbieram się żeby je zrobić, bo chyba nie mam wyjścia.
3. Moim niespełnionym marzeniem jest śpiewanie i szkoła aktorska, ale nie da się złapać wszystkich srok za ogon, kiedy bywałam na scenie (oczywiście amatorskiej) w liceum, czy na studiach, a ludzie śmiali się z moich wygłupów to dostawałam niesamowity zastrzyk energii i czułam się spełniona.
4. Myślę o sobie, że mam dobry gust, ale właściwie tylko ja tak uważam. Jestem postrzegana jako dziwaczka, a przyjaciele twierdzą, że powinnam urodzić się sto lat temu.
5. Chciałabym mieć kozy, kury i konie (jeżdżę konno od 6 roku życia, więc już 18 lat).
6. Pan Właściciel Domu jest ode mnie starszy 12 lat i nie znoszę jak jego znajomi traktują mnie niepoważnie, a może tylko mi się wydaje?
7. Kocham wszystkie zwierzęta, ich krzywda porusza mnie bardziej niż krzywda ludzi (bo one nie wiedzą, czemu im się ta krzywda dzieje, nie są świadome, dlaczego coś je boli itd.) dlatego udzielam się w różnych organizacjach i w schronisku dla zwierząt, szukam domu dla biedaków, zbieram karmę i robię zdjęcia do działu "adoptuj mnie" do gazety w gminie moich rodziców, więc jeśli poszukujecie jakiegoś zwierza, to ja go dla Was znajdę! ;-)

Co do moich ulubionych blogów, to są to wszystkie, które mam w obserwowanych.
Podziwiam tych, którzy podróżują i opisują swoje cudne przygody, tych, którzy tryskają humorem, tych, którzy pięknie piszą o swojej rodzinie i cudnych miejscach w jakich żyją, tych którzy tworzą... Nie jestem w stanie wybrać ulubionych blogów i kogoś pominąć. Wyróżniam Was wszystkich i dziękuję za sympatyczne przyjęcie do grona blogowiczów, jestem tu w końcu od niedawna!

A na koniec jeszcze raz Wiedźma i Miejski Pies.


Miejski Pies siedzi sobie na parapecie. Jest niskopodwoziowy, więc lubi czasem popatrzeć na świat z góry, drapie w nogi i prosi żeby go wsadzić na parapet. Z tyłu obserwuje go Wiedźma siedząca na stole.

Wiedźma mróży oczy, jest zła - zauważyła Miejskiego Psa, swojego wroga.

Miejski Pies zauważył Wiedźmę, a ta powiedziała mu, że go nie lubi.

Miejskiemu Psu zrobiło się smutno i włożył ogonek do popielniczki.

piątek, 5 sierpnia 2011

Tutuł: Historia Wiedźmy z nami w tle.

Podtytuł: "Pies ma pana, kot ma personel" czyli opowieść o kocie, który swój personel sam sobie znalazł.


Wiedźma pojawiła się ponad dwa lata temu. Przyszła i powiedziała: "Cześć, będę tu teraz mieszkać!". Mieszkałam wtedy w centrum Olsztyna w bloku, który nazywany był nie tylko przeze mnie, ale i przez innych mieszkańców miasta Slamsem, prawdopodobnie ze względu na urodę swoją i zamieszkujących go mieszkańców, wśród których się znalazłam. Zaczynałam wtedy poznawać lepiej przyszłego Pana Właściciela Domu, który często spędzał w mojej malutkiej, ale przytulnej kawalerce sporo czasu. Pewnego dnia wychodząc na spotkanie do naszej ulubionej knajpki, w której poznaliśmy się kilka miesięcy wcześniej pod drzwiami usłyszałam rozpaczliwe "Miaaaałłłł", otworzyłam drzwi i TOTO wbiegło do pokoju. Zaczęłam gorączkowo szukać, bo gdzieś się schowało, jednak nie znalazłam, a że drzwi na długi blokowy korytarz zostawiłam otwarte stwierdziłam, że wybiegło.
Wróciliśmy w nocy. Miałam dziwne przeczucie, że czarna kupka nieszczęścia gdzieś jednak na moich dwudziestu metrach się ukryła. Tylko gdzie? Zajrzałam za łóżko. "Coś tam jest" - zawołałam zaaferowana. On stwierdził jednak, że to jakaś moja czarna bluzka, która musiała niechcący za ów łóżko wpaść. "Nie chcę nic sugerować, ale ta bluzka się rusza" - zauważyłam. Kulka przesunęła się tak, że mogłam ją dosięgnąć, jednak kiedy włożyłam rękę pod mebel usłyszałam: "wrrrrrr", połączone z prychaniem. No tak! Czytało się "Małego Księcia". Najpierw trzeba było istotę oswoić. Nie była to pora na kupowanie kociego jedzenia, wyjęłam więc z lodówki najlepsze kąski i ułożyłam "dróżkę", prowadzącą spod łóżka, mając nadzieję, że TOTO wyjdzie. Oswojenie przez przekupstwo! Cwaniactwo jednak okazało się wrodzoną cechą Wiedźmy. Spod łóżka wysunęła się tylko mała łapka z pazurkami, wciągnęła szynkę i znów się schowała. Dopiero za piątym razem, kiedy "szynkowa ścieżka" prowadziła już na tyle daleko, że czarna łapka mimo usilnych starań nie sięgała i kiedy przestaliśmy pozornie zwracać uwagę TOTO wysunęło się spod kanapy i rzuciło łapczywie na wędlinę. Było czarne, ale sierści za wiele nie miało. Raczej strupy i łyse miejsca, odsłaniające szarawą skórę. Istotka ta byłaby świetnym materiałem do nauki biologi, z daleka bowiem  można było policzyć wszystkie kręgi i żebra. Nigdy nie widzieliśmy tak chudego kota i zaczęliśmy zastanawiać się, czy to aby na pewno jest kot? Stworzenie okazało się jednak kotem i to bardzo gadatliwym, albo nawet jęczącym, bardzo głośno oznajmiało, że czegoś chce, nie obchodziło go w ogóle, że nie znamy akurat tego języka. Nie chciało TOTO zagrzać miejsca na dłużej. Stawało pod drzwiami i miauczało, że chce wyjść, a potem wracało pod drzwi mieszkania i znów miauczało (na piętrze było koło dwudziestu mieszkań, a TOTO wiedziało za którymi drzwiami ma miskę). Bywało, że nie przychodziło przez dłuższy czas, a my już żegnaliśmy TOTO ze łzami w oczach. Raz nawet zniknęło na kilka tygodni, w tym czasie przyszły Pan Właściciel Domu pojechał pierwszy raz poznać moich rodziców, zostawiliśmy na wszelki wypadek miskę i wodę pod drzwiami. Kiedy wróciliśmy stworzenia nadal nie było, miska pełna, a sąsiadka powiedziała, że widziała TOTO przejechane. Któregoś wieczoru, kiedy już oddałam zakupioną kocią karmę znów usłyszałam rozpaczliwe MIAŁŁŁ  pod drzwiami. Serce zabiło mi mocniej. Znów kupka nieszczęścia siedziała na progu, a szyje miała oberwaną i obdrapaną, jakby ktoś trzymał ją na jakimś sznurze. Znów, ku swojej uciesze jadła szynkę.
Teraz postanowiła zostać na dobre.
Piękniała z każdym dniem. Tyła, poprawiało się jej futerko. Odprowadzała mnie na przystanek kiedy jechałam na zajęcia i żegnała rozpaczliwym miauczeniem, a właściwie darciem mordki, tak, że wszyscy się śmiali. Przyznam się, że parę razy zostałam w domu, bo było mi jej żal...
Najszczęśliwsza była, kiedy wychodziłam na podwórko razem z nią. Spacerowała wtedy dumna, wiedząc, że nic się jej nie stanie.
Wieczorami wołałam ją już po imieniu, a ona biegła, mało co nóg nie pogubiła. Sąsiedzi siedzący jak zwykle z Winem marki Wino na schodach bloku zaczęli nazywać Wiedźma, nie tylko ją, ale i mnie.
Kiedy nie wracała wieczorem, a w nocy bała się wejść do bloku, którego drzwi okupowali jego nietrzeźwi mieszkańcy stawała pod oknem (dokładnie wiedziała, które okno, a nie mieszkałam na parterze) i darła się wniebogłosy. Musiałam wtedy nieraz w środku nocy ubierać się i schodzić po Wiedźmę.
Stała się też podróżniczką. Często jeździłam do rodziców, nauczyła się więc podróżować samochodem i pociągiem, bardzo lubiła wychodzić z kosza i patrzeć przez szybę, dziwiąc się, że tak szybko biegnie. W pociągach budziła zachwyt i sympatię swoją czarną, jak sadza sierścią, a ja zauwazyłam, że zabobon o czarnych kotach już dawno umarł.
Kiedy życie zmusiło mnie do wprowadzenia się do przyszłego Pana Właściciela Domu i mojego aktualnego narzeczonego (zmusiło, brzmi strasznie, ale to nie były najmilsze okoliczności) Wiedźma musiała pojechać na stałe do rodziców, ponieważ w mieszkaniu mieszkał już Miejski Pies. U rodziców mamy pokój z oddzielnym wejściem, kuchnią i łazienką i ten właśnie luksus należał teraz do Wiedźmy. Nie mogła zamieszkać w części domu rodziców, ze względu na ich dwa koty Fridę i (świętej już pamięci) Tofika bez łapy, oraz (również świętej pamięci) suczkę Bertę - amstafkę, opiekunkę kotów, a także swój wredny, wiedźmowaty charakterek, ponieważ Wiedźma jest bardzo agresywna w stosunku do wszystkich innych zwierząt. Biedaczka była bardzo samotna. Latem spędzaliśmy z nią dużo czasu, jednak zimą, kiedy mieliśmy zajęcia na uczelni czasu na przyjazdy brakowało. Kiedy jednak wpadaliśmy do jej luksusowego pokoju (który kot ma swoje prywatne czterdziesto-metrowe mieszkanie?) widzieliśmy, że jest na nas zła, a jednocześnie cieszy się z naszej wizyty. Wiedźma sterroryzowała całe podwórko, koty rodziców (mimo, że większe od niej) bały się wychodzić i tak minął ponad rok, a ona marniała... Kiedy przyjeżdżaliśmy wydawała się nam chudsza i biedniejsza, rodzice sugerowali mi nawet, żeby znaleźć jej lepszy dom... Nie zgodziłam się. Jak ludzie chcą wziąć kota, to niech wezmą bardziej cierpiącego, ona aż tak źle nie miała, chociaż przykro mi było ją zostawiać na kolejny miesiąc samą po tych dwóch łikendowych nocach...
Kiedy staliśmy się dumnymi właścicielami domu było jasne, że Wiedźma musi przeprowadzić się z nami, nie tylko z powodu strachu przed myszami. Przyjechała zanim jeszcze pojawił się Miejski Pies. Nowy dom zaakceptowała od razu. W naszej sypialni ma swój azyl - Miejski Pies nie ma tam wstępu. Chodzi z nami na spacery do lasu i do sklepu wiejskiego ( w tym drugim przypadku połowę drogi - 1 km, muszę ją nieść na rękach, bo boi się psów i kotów ze wsi). Wiedźma jest wredna. Jak coś się jej nie podoba to gryzie, ale odkąd codziennie jesteśmy przy niej staje się jakby spokojniejsza. Znów zaczęła podróżować z nami samochodem, kiedy jedziemy do rodziców. Wchodzi i wychodzi przez okno. Reaguje na widok butelki z mlekiem miauczeniem. Skacze na nogi otwierającego lodówkę, bo liczy że lodówkę otwiera się, żeby dać jej mleka - uwielbia nabiał wszelkiego rodzaju.
Od jakiegoś czasu w naszej sypialni czuć było obrzydliwy zapach. Wiedźma załatwia się na podwórku, więc to nie jakaś kuweta, zresztą zapach był inny. Raz przechodził, innym razem czuć go było mocniej. Przeszukiwaliśmy pokój kilkakrotnie, raz wyrzuciłam coś dziwnego, nieznanego pochodzenia, co śmierdziało - zapach ustał, po kilku dniach jednak powrócił. Stwierdziliśmy, że to chyba nie było tamto, nie domyślając się, że źródeł smrodu może być kilka. W końcu zaczęliśmy się godzić ze smrodem, stwierdzając, że to stary dom i stara podłoga, którą jednak będzie trzeba zerwać, a ja rozpylałam po pokoju różne zapaszki. Pewnego dnia Pan Właściciel Domu wyczuł pod dywanem zgrubienie i następne... Wiedźma bardzo chciała się nam odwdzięczyć, że daliśmy jej nowy dom i zostawiła nam prezenty, zapasy na zimę, gdyby nasza i tak nienajlepsza sytuacja finansowa nagle się pogorszyła. Pod dywanikiem leżały zdechłe, w różnym stanie rozkładu myszki (wstrętna morderczyni!) Podczas pierwszego ataku smrodku podnosiliśmy dywanik, ale nic tam nie było... Następną znaleźliśmy kilka dni później pod materacem (nie mamy jeszcze łóżka). Miał być dom bez myszy, a tymczasem jest z martwymi myszami. Teraz nie zostawiamy na oścież otwartych okien, a kiedy Wiedźma idzie na polowanie daje nam znać miauczeniem, że chce wyjść. Pokój się wietrzy, ale zapaszek jeszcze trochę czuć. Pan Właściciel Domu kupił Wiedźmie w nagrodę za tak obfite łowy (biedne stworzonka!) koszyk - nowy domek. Kicia jest zachwycona i ciągle w nim śpi, nie skacze więc już nocami po meblach szukając dobrego legowiska i nie układa się na materacu między nami (czego akurat żałujemy, bo było to bardzo miłe). Kiedy jesteśmy z nią w domu jej życie polega na przychodzeniu się pieścić do łóżka na kilka minutek, potem do miski i znów do łóżka! Szczęściara!
Taka właśnie jest historia Wiedźmy z nami w tle. Mamy nadzieję, że będzie żyła długo i szczęśliwie z nami w tle i że będziemy jej dobrze służyć i spełniać jej najbardziej wygórowane wymagania i zachcianki!





Dziękuję bardzo za blogowe wyróżnienie, które jest dla mnie tym bardziej ważne i miłe, bo jestem początkującą blogowiczką, z tego też powodu nie bardzo wiem o co chodzi w tej grze i czy jeszcze jest aktualna? Muszę napisać 7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie i wypisać moje ulubione blogi?
Jak ktoś mi podpowie, to chętnie się pobawię, chyba że już po zabawie? Nie było mnie tu ponad tydzień, więc nie jestem na czasie.
Pozdrawiam szczególnie tych, którzy przebrnęli przez moje wiedźmowe wywody.